fot. ABC news

Ile razy w historii kolarstwa wszyscy rywale tworzyli pewną koalicję przeciwko jednemu zawodnikowi? Ile razy, szczególnie w ostatnich latach, tylko pojedynczemu kolarzowi zależało na pogoni? Z pewnością takich sytuacji moglibyśmy wymienić wiele. Jedna z nich miała miejsce podczas Tour de France 2011.

Ostatnia edycja Wielkiej Pętli przed erą Team Sky była też ostatnią z bardzo emocjonujących. Rządni krwi bracia Schleck stanęli na przeciw Alberto Contadora, który miał za sobą bardzo męczące Giro. Wszystko “dodatkowo” ubarwił Cadel Evans, oraz jadący wyścig życia Thomas Voeckler. Przed Państwem TdF sprzed 6 lat.

By odpowiednio przypomnieć sobie wydarzenia z największego wyścigu na świecie, należy na samym początku odświeżyć informacje dotyczące trasy. Według wielu kibiców, prawdziwe ściganie rozpoczęło się dopiero na 12. etapie, kończącym się w Luz-Ardiden (wcześniej kolarze pokonywali Tourmalet). Należy jednak pamiętać, że już w pierwszym tygodniu peleton odwiedził kilka ciekawych lokacji, takich jak Muur de Bretagne czy Super-Besse Sancy. Dodatkowo, ostatni tydzień był więcej niż naszpikowany wielkimi podjazdami, ze względu na stulecie obecności Alp w wyścigu.

Od samego początku rywalizacji, więcej niż dobrze wyglądał Cadel Evans. Australijczyk, choć w pierwszej chwili nie był wymieniany jako jeden z głównych faworytów, wyglądał więcej niż dobrze, o czym świadczy etapowy triumf na wspomnianym już Muur de Bretagne. Dodatkowo wydawało się, iż drugi solidny wielki tour może przejechać broniący tytułu Alberto Contador, a jednym z jego głównych rywali może być… Frank Schleck.

Bardzo istotny dla przebiegu całego wyścigu był etap numer 9. Wbrew pozorom nie wydarzyło się tam wiele. Ba, odcinek był potwornie nudny. Od startu na czele znajdowała się kilkoosobowa grupka, w której skład wchodzili m.in. Juan Antonio Flecha, Thomas Voeckler czy Luis Leon Sanchez. Jak się później okazało, ich akcja zakończyła się powodzeniem, co pozwoliło Voecklerowi po raz kolejny założyć żółtą koszulkę lidera. Kibice najlepiej pamiętają jednak upadek obecnego eksperta Eurosportu oraz Johny’ego Hoogerlanda, spowodowany przez samochód francuskiej telewizji. Zdjęcia cierpiącego Holendra, który przekoziołkował na drut kolczasty, do dziś są jednymi z najpopularniejszych w kolarskich galeriach.

Przez wiele dni, każdy z kolarzy celujących w klasyfikację generalną podkreślał wagę pierwszego górskiego etapu, o którym wspomniałem już nieco wcześniej. Mimo szumnych zapowiedzi, mieliśmy do czynienia ze skrajnym kunktatorstwem. Gdyby nie Samuel Sanchez, Jelle Vanendert i Frank Schleck (który był pierwszą opcją atakującą zespołu Leopard – Trek), na ostatnim podjeździe nie działoby się praktycznie nic. Dzięki temu, jedynie 20 sekund do najgroźniejszych rywali stracił dotychczasowy lider, wspierany przez Pierre’a Rolland. Co więcej, pierwsze straty poniósł też “El Pistolero”.

Drugi z “trudnych” etapów w Pirenejach, kończący się na Plateau de Beille, miał praktycznie identyczny przebieg. O zwycięstwo ponownie powalczył duet Sanchez – Vanendert (tym razem lepszy był Belg), a faworyci z niemałą przyjemnością patrzyli sobie w oczy. Bardzo bolesna dla kibiców była opieszałość kolarzy Leoparda, który przez cały dzień starał się kontrolować zabawę. W tym miejscu warto przypomnieć postawę Jensa Voigta, który w ucieczce dwukrotnie zapoznał się z asfaltem, a mimo to, przed finałową wspinaczką, zabrał się za dyktowanie tempa w peletonie.

Przyszedł czas na najważniejszą część wyścigu, zaczynającą się od deszczowego etapu do Gap. Etapu, który zdecydował o finałowej porażce Andy Schlecka. Nie od dziś wiadomo, że Luksemburczyk był kiepskim technikiem, który rzadko kiedy jest w stanie zyskać cokolwiek na zjazdach, szczególnie mokrych. Wówczas była to strata, bardzo bolesna.

W strugach deszczu, nie wliczając ucieczki (i jadącego kapitalny wyścig mistrza świata Thora Hushovda), najlepiej z Col de Manse poradziła sobie dwójka Contador – Evans. Z niewielką stratą do duetu na metę wpadli faworyci z Frankiem Schleckiem i Thomasem Voecklerem. Młodszy z Luksemburskich braci, dzięki pomocy Maxime Monforta, przyjechał do Gap ponad minutę po “El Pistolero”. Andy po etapie, jak to miał w zwyczaju, nie przyznał się do wielkiego błędu, tłumacząc, że… wyścig ogląda jego mama i pewnie martwiłaby się, gdyby jechał szybciej.

Na szczęście dla 26-letniego blondyna, następnego dnia w Pinerolo świeciło piękne słońce. O tym, co działoby się z nim na zjeździe z Cote de Pramartino wie chyba tylko on, choć mimo bardzo dobrej pogody i tak działo się bardzo wiele. Nie da się ukryć, że trasa etapu była ułożona bardzo ciekawie. Długi zjazd z Sestriere poprzedzony wspinaczką pod Col de Montgenevre i zakończony palącym nogi podjazdem pod Pramartino zapowiadał się naprawdę ciekawie i z pewnością nie zawiódł.

Co prawda faworyci dojechali do mety razem, lecz nie obyło się bez prawdziwych emocji. O skali trudności zjazdu z włoskiego wzniesienia przekonał się choćby Thomas Voeckler, który zwiedził jeden z przydrożnych ogródków, pokutując za to 30-sekundową stratą. Dzięki dużemu dystansowi do wyścigu można odetchnąć z ulgą, mając świadomość, że nie wpłynęło to specjalnie na końcowe wyniki.

O intensywności trzeciego tygodnia świadczy fakt, iż kolejnego dnia kolarze mieli do pokonania królewski etap, kończący się na szczycie Col du Galibier, będący najpiękniejszym odcinkiem podczas Wielkiej Pętli w ostatnich dziesięciu latach. Przed jego startem, kolarze ekipy Leopard – Trek postawili wszystko na jedną kartę – “dziś lub nigdy!”. Reszta jest już historią.

Tak jak można było się spodziewać, pierwsza wspinaczka pod Col Agnel nie wniosła za wiele. W końcu zawodnicy dobrze wiedzieli co ich czeka później. Od najkrótszego(!) podjazdu na etapie, pod Col d’Izoard, zabawa zaczęła się na dobre. Po raczej kunktatorskiej jeździe wszystkich faworytów, mało kto spodziewał się tam tak agresywnej akcji Leoparda. Zaczęło się od podkręcania tempa i zrobienia solidnej selekcji. Było to znakomite przygotowanie gruntu pod atak Andy’ego Schlecka, który nastąpił 60 kilometrów przed metą, usytuowanym na jednym z najtrudniejszych podjazdów na świecie… Szaleństwo, prawda?

Jak się okazało, opłacalne. Dzięki świetnemu rozstawieniu stacji przekaźnikowych (na zjeździe z Izoard Schleka “przejął” Monfort), u podnóża Galibier, przewaga Luksemburczyka wynosiła już 4 minuty. Pozostali faworyci bez wątpienia mieli świadomość tego, jak niedługo może wyglądać klasyfikacja generalna. Nikt jednak nie miał zamiaru dać z siebie stu procent.

Nikt oprócz Cadela Evansa. O ile młodszemu z braci Schleck trzeba przyznać, że wygrał etap w kapitalnym stylu, o tyle Australijczykowi nie można odmówić serca, ambicji i niesamowitej zawziętości. To właśnie on, jako jedyny stawiał opór luksemburskim braciom, niwelując różnicę do 2 minut i 15 sekund.

Żeby tego było mało, kolejny etap również był serią niespodziewanych działań. Krótki odcinek z Modane do Alpe d’Huez od samego początku elektryzował. Niestety dla braci Schleck, już na podjeździe pod Col de Telegraphe na atak zdecydował się Alberto Contador, który był ich niewątpliwym konfliktem. Za Hiszpanem pojechać zdecydowali się także Thomas Voeckler i Cadel Evans. Na szczęście dla Australijczyka, jego sprzęt odmówił posłuszeństwa, co okazało się być niesamowitym fartem.

Dlaczego Evans zyskał na stracie kontaktu z najgroźniejszymi rywalami? Najzwyczajniej w świecie, jazda na czele przez pół Telegraphe i całe Galibier ze strony Valloire bardzo mocno umęczyła młodszego z braci Schleck, dzięki czemu lider ekipy BMC kontrolował sytuację podczas finałowej wspinaczki pod Alpe d’Huez (ucieczka została doścignięta jeszcze przed wjechaniem do L’Bourg d’Osains), nie tracąc ani sekundy i przystępując do finałowej czasówki ze stratą 57 sekund. Co więcej, walka ze świeżymi Schleckiem i Contadorem absolutnie zniszczyła Thomasa Voecklera, który na ostatnim górskim etapie stracił koszulkę lidera wyścigu. Co więcej, warto wspomnieć, że po zwycięstwo etapowe sięgnął jego główny pomocnik, Pierre Rolland.

Na długiej i ciężkiej czasówce w Grenoble, Evans zrobił to, co do niego należało – znokautował luksemburski duet, przejmując koszulkę lidera przed finałowym etapem do Paryża. Co więcej, Australijczyk przegrał jedynie z Tony Martinem, co idealnie obrazuje jego dyspozycję w końcówce wyścigu. Dzień później był on już pierwszym reprezentantem Antypodów, któremu udało się wygrać Tour de France.

Czy Evans zasłużył na zwycięstwo? Jak najbardziej. Choć może nie był kolarzem jeżdżącym najpiękniej i równie romantycznie co bracia Schleck, należy mu oddać, że zawsze był tam, gdzie być powinien. Co więcej, cały wyścig udało mu się przejechać praktycznie samotnie, nie mogąc liczyć na kolegów z drużyny czy układy liderów. Australijczyk pojechał praktycznie bezbłędny wyścig, otrzymując za niego odpowiednią nagrodę.