Fot. ŻTC Bike Race

Gdy stojąc na starcie wyścigu, w oczywistym stresie, zobaczyłem wokół siebie same mądre twarze, zląkłem się, że znów pomyliłem grupę startową i wzorem ubiegłorocznych mistrzostw Polski amatorów stanąłem omyłkowo na starcie z informatykami. Jednak nie, grupa była właściwa, to ja po prostu zmieniłem kategorię startową na Super Prestige. Wyścigowa karuzela ŻTC Bike Race ruszyła w słoneczny Grójcu.

O tym, że jadę we właściwej grupie przekonałem się, gdy po dwóch godzinach wietrznej jazdy przekroczyliśmy 80-ty kilometr trasy…

Gdyby ktoś pokusił się o zestawienie zdjęć z rozpoczęcia sezonu szosowego ŻTC z ubiegłego i aktualnego rozpoczęcia sezonu, mógłby się nieco zdziwić. Bo o ile ubiegłoroczne rozpoczęcie sezonu przebiegało pod znakiem opadów deszczu i śniegu, o tyle start sobotni był dla nas, zawodników, znacznie łaskawszy. Słońce, bezchmurne niebo, przyjemna temperatura sprzyjały frekwencji; na starcie zjawiło się tam nas łącznie niemal trzysta zawodniczek i zawodników.

Każdy, kto ścigał się po grójeckiej pętli, wytyczonej na drogach technicznych przy drodze ekspresowej wie, że bezwzględnie dzieli i rządzi tam wściekle szalejący wiatr. Słowa „dzieli” użyłem nie przez przypadek, bo chyba żadna z kategorii nie dojechała w składzie oryginalnym na metę, jeśli ktoś na wietrze został z tyłu, to szanse na samodzielny powrót do grupy miał znikome.

Rozpoczęcie rywalizacji, jak zawsze w Grójcu, odbyło się z pompą, z ciekawie zorganizowanym startem honorowym. Przejazd kolorowej grupy zawodników przez miasto na miejsce startu ostrego, zamienionych kilka zdań z dawno nie widzianymi i jeszcze bladymi kolegami o wyższości jazdy w słońcu nad bawieniem się w chomika na piwnicznym trenażerze i jesteśmy na linii startu.

A tu już klasyczna nerwówka; ostatnie komentarze, pytania „czy to na pewno mój sektor?”, „i co ja robię tu?” w końcu z moim ulubionym „może minutkę na papieroska?”, i ustawiamy się bezpośrednio za pilotem. Minuta do startu… zapada cisza przed burzą, nikt już nie gada… pół minuty… łyk wody, bo gardło suche z wrażenia, jedna noga już wpięta… dziesięć sekund… umysł przestawia się na „survival mode”, liczy się tylko tu i teraz… START! Szachownica idzie w górę. Szybko robi się szybko. Bardzo szybko. Serce równie szybko wchodzi w rzadko widywane rejestry. Zaczynamy gonić jak charty za uciekającym nam pilotem, traktując go jako mechaniczną wersję wabika na sznurku.

Przeganiam z głowy kiełkujące pytania „w imię czego?”, „na co mi to było?”, „czy warto tak zarzynać się w imię plastikowego pucharka”?, gdy już płuca odmawiają posłuszeństwa i jedzie się wyłącznie głową, bo nogi rozprawiają się z pojawiającymi się skurczami. Każdy z nas na takie pytania odpowiada inaczej, a i mało kiedy zupełnie szczerze. Szybko pojawiają się pierwsze skoki, rozrywające stawkę skuteczniej niż boczne podmuchy wiatru. Najaktywniej jedzie Marek Stram; ciężko zliczyć, ile razy atakował, naciągając peleton, aż ten zaczął trzeszczeć i pękać. W jedną z takich prób skoczył Wasz oddany redaktor; po pewnym czasie jazdy na zmianach przed peletonem zacząłem widzieć świat w czerwonych barwach, i to nie w wyniku takiej barwy szkiełek w okularach…nie wiedzieć też czemu mój zmęczony wzrok wyłapał karetkę, stojącą na poboczu i zabezpieczającą trasę. Tam na pewno mają tlen w butli.. a może by tak…

Nie, dopóki przytomny, z trasy nie zejdę. Lecimy dalej. Runda za rundą, szarpnięcie za szarpnięciem, kto zrobi przerwę dłuższą, niż kilka metrów, zostaje z tyłu. Kryzys na trzeciej rundzie przypłacam spłynięciem na tył już mocno odchudzonej grupy, jednak reflektuję szybko, że zostanie tu oznacza odpadnięcie. Czy moje, czy kogoś przede mną; efekt będzie ten sam, do grupy już nie dojedziemy. Nie przy tym tempie peletonu. Wracam na rozsądniejszą pozycję w wachlarzu. Mijamy po raz kolejny linię mety, czerwona koszulka ŻTC pokazuje nam ilość rund, pozostających do mety. Ile?? Szybkie spojrzenie.. jeszcze trzy rundy? Niemożliwe, na pewno sędziowie się mylą, przecież moje nogi wyraźnie mówią, że przejechałem tych rund już co najmniej dwieście!

Wiadukty, które pokonujemy na każdym nawrocie, rosną w oczach do podjazdu rangi Alpe d`Huez, prosta finiszowa łamie prawa fizyki, bo ciągnie się w nieskończoność, usiłując wyssać ostatnią kroplę z bidonu niemal wywracam go na lewą stronę. Im bliżej mety, tym więcej słychać pracujących miechów kowalskich; rozglądam się, kto tak dyszy, by z konsternacją dostrzec, że ów to jest mój odgłos, cytując klasyka – wydawany paszczą.

Ostatnia runda to przeciąganie liny między ucieczką a nami, goniącymi. Siłą rzeczy, jeśli współpraca w grupie goniącej jest bardziej szarpana, niż w ucieczce, ta zyskuje realne szanse na dojazd do mety. I w Grójcu to się ucieczce udało; dotarli na metę minutę z odkładem przed nami. Jeszcze tylko zaakcentować jakoś swoją obecność finiszem, który rozegrałem na sflaczałych już całkowicie nogach, jakby osa, która mnie po drodze użądliła w udo wstrzyknęła tam dawkę lidokainy.

Ostatnie metry pokonane z migotającymi wszystkimi kontrolkami, odpowiadającymi za utrzymanie się na rowerze, i … koniec. Meta. Nareszcie, w końcu, te prawie 90 kilometrów ciągnęło się wbrew jakimkolwiek zasadom, zapamiętanym z lekcji w podstawówce.

Jeszcze tylko dojazd do biura zawodów, wypicie beczki wody, skorzystanie z bufetu, zorganizowanego przez ŻTC i można łapać oddech. Jak zwykle, przed ekranem kłębią się tłumy, wypatrujące swoich nazwisk w tabelach z wynikami; ja nie miałem już sił, by walczyć tam na łokcie, by wyszukać swoje nazwisko. Poza tym mój wzrok po tym ciężkim wyścigu płatał mi figle, na finiszu miałem już widzenie tunelowe, dostrzegając długi jasny tunel prowadzący donikąd, ale zdołałem zatrzasnąć te wrota po właściwej ich stronie.

Pierwszy etap ŻTC za nami. Na kolejny organizatorzy zapraszają nas w kolejną sobotę, do Rawy Mazowieckiej.

Z reporterskiego obowiązku wymienię zwycięzców z kolejnych kategorii:

Fit Race M2:

Juszczak Adrian,

Martas Wojciech,

Krzemiński Mateusz,

Fit Race M3:

Sęk Łukasz,

Kałaska Bartłomiej,

Lenrcik Jędrzej,

Fit Race M4:

Karwowski Mirosław,

Kałaska Jakub,

Andrzejczyk Mariusz,

Fit Race M5:

Bogacki Filip,

Rybacki Zbigniew,

Pyza Jarek,

Fit Race M6:

Sęk Marek,

Bukowski Zbigniew,

Stebliński Andrzej,

Super Prestige K20:

Stoń Sylwia,

Sawa Monika,

Świerczewska Monika

Super Prestige K30:

Skóra Monika,

Banaszek Anna,

Przepiesc Kamila

Super Prestige K40:

Rajska Dorota,

Chmielewska Magdalena,

Kizerwatter-Świda Magdalena

Super Prestige M20:

Broda Bartłomiej,

Makulski Mateusz,

Grabarczyk Łukasz,

Super Prestige M30:

Pałyga Mariusz,

Gradziński Radosław,

Wolski Krzysztof

Super Prestige M40:

Pańko Łukasz,

Sumara Daniel,

Boratyn Artur

Pełne wyniki na www.ztc.pl

Poprzedni artykułYoucef Reguigui podąża drogą Tomasza Marczyńskiego?
Następny artykułBennett liderem LottoNL – Jumbo na Giro d’Italia 2018
Sławomir Niciński
"Master of disaster" Z wykształcenia operator saturatora; brak możliwości pracy w wyuczonym zawodzie rekompensuję jeżdżąc rowerem i amatorsko się ścigając, bardzo lubię też o tym pisać. Rytm tygodnia, miesiąca i roku wyznacza mi rower. Lubię się ścigać, i gdy jakiś wyścig mi nie wyjdzie, to wśród kolegów-kolarzy mówię, że jestem redaktorem sportowym, a gdy jakiś tekst mi nie wyjdzie, wśród redaktorów mówię, że jestem kolarzem-amatorem. I tylko do teraz nie rozgryzłem, czy bardziej lubię się ścigać, czy też pisać o tym, dlatego nadal zamierzam czynić i jedno i drugie, póki starczy sił.