fot. Team Ineos

Michał Kwiatkowski zaczął nad Wisłą wywoływać reakcję alergiczną. Jakakolwiek wzmianka o naszym mistrzu świata z Ponferrady, aktualnie wypruwającym sobie żyły podczas Tour de France, przywołuje dyskusję na temat kierunku jego kariery i podjętych decyzji, które w oczach wielu pozbawiły go szans na sukcesy bez wątpienia większe, niż te odniesione do tej pory. Zwolennicy tej teorii nieustannie ścierają się z obrońcami “Kwiato”, a końca potyczek nie widać. Co gorsza, nie wiadomo też… kto właściwie ma rację.

Abstrahując od faktu, że kariera Michała to jego własna sprawa i wszelkie wybory, a co za tym idzie – ich konsekwencje – odbijają się tylko na nim (co w oczach wielu zabrania go krytykować), nie da się nie zauważyć, że argumenty obu stron są logiczne i tak naprawdę, w każdym przypadku, trudne do obalenia. Przyjrzyjmy się zatem obu stronnictwom bliżej.

MICHAŁ PRZEGRAŁ KARIERĘ AKA “QUICK-STEP, WRÓĆ!”

– Zdaniem tej części kolarskich fanów i komentatorów, Kwiatkowski popełnił kardynalny błąd, opuszczając drużynę Patricka Lefevere’a i przenosząc się do Team Sky / Ineos. “Wataha” była wręcz wymarzonym miejscem ku temu, by Polak rozwijał swoje talenty pod kątem wyścigow jednodniowych. Co więcej, sam szef QS mówił, że “Kwiato” (a było to w czasach, gdy Julian Alaphilippe dopiero podnosił się z kolan po skomplikowanej kontuzji i obecnym poziomie nawet nie marzył) miał szanse, by być jednym z największych klasykowców w dziejach. Niezaprzeczalnie, osiągnięcia Michała potwierdzały te teorie i dawały nadzieje, że przyszłość malować się będzie w naprawdę jasnych barwach.

Sęk w tym, że marzenie Kwiatkowskiego było nieco inne. Jego wzrok spoglądał w kierunku Tour de France i to triumf w tej imprezie stał się jego celem, obsesją. Wymagał on jednak delikatnego “preprofilowania”, którego skutki postępują od momentu transferu do Sky.
I tu właśnie leży problem: część kibiców nie rozumie, dlaczego porzucił on zwycięski trakt na rzecz mglistej perspektywy lidera brytyjskiej ekipy podczas “Wielkiej Pętli”, stając się zaledwie trybem w machinie Dave’a Brailsforda, przywodzącej na myśl drużynę klonów z emitowanej podczas mistrzostw piłkarskich świata w 2014 roku kampanii Nike “risk everything”. Do tego, niespecjalnie uprzywilejowanym, bo mimo statusu “gregario di lusso”, w kolejce do liderowania ekipie przed Polakiem jest m.in. Egan Bernal.

Trzeba więc przyznać, że argumenty tej strony są solidne. Podsumowując, mamy zatem:
– porzucenie drogi “naturalnego talentu”,
– wykluczenie się z walki w wyścigach klasycznych z największymi tuzami,
– mglista perspektywa liderowania w Tour de France w przyszłości,
– spore ryzyko, że plan ten spali na panewce, zostawiając “Kwiato” z niczym

MISTRZOWSKIE POSUNIĘCIE AKA “PRACA DLA LIDERA TO WIELKA RZECZ”

– Ta strona kibicowskiej barykady obstaje przy stanowisku, że perspektywa liderowania w Tour de France jest realna, a i sam, główny cel – zwycięstwo – osiągalny. To jednak dopiero wniosek końcowy, bo wcześniej pojawia się inny, wynikający niejako z naturalnych predyspozycji Kwiatkowskiego – że Michał jest numerem jeden Team Ineos na wyścigi klasyczne, czego w Quick-Stepie wcale nie byłby pewien.

Obecną rolę “Kwiato” – kluczowego pomocnika podczas trzytygodniówek – odbierają oni jako prestiż, przytaczając dumnie słowa Brailsforda, który miał kiedyś powiedzieć, że pewnego dnia caly zespół pracować będzie na Michała. Nie da się również ukryć, Ineos był wyborem idealnym także ze względu na możliwości rozwoju pod kątem jazdy w Grand Tourach. Prawdopodobnie też, z uwagi na fakt, że brytyjski zespół jest najbogatszy w stawce, Polak zyskał pod kątem finansowym, ale nie sądzę, by był to z jego perspektywy istotny czynnik.
Czyli mamy tutaj:
-Mocną pozycję w Team Ineos jako lidera na wyścigi klasyczne,
– Rolę szanowanego pomocnika, z rzekomą obietnicą czegoś więcej,
– Szansę pracy pod kątem wyścigow trzytygodniowych,
– (Prawdopodobny) zysk pod kątem finansowym

Kto ma rację? Wychodzi na to, że obie strony. Rozwiązaniem idealnym byłoby więc sklonowanie Michała. Z uwagi na fakt, że to niewykonalne, zostaje nam jednak wyłącznie… poczekać. Czas rozwiąże tę łamigłówkę. Miejmy nadzieję, że dopełni się ona na Polach Elizejskich, a nie w barwach jednej z prokontynentalnych ekip, na dalekim wschodzie, w poczuciu rozczarowania. Bo bez względu na to, jak karierę Michała oceniamy, życzyć mu trzeba dobrze.