fot. Agata Kapusta

Czy można stworzyć gravela za niecały 1000zł? Brzmi nieprawdopodobnie, ale francuska marka ponownie udowadnia, że w kwestii przelicznika cena/jakość ma niewielu rywali…

fot. Agata Kapusta

Decathlon podszedł do sprawy testów dość nietypowo – zazwyczaj producenci starają się pochwalić jak najlepszymi modelami, które napędzają naszą wyobraźnię i sprawiają, że (jeśli nie stać nas na najdroższy rower) kupujemy egzemplarz z niższej półki, byle mieć możliwość jeżdżenia na “takim samym sprzęcie jak X [wstawić nazwisko idola]”. Francuzi zdecydowali się jednak na przysłanie… najtańszego roweru z oferty.

fot. Agata Kapusta

B’TWIN Triban 100 to dziwna mieszanka kilku kolarskich światów – mamy kierownicę “baranka”, dość szerokie opony na szuter (rozmiar 700x32C), jeden “blat”, wolnobieg i bardzo nietypową manetkę do zmiany biegów. Początkowo ciężko “ugryźć” ten rower – to szosa? Gravel? Cross z “barankiem”?

fot. Agata Kapusta

Patrząc na specyfikację raczej trzeba się kierować ku drugiej opcji – na wyposażeniu jest najtańsza tylna przerzutka Shimano Tourney indeksowana na siedem “rzędów” (z wolnobiegiem), dzięki której zakres przełożeń to 48/14-34. Do tego ta manetka rodem z czasów Szurkowskiego i Szozdy… Aluminiowa rama i stalowy widelec oraz pancerne koła sprawiają, że noszenie ponad 11-kilogramowego roweru bywa uciążliwe. Sytuację bardzo ratuje jednak cena – w końcu 999.99zł za, bądź co bądź, dwa kółka to przecież niewiele!

fot. Agata Kapusta

Podczas jazdy Tribanem 100 w mojej głowie zrodziło się nietypowe porównanie; ten rower to odpowiednik pancernych samochodów z lat 80 i 90 – Mercedesa W124 i VW Transportera T4, które aktualnie uchodzą za synonim taniego w utrzymaniu i uniwersalnego środka transportu. W końcu Triban kosztuje tyle co para dobrych, kolarskich butów, co kask, kurtka czy podstawowe koła do szosówki. Pamiętając o tym łatwo się zorientować, że B’TWIN idealnie wywiązuje się ze swojego zadania – jeździ.

fot. Agata Kapusta

Właśnie, jazda na tym gravelu jest dość interesująca. Zaskakująco dobrze działa przerzutka Shimano Tourney, a łańcuch z korby nie spadł mi ani razu (chociaż inni testujący zgłaszali taki problem), pomimo wyłapywacza łańcucha, który jest tak daleko od korby, że łańcuch przechodzi swobodnie. Niestety wolnobieg i jeden rząd z przodu wiążą się z tym, że na podjazdach częstym wyborem jest “młynek” a’la Christopher Froome albo “przepychanie” a’la Jan Ullrich – wszystko przez ogromny przeskok pomiędzy dwoma najlżejszymi przełożeniami (z 24 na 34 zęby). Jednocześnie na zjeździe osiągamy kadencję 130-140 przy prędkościach rzędu 50-55km/h, więc góry “odpadają”. Na szczęście całkiem niezłe opony, krótki mostek i dość nisko położony środek ciężkości nadają Tribanowi zwinności, która pomaga w zakrętach, bo fatalne hamulce tektro niekoniecznie chcą działać – można to określić słowami

Jeśli widzisz przeszkodę, to już jest za późno – uderzysz.

fot. Agata Kapusta

Nie ma co oczekiwać, że jeżdżąc na rowerze za “tysiaka” będziemy bić rekordy. Po co nam więc karbonowe koła? Superlekka i aerodynamiczna rama? Z punktu widzenia osoby, która na szosie jeździ dość sporo, Triban 100 stanowi wspaniałą bazę na “zimówkę” – z tym ogumieniem możemy się wybrać nawet na lekki szuter/błoto, a dodatkowo nie boimy się, że sól i woda zniszczą nasze bardzo drogie części (należy też pamiętać o dożywotniej gwarancji na ramę). Jeśli niestraszne nam mrozy i wolimy się przewietrzyć niż kręcić przed ekranem telewizora/komputera/tableta/komórki, to najtańszy model z Decathlonu z “paździerza” staje się idealnym wyborem.

fot. Agata Kapusta

B’TWIN Triban 100 ma też być rowerem, który zachęci nowicjuszy do spróbowania kolarstwa. Niestety w tym przypadku ciężko go polecić – osoba, która zetknie się z kiepskimi hamulcami, ciężką ramą i dziwnymi przerzutkami raczej nie pomyśli “o jaki fajny sport”, ale stwierdzi, że to hobby dla masochistów. Wszyscy jeżdżący nieco więcej powiedzą, że prawdziwą przyjemność z jazdy osiągniemy dopiero wsiadając na droższy model – z osprzętem odpowiedniej klasy, lekko toczącymi się kołami i tak dalej.

fot. Agata Kapusta

Szczerze przyznam, że bardzo polubiłem Tribana 100 – przyzwyczajenie się do jeżdżenia na rowerze za tysiąc złotych sprawia, że późniejsze wycieczki na droższych maszynach sprawiają jeszcze więcej radości. Jednocześnie przy gorszej pogodzie, dojeździe do miasta, wybraniu się w błoto B’TWIN staje się pierwszym wyborem – wiernym towarzyszem, który dowiezie nas na miejsce, a ewentualna awaria nie oznacza pożegnania z miesięczną pensją. Pomimo wszelkich wad Triban 100 jest po prostu dobrym reprezentantem swojej półki cenowej.