Fot. Młoda Photography / naszosie.pl

Emocje po Giro d’Italia 2019 w końcu opadły. Można więc wziąć się za spokojną ocenę sytuacji i występu naszego górskiego “jedynaka”, Rafała Majki. Czy faktycznie to Giro mogło być lepsze? Ba, czy Zgreda w ogóle stać na coś więcej?

Niewątpliwie w naszym kraju osoba Rafała Majki stała się jednym z symboli kolarstwa. W końcu podium Vuelta a Espana i medal olimpijski, kiedy złoto było praktycznie na wyciągnięcie ręki, naprawdę robią swoje. Nie da się jednak ukryć, że zawodnik ekipy BORA – hansgrohe stał się swoistym niewolnikiem własnych osiągnięć, umiejętności i, co chyba najważniejsze, oczekiwań kibiców.

O tym, że Rafał jest naprawdę znakomitym kolarzem nie trzeba chyba nikomu mówić. Bronią go bowiem wyniki, osiągi i wszystko, co tylko może. No dobrze, poza fanami w naszym kraju. Do tego jednak przejdę za chwilę. Najpierw zajmijmy się samym Rafałem.

Pod lupę weźmy tegoroczny wyścig Giro d’Italia. Zgred ostatecznie zakończył go na wysokim, 6. miejscu, przegrywając z samymi tuzami światowego peletonu i Bauke Mollemą, który, nie oszukujmy się, także jest znakomitym kolarzem. Za plecami Polaka znaleźli się za to Miguel Angel Lopez czy Simon Yates, których przed wyścigiem z pewnością stawialiśmy zdecydowanie ponad chłopakiem z Zegartowic. Jak więc można powiedzieć, że był to dla niego kiepski wyścig?

Tutaj pojawia się już to, o czym pośrednio na chwilę wspomniałem wcześniej – polska mentalność. Jesteśmy bowiem narodem pompowania balonika, który potem wybucha z siłą reaktora RBMK. Przed wyścigiem mówiło się bowiem, że być może Rafał naprawdę pojedzie jeden z najlepszych wyścigów w karierze i stanie na podium. Do pewnego momentu nawet na to się zanosiło, ale zakończyło się zgodnie z przewidywaniami.

Kiedy tylko lidera ekipy BORA – hansgrohe złapał kryzys, od razu posypały się na niego gromy. W końcu miało być tak znakomicie! Miało być podium! Ba, miał to przecież wygrać! Nie da się ukryć, że słuchanie i czytanie takich opinii było czymś niezwykle przykrym i smutnym. Nie ukrywam, że w takiej sytuacji na miejscu Rafała wolałbym być zwykłym łowcą etapów, spokojnie jadącym na tyłach przez większość wyścigu. Spójrzmy na takiego Thomasa De Gendta. Myślą Państwo, że którykolwiek z Belgów uznaje go za niewypał? Był przecież trzeci w generalce Giro d’Italia i to w jego chorej pod względem trudności edycji, a teraz co, ledwo 2 zwycięstwa w roku i mizerne rezultaty w generalkach? Co to za kolarz…

My, Polacy, mamy to do siebie, że w każdym, komu udaje się zrobić coś znakomitego, doszukujemy się bohatera. Gorzej jednak, kiedy ten bohater przestaje się rozwijać lub zaczyna notować gorsze rezultaty niż wszyscy tego oczekują. Dopiero wtedy widać jak ogromną ilością jadu dysponujemy.

Przykłady? Proszę bardzo. Pierwszy na myśl przychodzi Robert Kubica. Człowiek, który na całym świecie uznawany jest za absolutny ewenement, prawdziwy wzór wytrwałości, uporu i umiejętności. Jak skończył w Polsce? Jako nieudacznik, który “ciągle jest najsłabszy”. Szkoda tylko, że nie potrafimy docenić tego, co zrobił, bo w tym przypadku, abstrahując od wszelkich innych zmiennych (bolid, tor, pogoda etc), jego dokonania są niewyobrażalne dla zwykłego śmiertelnika.

Spójrzmy teraz na naszych skoczków narciarskich. Po wystrzale Adama Małysza, nagle wszyscy staliśmy się kibicami. Kilka lat później zaczęło się już narzekanie. Po co wycieczki z kadrą jeździ Stefan Hula? Przecież to nielot i buloklep. Kubacki? Jedyne, co może zrobić, to wylecieć za bandę. Co było później? Stefek był o włos od medalu olimpijskiego, a Dawid ubiegły sezon zakończył z tytułem mistrza świata.

Nie da się ukryć, że teraz bardzo podobnie sprawa ma się w przypadku Rafała Majki. Kiedyś udało mu się coś osiągnąć, więc teraz zawistny naród wymaga, siedząc z pilotem przed telewizorem w białej podkoszulce i przegryzając chrupki serowe. No przecież ten Majka to jednak nie taki dobry, skoro nie umie wskoczyć na podium kapitalnie obsadzonego Giro, prawda? Co to za zawodnik, który w Tour de France ani razu nie był w trójce. Co z tego, że tak naprawdę (w mniemaniu moim i wielu moich rozmówców) jest on najlepszym polskim specjalistą od wieloetapówek w historii.

Czy w przyszłości coś się zmieni? Nie sądzę. Co by nie mówić, jako naród nie zasługujemy na wielkich sportowców, bo ich po prostu nie doceniamy.