fot. Red Bull-BORA-hansgrohe

110. edycja Ronde van Vlaanderen zakończyła się zwycięstwem Tadej Pogačar. Za plecami Słoweńca metę przecięli kolejno Mathieu van der Poel, Remco Evenepoel oraz Wout van Aert. Każdy z nich miał po wyścigu swoje przemyślenia z nim związane, a te niejednokrotnie były całkiem ciekawe.

Zgodnie z przedwyścigowymi przewidywaniami, to Tadej Pogačar został zwycięzcą 110. edycji Ronde van Vlaanderen. Po zakończeniu zmagań Słoweniec opowiadał zarówno o wyścigu, jak i przede wszystkim o dalszych planach, albowiem już za tydzień odbędzie się Paryż-Roubaix, którego cały czas brakuje w dorobku mistrza świata. Warto jednak przeczytać także to, co mieli do powiedzenia pozostali główni bohaterowie niedzielnego wyścigu, począwszy od 2. na mecie Mathieu van der Poela (Alpecin-Premier Tech).

Zrobiłem wszystko, co mogłem, ale Tadej był silniejszy. Nic na to nie poradzę. Jechałem z mocą 650 watów i nie miałem już z czego dokręcić. Kolarstwo jest pod tym względem proste. Musiałem poddać się prawu silniejszego. Trzymałem się jeszcze chwilę i nawet odrobiłem część strat na płaskim odcinku Oude Kwaremont, ale Tadej wciąż miał jeszcze z czego przyspieszyć. Wtedy było już po mnie. Jeśli chodzi o Remco, to nie oglądałem się za siebie – dopiero na ekranie telewizora zobaczyłem, jak blisko był momentami. To Tadej cisnął mocno na każdym odcinku i nie dawał mu wrócić. Jeśli zaś chodzi o mnie, to naprawdę dałem z siebie wszystko i myślę, że osiągnąłem poziom, jaki sobie założyłem. Rywal był za silny. Ta niedziela przepadła, ale przede mną kolejny cel. W Roubaix ważne będzie szczęście. W zeszłym roku Tadej i tam był mocny. Oczywiście będzie tam kilku innych pretendentów do zwycięstwa, którzy będą mogli odegrać swoją rolę. Najpierw jednak trzeba dojść do siebie po tym wyścigu, bo z pewnością był to jeden z tych, który zostawił ślad

— opowiadał obszernie Mathieu van der Poel.

Kluczowe wydarzenia rzeczywiście miały miejsce na Starym Kwaremoncie, aczkolwiek rekord wspinaczki padł nie podczas ostatniego przejazdu przez to słynne wzniesienie, a już rundę wcześniej. Mathieu van der Poel, który ruszał z nieco dalszej pozycji, pokonał ten sektor najszybciej, ustanawiając historyczny rekord czasu wspinaczki – od wczoraj ten wynosi 2:46. Wówczas tempo Słoweńca i Holendra wytrzymał tylko Remco Evenepoel (Red Bull – BORA – hansgrohe), którego jednak zgubiono chwilę później, na Paterbergu.

Myślę, że to jest wynik, na który liczyliśmy i który chcieliśmy osiągnąć. Ostatecznie mogę być tylko zadowolony z wyścigu, tego jak pojechaliśmy jako zespół, jak i z wyniku. Mogę tylko podziękować moim kolegom z zespołu za to, że długo otaczali mnie opieką. To ogromny luksus móc ścigać się w ten sposób w wielkim klasyku. To co działo się jednak, gdy już każdy był zdany na siebie, było na swój sposób imponujące. Pierwszy raz na Oude Kwaremont czułem, że nie jest tak źle, ale potem dopadło mnie nagromadzenie wielu krótkich podjazdów. Wysiłek na Kwaremoncie bardzo mi odpowiadał. Z kolei Paterberg był bardzo krótki i dynamiczny, tam trochę mi brakowało w porównaniu do Mathieu i Tadeja. Jeśli to ma być lekcja, jaką mam wyciągnąć, to myślę, że to jedyna. Dalej bowiem byłem bardzo mocny. Naprawdę liczyłem na odrobienie strat. Śmiertelny cios padł tuż przed skrętem na Steenbeekdries. Tam odjechali o dwie, trzy sekundy – i to był koniec. Z pewnością tu wrócę, a celem jest zwycięstwo. Czy zaskoczę was również ogłoszeniem, że startuję w Paryż-Roubaix? Obecnie nie ma tego w planach. Nie oznacza to jednak, że nie można o tym dyskutować. Mogę jednak przyrzec, że w tym temacie nie planujemy, póki co, takiej zabawy, jak to miało miejsce z ogłoszeniem startu w Ronde van Vlaanderen

— opowiadał po niedzielnym wyścigu Remco Evenepoel.

4. miejsce w Ronde van Vlaanderen zajął Wout van Aert (Team Visma | Lease a Bike), dla którego to był 9. z rzędu monument ukończony w najlepszej „czwórce”, ale bez zwycięstwa. Belg jest szalenie regularny, ale jednocześnie nie jest w stanie pokonać największych rywali. Co tym razem miał do powiedzenia 31-latek?

Szczerze mówiąc, byłem trochę zaskoczony, że wyścig otworzył się już na Molenbergu. Byłem trochę za daleko z tyłu. Muszę podziękować kolegom z drużyny za to, że pomogli mi przejść na czoło. To był już kluczowy moment. Sytuacja nie była zła, bo miałem ze sobą Christophe’a Laporte’a, ale trzeba było działać. Dalej było już bardziej przewidywalnie. Do drugiego podejścia na Oude Kwaremont dotarłem tak, jak chciałem. Jak przewidywałem, wszystko zależało tam po prostu od nóg. Moje nie były wystarczająco dobre. Tadeja, Mathieu i Remco moglibyśmy dogonić tylko wtedy, gdyby zaczęli na siebie, ale trzeba było wierzyć. Muszę podziękować Madsowi za świetną jazdę. Dobrze nam się współpracowało. Powrót nie był w zasięgu ręki, ale zrobiliśmy, co mogliśmy. Myślę, że to był niesamowity finał. Wszyscy jeden po drugim przekroczyli linię mety. Z pewnością jestem zadowolony ze swojego występu. Mogłem liczyć na trochę więcej, ale to było maksimum, jakie udało mi się dziś osiągnąć

— powiedział Wout van Aert.

Poprzedni artykułDemi Vollering: „Wszystko dzieje się w głowie, to tam trzeba znaleźć siłę”
Następny artykułPolski raport z weekendu: Uciekinier Gradek bohaterem niedzieli
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze