Fot. Monika Probosz / naszosie.pl

To będzie mój pierwszy zawodowy trening kolarski. Wstaję za wcześnie i zaczynam się szykować: dobrze się ubieram, pakuję plecak, potem śniadanie i zbiórka przy autokarach.

Wyruszamy o 8.30. Wszyscy już są. Niektórych już nie ma. Wyruszyli wcześniej. Kolarze jadą podzieleni na 3 grupy, po 8 w każdej. Któraś musi być liczniejsza, bo w Bahrain-Merida jest 25 zawodników.

Jedziemy w samochodzie ze szwajcarską telewizją, a naszym kierowcą i moim nieocenionym przewodnikiem jest świeżo upieczony dyrektor sportowy Borut Bozic. Za sobą ma sprinterską karierę w Vacansoleil, Cofidisie, Astanie i Bahrain-Merida, na koncie między innymi dwa mistrzostwa kraju, etapy Vuelty i Tour de Pologne, a przed sobą, w tym momencie, 8 kolarzy.

To „grupa australijska” jak ją nazywa. Dziwię się, skąd wziął się w niej Domenico Pozzovivo. Sprawa szybko się wyjaśnia. Kolarze są podzieleni ze względu na program startów. Każda grupka ma nieco inny trening, zawodnicy będą razem jechać wyścig, więc muszą też zgrać się jako team. Mały Domenico trafił w ten sposób między wielkich Australijczyków.

Kamerzyści zaczynają swoją akrobatykę – jedziemy przy otwartych drzwiach, z otwartym bagażnikiem, a oni wychylają się, leżą – byle uchwycić dobre kadry. W samochodzie robi się zimno. Borut spokojnie sięga po czapkę. Kurczę, jednak nie jestem do końca przygotowana…

Trzeba zatrzymać się, żeby zrobić zdjęcia. Mijamy grupkę dziennikarzy na poboczu – to nasi koledzy, którzy mają za kierowcę i przewodnika Rika Verbrugghe. Też fajnie… Borut jednak krzywi się lekko i mówi:

„Załatwię wam lepsze miejsce, słoneczne”.

Chłopaki mają rywalizację we krwi.

Robimy fotki i jedziemy spokojnie czekając na grupę z Nibalim i Mohoricem. Jest czas żeby się rozejrzeć. Co mam napisać… no pięknie tu jest. Kręte drogi, wysepki dookoła, drzewa z mandarynkami, kamienne domki, cyprysy, słońce… wystarczy. Wiem, że w Warszawie właśnie są 3 stopnie i coś pada.

Nieoczekiwane spotkanie dwóch grup. Ta z Nibalim zatrzymała się na chwilę, z góry zjeżdżają nasi „Australijczycy”. Przejeżdżają koło kolegów pokrzykując, ci patrzą po sobie i… rzucają się w pościg. Słychać żarty, ale widać instynkt ścigania. Rohan Dennis  podjeżdża do naszego samochodu i żartobliwie próbuje zamknąć tylną klapę, ale za chwilę wyprzedza wszystkich i na szczycie małego wzniesienia podnosi obie ręce do góry. Pewnie. Ten element też warto przetrenować.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Dennis Rozrabiaka??‍♂️? #rohandennis #themenace #bahrainmerida #zgrupowanie #hvar #chorwacja

Post udostępniony przez TurDeTur (@turdetur)

Trening zbliża się do końca. Jestem zdziwiona, że minęły dopiero 2,5 godziny.

„Kolarstwo wszystkiego mnie nauczyło”

– mówi na pożegnanie Borut.

Coś w tym jest, jak mawia moja młodsza córka.

Z chorwackiej wyspy Hvar – Monika Probosz

Foto: Monika Probosz