fot. podiumcafe

Kilka dni temu przypominaliśmy Państwu ostatnie wielkie triumfy Toma Boonena. Co ciekawe, kiedy na brukach rządził jeden zawodnik, w Ardenach doszło do wielkiego przemeblowania. Wydawało się nawet, że dwóch kolarzy zwyciężyło przypadkiem.

Po roku wielkich triumfów Philippe’a Gilbert’a, praktycznie każdy kibic widział w nim największego faworyta do wygrania choć jednego wyścigu należącego do kwietniowego tryptyku. Co ciekawe, jego największymi rywalami nie mieli być kolarze, do których należał ten okres.

Ogromna niespodzianka miała już miejsce w Valkenburgu, podczas ostatniej edycji Amstel Gold Race kończącej się na Caubergu. Wówczas, po dość nudnym wyścigu (w którym pierwszy raz szerszej publiczności pokazał się Romain Bardet), na ostatnich metrach zaatakował Enrico Gasparotto. Włoch zupełnie niespodziewanie odniósł tym samym największe zwycięstwo w karierze.

Podczas La Fleche Wallone również nie obyło się bez niespodzianek. Tym razem jednak zwycięzcą nie okazał się kolarz “z kapelusza”, gdyż jako pierwszy linię mety przekroczył Joaquim Rodriguez. Zawodnik, który na kreskę wpadł drugi nie był już jednak w gronie faworytów. Tym razem mowa o Michelu Albasinim, jednym z najbardziej niedocenianych kolarzy w ostatnich latach.

Do największej sensacji doszło jednak podczas Liege – Bastogne – Liege. Wszystko to za sprawą pewnego Kazacha, który zaskoczył absolutnie wszystkich. Mowa o Maximie Iglinskym, złapanym na stosowaniu dopingu dwa lata później. A przecież jeszcze kilka kilometrów wydawało się, że nikt nie będzie w stanie dojść Vincenzo Nibalego… Właśnie, wydawało się. Ostatecznie, po ataku na samym Cote de Ans, po zwycięstwo sięgnął Iglinsky. Jakby udowadniając znakomitą formę na trzecim stopniu podium stanął Gasparotto, z którym niewiele przegrał Thomas Voeckler. Zaskakująco, prawda?

Tym samym, bez wątpienia, Ardeny 2012 były jednymi z “dziwniejszych” w historii.