fot. Giro d'Italia

Richard Carapaz zapisał właśnie karty nie tylko kolarskiej, ale także ekwadorskiej historii. Kolarz hiszpańskiej drużyny Movistar został pierwszym w historii kolarzem z tego kraju, który wygrał Giro d’Italia. 

Carapaz w tegorocznym Corsa Rosa był zdecydowanie najsilniejszym kolarzem w górach. Urodził się na wysokości prawie 3000 m.n.p.m., na północy kraju. Zaadaptowany w ten sposób do rozrzedzonego powietrza wjechał do starożytnego amfiteatru w Weronie w różowej koszulce, kładąc się w obecności swoich rodaków na kierownicy i płacząc ze szczęścia.

– To prawda, dwadzieścia jeden dni temu nikt nie wymieniał mnie jako faworyta. Nikt nie wierzył, że mogę tego dokonać. Być tutaj ubrany w różowej koszulce i mieć swoje nazwisko wygrawerowane na tym trofeum jest czymś wspaniałym.

Jestem teraz zwycięzcą Giro. Nigdy nie chciałem powiedzieć czegoś, co mogłoby zapeszyć to zwycięstwo. Wiedziałem, że dopóki nie przejadę przez tę kostkę tutaj w Weronie wszystko może się wydarzyć. Teraz jest czymś niesamowitym powiedzieć, że jestem zwycięzcą wielkiego touru, Giro d’Italia

– powiedział Carapaz.

Na mecie w Weronie Carapazowi towarzyszyła żona i dwójka dzieci. W poprzednim roku, gdy finiszował na czwartym miejscu w klasyfikacji generalnej, też miała pragnienie, aby przyjechać na Półwysep Apeniński, ale nie otrzymała wizy.

– Kiedy opuszczałem mój kraj nikt nie wierzył w tego chłopaka, który jedzie na Giro. Myślę, że nikt o tym nie wiedział do momentu aż wygrałem czwarty etap. Następnie to zaczęło trochę bardziej rezonować. Teraz nie mam pojęcia, co tam się dzieje, ponieważ byłem w pełni skoncentrowany na Giro. Nie jestem sobie nawet w stanie tego wyobrazić. Ale moi rodacy są w euforii, cieszą się z mojego zwycięstwa. I myślę, że w Ekwadorze jest teraz tak samo

– mówił Carapaz, który wygrał – tak, jak powiedział – czwarty etap do Frascati, zyskał czas na etapie do Ceresole Reale, a następnie po raz drugi triumfował na etapie do Courmayeur, gdzie w sumie zapewnił sobie różową koszulkę.

W Tulcan, stolicy prowincji Carchi, skąd pochodzi Richard Carapaz, pokazywano wyścig na telebimie, co dowodzi temu, że Ekwador rzeczywiście zaczął żyć Giro.

– Jestem w pełni szczęścia, że Ekwadorczycy wyszli na ulicę dopingować mnie i gratulować mi. Wszyscy otrzymaliśmy wspaniały prezent. I ja otrzymałem dar możliwości rywalizowania na najwyższym poziomie. Skorzystałem z tego najlepiej, jak mogłem i w ten sposób napisałem historię

– zakończył Richard Carapaz.