Jeśli wydaje się wam, że anatomia jest nauką ścisłą, a organy leżą tam, gdzie zobaczyć je można w podręczniku anatomii, to wiedzcie, że możecie być w błędzie. Wystarczy przejechać jeden lub dwa fragmenty brukowe Ronde Van Vlaanderen, by przekonać się, że nerki bez większego problemu mogą zamienić się miejscem z płucami.

W ubiegłym roku, gdy mierzyłem się z trasą Paryż Roubaix, był moment, że zwątpiłem w rozsądek organizatorów, którzy na pierwszy odcinek brukowy po dojazdówce (zwykłym asfaltem) wybrali Lasek Arenberg. Kto, u licha, wpadł na ów makabryczny pomysł, że taki koszmar wybrał jako początek przejazdu przez wszystkie bruki? Kto uznał, że po 30 km rozgrzewki po zwykłej drodze rozsądne będzie, tak bez przetarcia, bez przygotowania wpaść na taką marę nocną, jaką jest zdezelowany, zdemolowany, poszarpany i potrzaskany odcinek, jak Arenberg? Tak na szybko, po niecałej godzinie jazdy, powinno się przecież odpowiednio przygotować, zacząć od czegoś łatwiejszego…

…wróć.

Przygotować? Do Arenbergu nie da się przygotować. Prócz Carrefour de l`Arbre i Mons en Pavele wszystkie inne bruki nie mają większego znaczenia; rzeźnia dzieje się na tych trzech właśnie. I naprawdę nie ma większego znaczenia, czy wjedzie się na ten odcinek, mając już inne za sobą, czy nie – szok dla organizmu będzie taki sam. Ponadto Arenberg błyskawicznie oddziela chłopców od …większych nieco chłopców i przeżycie tego sprawia, że późniejsze odcinki przestają łypać na nas tak strasznie złowrogo. Kto ma odpaść, to odpadnie na Arenbergu, i dalej się nie będzie męczył. I jak rower to przeżyje, to raczej przeżyje i pozostałe, wymagające odcinki.

Tam właśnie – na trasie Paryż Roubaix – dostrzegłem specyficzną walkę większości uczestników o pobocza, chodniki, kanały burzowe, ścieżki rowerowe, znajdujące się już za trasą wyścigu. Najbardziej uderzyło mnie to na Arenbergu właśnie – rozstawione barierki, wytyczona wąska droga tylko brukiem, tylko tam znajdują się pomiary czasu i … cała grupa rowerzystów z mojego sektora przeskakuje na samym początku odcinka za barierki i lecą ścieżką rowerową, za plecami kibiców, poza trasą. Zaraz, zaraz… przyjechałem na Paryż Roubaix, tak? Z czego słynie ów wyścig, z jazdy eleganckimi, równymi drogami, czy z kamieniami, rzuconymi bez ładu i litości na przecinki leśne i polne drogi? Więc – jadę tam, by jechać po bruku, czy też po ścieżce rowerowej, znajdującej się już za trasą? Dokładnie tak samo nie pojmuję sensu jazdy tam na w pełni amortyzowanych rowerach MTB. W czym tkwi tu wyzwanie, w czym trudność, gdzie tkwi sens takiej jazdy, gdy cała trudność jazdy na bruku sprowadza się właśnie do zerowej amortyzacji, wąskich opon i wysokiego ciśnienia w nich? Z mojego sektora Arenberg przejechała po bruku moja „czwórka”. Na jeden metr nie zjechałem z bruku, ani razu nie skorzystałem ze ścieżki, pobocza, chodnika czy kanału deszczowego.

Podobnie rzecz miała się z podjazdami na Ronde Van Vlaanderen. Pierwszy bruk sprawił, że moja grupa natychmiast rozpoczęła współczesną wersję walki o ogień, czyli o miejsce na wąskim poboczu. Chłopy, naprawdę?? Pada deszcz. Pobocze nieutwardzone, gliniaste, wąskie. Stojące kałuże, w których nie widać, jaka dziura czaić się może. To, że bruk trudny, śliski, wymagający – i owszem, ale to De Ronde, tu się jeździ właśnie głównie po bruku… Ci, co uciekali na pobocza mieli chyba więcej przeszkód, niż ja, lecący środkiem bruku. Środkiem, bo moje doświadczenia z Paryż Roubaix są takie, że garby są nieco wygodniejsze, w koleinach zaś po boku bruku czają się różne niespodzianki. W efekcie kilka razy były proste do przewidzenia sytuacje; walka między zawodnikami o te „boki”, po czym – albo gwałtowne hamowanie przed zaparkowanym samochodem, albo wpadnięcie kołem w kałużę, która okazała się być wielkości krateru, czy też przy nie do końca udanej próbie przeskoku nad krawężnikiem sam skok to i może się udał, ale lądowanie już niekoniecznie. Jestem z tego pokolenia, że zwracam uwagę na kolegów po kraksach, bo przecież w takiej samej sytuacji mogę znaleźć się i ja, więc tradycyjnie w takich sytuacjach, jeśli działo się to przede mną, wywrzeszczane „are you ok”? i wypatrywanie odpowiedzi. Wypatrywanie, bo to, co wówczas mówią niektórzy zawodnicy nie mieści się w społecznie przyjętych kanonach kultury; zachowanie, mina i gesty mówią więcej. Po sobie wiem, że jak zdarzy mi się zaorać o ziemię z wdziękiem galopującego nosorożca, to pierwsze po tym komunikaty są mało spójne (acz dla obserwujących niewątpliwie ciekawe) jak i w sobie tylko znany sposób przez chwilę działa błędnik, powodujący lekkie nieścisłości w koordynacji ruchowej. A przecież każdy jeżdżący wie, że pierwsze, co się robi po kraksie (jak da radę się wstać) jest sprawdzenie stanu roweru.

De Ronde jest pod względem technicznym znacznie trudniejsze od Paryż Roubaix. To jeden wielki konglomerat chaosu, okraszony każdą możliwą przeszkodą na trasie. Mnie osobiście najbardziej zaskoczyły podjazdy; i to mimo tego, że mapki tras przestudiowałem po wielokroć, nawet do góry nogami chcąc je nieco spłaszczyć, to czym innym jest widzieć a czym innym przejechać tę sinusoidę wzniesień. Pierwszy ostry podjazd pojawił się już po wspomnianych około 4 kilometrach, to takie typowe dla Flandrii wzniesienie, podjazd przeszło kilometrowej długości i nachylenie przekraczające 10%. I takimi podjazdami naszpikowana jest cała trasa; a wiele z nich pokrytych jest właśnie brukiem.

I to ten bruk, na podjazdach właśnie, jest największym zagrożeniem – jak ta mityczna czarna Wołga na ulicach pochłania zawodnika za zawodnikiem. Jeden poślizg tylnego koła i jednego zawodnika w grupce mniej.

Bruk. Miałem z nim do czynienia już w najróżniejszych odsłonach; jednak po raz pierwszy jechałem po śliskim, mokrym i pokrytym cienką warstwą błota. To spowodowało, że nie dawało się wstać z siodełka, by naciskać na pedały na stojąco; przeniesienie środka ciężkości na przód powodowało, że tylne koło traciło opór i ślizgało się w tej szaro-burej mazi, uniemożliwiając wspinaczkę.

Gdy po kilkunastu takich podjazdach zajęty byłem upychaniem palcami pęcherzyków płucnych przez gardło, zobaczyłem dobrze znaną mi nazwę.

Muur de Geraardsbergen. Jest to ok. 70 kilometr trasy, ale uwierzcie mi; dojeżdża się tam już nieźle oddychając uszami. Bruk i podjazdy non stop wyniszczają znacznie bardziej, niż dwakroć dłuższy dystans jazdy po „równym”. Muur znałem już dobrze, byłem tam dzień wcześniej na „rozpoznaniu”.

Urok tego miejsca po prostu oszałamia. Znałem to miejsce ze zdjęć, filmów, na których ucieka Cancellara na przemian z Boonenem. Podjazd ten podzielić można na trzy; pierwsza długa część wije się przez wyłożoną względnie rozsądnym brukiem reprezentacyjną część miasteczka. Cały czas pod górę, aż do sekwencji zakrętów, na których to zmienia się i bruk (na już znacznie gorszy) i wzrasta stromizna. Rozjazd, na którym stoi już znak zakazu ruchu samochodów, przejazd przy małych domkach z garażami, przy których brakuje tylko stojącego krasnala i po przystawce dostajemy Muur właściwy. Wiem, że „muur” znaczy: ściana. I druga część Muuru zaczyna już dość mocno kopać po, no, wiecie po czym. Jednak to nie jest jeszcze to, co zasługiwałoby na taką legendę podjazdu; byłem nieco – nie tyle zawiedziony, co zaskoczony – bo podjazd wszedł, choć ciężko, to bez jakiegoś większego oporu. Coś jednak mi nie grało, coś świtało w oddali. Bo przecież na szczycie Muuru jest malutki kościółek, obok niego widać niewielki krucyfiks. A nie widziałem ani kościółka, ani krucyfiksu, na który przecież oddychając 57 razy na minutę z tętnem 176 i widząc na czerwono zwróciłbym niewątpliwie uwagę.

Droga nagle skręcała w prawo, pnąc się w górę wokół zalesionego wzniesienia. Gdzieś między drzewami mignął kościółek.

Wysoko.

Hm.

Muur jednak dopiero się zaczął, bo były jeszcze dwa zakręty, po nich fragmenty coraz bardziej strome…

CDN