Fot. ŻTC

Gdy po kilku dniach doskonałej pogody zaczyna lać deszcz i temperatura spada do 15 stopni, jasnym się staje, że jadę na dwa wyścigi pod rząd. ŻTC Bike Race w sobotę i niedzielę organizowało dwa wyścigi w Górze Kalwarii i Warce;  blisko, mokro i zimno, więc nie może mnie tam zabraknąć. 

Góra Kalwaria

Rzadka to sytuacja, że po przyjeździe na miejsce zawodów nie wysiadłem od razu z samochodu, choćby zamienić zdanie z kolegami, przywitać się, rozejrzeć czy zrobić cokolwiek, poza siedzeniem w samochodzie. W samochodzie ciepło i miło; nie wyściubiłem nosa z niego do ostatnich piętnastu minut przed startem, mało skupionym wzrokiem przyglądając się chmurom, kłębiącym się nad Górą Kalwarią.

Dzień był dość nietypowy, bo nie miałem żadnych oczekiwań, związanych z wyścigiem; nie wypada nie być, jeśli jestem cały, a lekkie naciągnięcia ciała po niewielkiej kraksie sprzed tygodnia rozmasowywałem siedząc w ciepłym wnętrzu samochodu.
Z samochodu wyskoczyłem, jak do startu zostało mniej, niż dwadzieścia minut; „rozgrzewka” sprowadziła się do jakieś pięciu minut na rowerze (w dół podjazdu, po czym trzy razy dłużej pod niego) i już ustawiamy się na linii startu.

Krótkie rozmowy, rzucona całkiem poważnie prośba, byśmy się nie rozbijali za bardzo, bo mnie jeszcze gnaty bolą i już jedziemy, już nerwówka przedstartowa zamienia się w skupienie, już słychać wpinanie butów…

Pięć pętli, kręconych na północ od Góry Kalwarii związane było z pięciokrotnym przejazdem przez niewielki, ale kąśliwy podjazd na Lipkowskiej. Byłem jako żywo tym podjazdem zainteresowany, bo o ile na rowerze jakoś tam jeżdżę, o tyle w stosunku do podjazdów mam stanowisko jasne i sprecyzowane; że powinno się wszystkie potraktować spychaczem, a dopiero potem pokryć asfaltem, bo kto to słyszał, by pod górę jeździć i to o własnych siłach, a nie za pomocą koni mechanicznych. Zjazdy zaś to już inna para kaloszy…

Ów podjazd w rozumieniu kolegów z południa mapy „7%? To zjazd jest”… nie zostałby nazwany nawet hopką, ale dla takich górali niskopiennych, mazowieckich jak ja – już i owszem, zwłaszcza gdy trzeba go pokonać w tempie, bo przecież wszyscy wiedzą, że jak pójdzie jakaś akcja, to właśnie tam.

I tak też było; za każdym razem, przy każdym podjeździe zaczynało się rwanie grupy, ale decydująca akcja rozegrana została o dziwno na płaskiej części trasy; odjechał jeden z kolegów, i mimo starań – do mety dojechał na solo. Cóż, ja tym razem nie angażowałem się w porządne akcje zaczepne, poza kilkoma takimi typowymi na rozruch nóg. Mięśnie i kości odczuwały jeszcze skutki upadku, a zarazem świadomość podpowiadała, że jutro też jest ciężki dzień – i wyścig w Warce.

Ostatnia runda minęła na przeciąganiu liny między solową ucieczką a grupą; brak współpracy rozsądnej spowodował, że Kamil Maj dojechał samodzielnie, a za nim finiszował tuż przed peletonem drugi zawodnik – Ryszard Boszczyk. Ostatni podjazd pokonany był w mocno naciągającym grupę tempie, i w efekcie później finiszowała trójka zawodników dosłownie koło w koło – w tej trójce był Wasz uniżony narrator.

Łapanie oddechu zajęło dłuższą chwilę – finisze pod górę są wyjątkowo wyniszczające – ale już po chwili wszystko wróciło do normy, i po rozjechaniu nóg umówiliśmy się na rewanż – do rozegrania dnia następnego.

Warka

Choć w niedzielę, czując jeszcze dobrze nogi po sobocie, pierwsze kroki skierować powinienem na autopilocie do łazienki, to w bezwiednym odruchu w pierwszej kolejności wyjrzałem przez okno.

Przełknąłem ślinę; opuściłem roletę na powrót wmawiając sobie, że te strugi deszczu na pewno mi się przewidziały. Jakoś wyjątkowo opornie szło mi pakowanie się, a samo wyniesienie roweru do samochodu wiązało się z koniecznością ponownego przebrania się, a mój stan ciuchów rowerowych z metką „przeciwdeszczowe” nadal wynosi zero sztuk, bo po prostu nie do końca w rzeczoną wodoszczelność wierzę. Zapasy wiecznie bawiącego moich znajomych strecza też mi się skończyły…

Dojazd do Warki nosił wszelkie znamiona klasycznego ubiegłorocznego deja vu; znów deszcz, znów dachowanie pewnego samochodu w tym samym miejscu, w tym samym miejscu stojący patrol policji i parkowanie samochodu także dokładnie w tym samym miejscu… i przemknęło mi tylko przez głowę, by nie było to samo miejsce, co w ubiegłym roku, bo wówczas to zająłem czwarte, najbardziej frustrujące dla sportowca…

Tym razem oczekiwanie na start było bardziej deprymujące; lało cały czas i to z tendencją zwyżkową im bliżej było godziny startu. Rozgrzewka znów sprowadziła się do zwiedzenia najbliższej toalety i już czekamy na start.

Tu podkreślić miejsce, z którego zaczynaliśmy i kończyliśmy rywalizację; jest to ryneczek w centrum miasta, wyłożony współczesną kostką, która jest i może bardzo estetyczna, ale zarazem równie śliska podczas deszczu. To też zwróciło uwagę wielu kolegów; w tym i rzecz jasna moją, ale z całkowicie odmiennych powodów.

O ile w zdecydowanej większości, owa kostka powodowała ukłucia niepokoju (ślisko, cztery zakręty, finisz – wszystko po kostce) o tyle we mnie budziło to tylko zaciekawienie, bo nie tylko, że dobrze pamiętałem ubiegłoroczny finisz; co sądzę, że mało który „bruk” na naszym terenie jest w stanie wzbudzić we mnie lęk, po przejechaniu Paryż Roubaix oraz Ronde van Vlaanderen.

Samo ustawienie się na starcie było w sumie dość zabawne; kto tylko mógł, schował się przed deszczem pod każdą wiatą, drzewem, namiotem czy czymkolwiek, co dawało osłonę (jak choćby otwarta w górę klapa bagażnika) przed ciężkimi kroplami deszczu, by chwilę po ustawieniu się samochodów – pilotów prawie jak spod każdego kamienia wychynęła grupa zawodników, synchronicznie rozgrzewających się klepnięciami dłoni. W efekcie – wyglądaliśmy tak, jakby na starcie stało trzech zawodników.

Oczywiście – błyskawicznie rachując w pamięci – głośno oceniłem, że taki stan liczbowy startujących jest jak najbardziej właściwy, bo to znacznie uprości wszelkie dyskusje co do zajętych miejsc, wystarczyłoby bowiem po prostu dojechać do mety, ale w momencie hasła „dwie minuty do startu” z każdej strony wyłoniły się moknące postaci z rowerami.
Przed nami na trasę ruszyli zawodnicy ze służb mundurowych; rozgrywali swoje mistrzostwa, w wyścigu uczestniczył nawet komendant główny policji wraz z ochroniarzami na rowerach i w sumie dość zabawne było, że nikt, poza nimi samymi nie wiedział, kto z zawodników pełni funkcję ochroniarzy.

Deszcz tłukł nas z każdej strony; zanim ruszyliśmy już byliśmy mokrzy, więc później było już wszystko jedno. Ruszyliśmy, pokonując kostkę spokojnie, po czym, wyjeżdżając z Warki, zderzyliśmy się z ostrym, przednim wiatrem.

Zapaliła mi się lampka, po wczorajszym, słabo układającym się we współpracę, wyścigu. Gdy wieje ostro z przodu, droga się wznosi, ze świecą szukać chętnych do jazdy…
Kiełkującą decyzję przypieczętowała uwaga, rzucona przez kolegę na siódmym kilometrze trasy; tam rozpoczyna się odcinek słabej jakości asfaltu. Po rzuconej uwadze, że to jak „w Roubaix” przyjrzałem się zaciśniętym dłoniom. Wyprostowanym rękom. Usztywnionym ciałom. Zaatakowałem. Właśnie tam, na bardzo wymagającym odcinku drogi. Na ósmym kilometrze rywalizacji. W dzikim wietrze i niesłabnącym deszczu.

Już na ósmym kilometrze z butów synchronicznie wylewała mi się woda. Już na ósmym kilometrze zdrętwiały mi palce stóp. Zaatakowałem jednak, stawiając wszystko na jedną kartę. Wóz, albo przewóz; nie odwracając się pędziłem ile sił przez cały pokiereszowany odcinek asfaltu. Dopiero po wyjeździe na nieco równiejszą drogę, odwróciłem się; miałem sto metrów przewagi.

Nabrałem powietrza. I zacząłem jechać na tyle mocno, na ile szacowałem siły. Przez ponad dwie godziny. Przez osiemdziesiąt kilometrów. W deszczu, wietrze i za towarzysza mając pilota, torującego drogę sto – dwieście metrów przede mną.

Zrobiłem sobie drugą z najdłuższych czasówek (w maju udało mi się uciekać przez 85 km).
Pokonując trzy rundy, pokonując podjazd, przejeżdżałem przez ryneczek, pokrzepiany miłymi słowami spikera, przedzierałem się przez kamienie, wodę i śliskie rondka, pokonywałem ten paskudny, długi odcinek prostej z przeciwnym wiatrem, który wyciskał ze mnie resztki i tak topniejących sił.

Trudno jest w wymagającym zwięzłości tekście oddać wszystko to, co dzieje się z zawodnikiem w przeszło dwugodzinnej, solowej ucieczce. To specyficzne funkcjonowanie w świecie własnego kasku, próba odcięcia się od bólu, od zmęczenia, oszukiwanie siebie samego, że już niedaleko, że już niedługo…

Przeszło dwie godziny później wjechałem po raz ostatni na krótki, ale stromy podjazd. Pokonałem ostatnie dwa zakręty. Zatrzymałem się metr przed linią mety; podniosłem rower i przeszedłem jeden krok, za białą linię. Odszedłem nieco dalej, i kompletnie wypompowany siadłem na mokrym krawężniku, ciężko łapiąc oddech. Kolega przytrzymał mi rower, bo chwilowo miałem ręce sprawne „inaczej”.

Fot. ŻTC

W pełni zdaję sobie sprawę, iż opis ten nie jest w pełni opisem reporterskim; ale i takim nie miał być. Ciężko też mi opisać, co działo się w peletonie… bo spędziłem w nim ledwie osiem kilometrów. Wiem zaś jedno. Uniknąłem tego, co przyszło mi do głowy, gdy pokonywałem ostatni podjazd, 200 metrów przed metą – że zgodnie z planem, kilka metrów przed kreską schodzę z roweru…
… i, poślizgnąwszy się na śliskich butach, na zmęczonych do granic nogach, ląduję jakże gustownie rozbawiając publiczność, na czerech literach…

Plan przejścia przez metę wykonałem całe szczęście bez większych komplikacji. ŻTC Bike Race – przedostatni etap zakończony kompletem punktów… a zwieńczeniem sezonu będzie wyścig w Żyrardowie 2 września.

Wyniki wszystkich pozostałych kategorii jak zwykle na stronie: www.ztc.pl