fot. ASO / Pauline Ballet

Tahoe – jezioro w południowo-zachodnich Stanach Zjednoczonych, na granicy stanów Nevada i Kalifornia. Położone w górach Sierra Nevada na wysokości 1897 m n.p.m.. Jest drugim pod względem głębokości jeziorem w USA po jeziorze Kraterowym w Oregonie.

Jakie jednak wspomniane wyżej jezioro ma znaczenie wobec 19. etapu tegorocznej Wielkiej Pętli? Większe, niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Po pierwsze, na bardzo podobnej wysokości usytuowane jest: Bonneval-Sur-Arc, gdzie zacznie się podjazd pod Col d’Iseran, Val d’Isere, gdzie skończy się zjazd z Col d’Iseran oraz Montee de Tignes, gdzie zakończy się jutrzejszy etap.

Co więcej, jezioro Tahoe jest także doskonale znane jako fantastyczna baza dla obozów wysokogórskich. Korzysta z niej m.in. Peter Sagan (choć częściej spotkamy go w Park City, które kojarzyć nam się na zawsze będzie z Adamem Małyszem) czy wielu znakomitych sportowców z innych dyscyplin.

Wracając do związku amerykańskiej piękności do Tour de France – w tym roku w South Lake Tahoe, miejscowości położonej u wybrzeża jeziora, podczas Tour of California najlepszy był Kasper Asgreen, czyli jeden z pomocników Juliana Alaphilippe, lidera tegorocznej Wielkiej Pętli, który wciąż ma szanse dowieźć Maillot Jaune do Paryża.

To wszystko oczywiście skleja nam się w jedną całość. Jutrzejszy etap będzie bowiem wyglądał niczym wyjazd na trening podczas obozu wysokogórskiego w South Lake Tahoe. Przez co najmniej kilkadziesiąt kilometrów kolarze będą kręcić się na wysokości 1800 m.n.p.m, by dwukrotnie wyjechać poza granicę “dwóch tysiaków”.

Co w takim razie może jutro się dziać? Wydaje się, że mocno prawdopodobnym scenariuszem jest narzucenie bardzo mocnego tempa przez jedną z ekip już podczas podjazdu pod Iseran. Dach tegorocznego wyścigu ma bowiem wszystko – długość, stromiznę, rozrzedzone powietrze i, co chyba najważniejsze, jest usytuowany całkiem blisko mety, gdyż ze szczytu jest do niej tylko 37 kilometrów. To z pewnością pozwala więc na szybki atak.

Mimo wszystko jutro nie warto skreślać Juliana Alaphilippe. Powód jest jeden – dość oczywisty. Zjadzy z Iseran nie są bowiem banalne i proste. To z kolei z pewnością będzie działać na korzyść lidera, który już dziś pokazał co potrafi zrobić, kiedy droga wiedzie w dół.

Zważając na umiejętności techniczne lidera, warto przyjrzeć się więc finałowemu podjazdowi do Tignes. Cóż, nie da się ukryć, że jest on stosunkowo krótki i względnie stromy. Podjechanie go może jednak zająć około 20 minut, co dla Alaphilippe wcale nie musi być aż tak mordercze.

Czego możemy się spodziewać? Wszystkiego i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Oby ściganie znów przyniosło nam wielką frajdę.