Fot. RCS Sport

Nie tylko siebie potrafi wywieźć w pole. Z czarującym uśmiechem skleja słowa w nonszalancko brzmiącą, lekkostrawną papkę, choć sam przekaz potrafi być bez mała kontrowersyjny. Do wyznaczonych sobie celów dąży niespiesznie, lecz z żelazną determinacją, skrupulatnie odhaczając kolejne punkty szczegółowo obmyślonego planu. Doskonały taktyk, z lekką obsesją na punkcie sprawowania kontroli. I żaden tam motyl. Raczej gąsienica, która na naszych oczach przeobraziła się w nowego Induraina. Oto Tom Dumoulin, perfekcjonista z planem.

Jest 12 września 2015 roku. Nie kryjąc rozczarowania, ubrany w czerwoną koszulkę lidera Vuelty, Tom Dumoulin ze zwieszoną głową pokonuje linię mety w Cercadilli. Właśnie przegrał wyścig, którego jeszcze przed trzema tygodniami nie miał najmniejszych szans wygrać.

Kim jest ten niespełna 25-letni Holender? Czego się po nim spodziewać w nadchodzących latach? Czy był to tylko jednorazowy wybuch formy w trzytygodniowej imprezie? A może jedynie zapowiedź potencjału, jaki w nim drzemie? Wówczas nie znaliśmy odpowiedzi na żadne z tych pytań, nie znał ich również Dumoulin, ewidentnie zaskoczony swoimi nowo odkrytymi umiejętnościami.

Nie ulegało jednak wątpliwości, że to właśnie on uczynił tamtą edycję hiszpańskiej Vuelty najlepszym wielkim tourem sezonu i jednym z tych wyścigów, które zostają w pamięci na lata. Była w nim niespodzianka i był dramatyzm. Był młody, utalentowany zawodnik, który w nieoczekiwanych okolicznościach objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej imprezy i bronił jej ze wszystkich sił w przynajmniej hipotetycznie niesprzyjającym mu terenie, by stracić wszystko na ostatnich 50 kilometrach. I w czym on sam upatrywał porażki, oniemiały z zachwytu kolarski świat od razu zobaczył świetlaną przyszłość, roztaczając na jej temat wyjątkowo barwne wizje. Aż trudno teraz uwierzyć, że w mniemaniu samego Toma miała ona wyglądać zupełnie inaczej…

Inaczej niż ma to miejsce w przypadku wielu zawodników pochodzących znad Morza Północnego, Dumoulin nie wywodzi się z rodziny o kolarskich tradycjach. On sam również długo nie wykazywał zainteresowania dyscypliną – to jest do czasu, aż jego rodzinne miasto zaczęło gościć start Amstel Gold Race.

Może czasami [oglądałem] jakieś etapy Tour de France, ale nie podporządkowywałem temu innych planów. Wolałem piłkę nożną,

– powiedział w wywiadzie udzielonym CyclingTips.

Jako dziecko, byłem zafascynowany wzrastającym zainteresowaniem, nadlatującymi helikopterami… Nietrudno było odczuć, że miało miejsce wyjątkowe wydarzenie. Wówczas zacząłem jeździć na rowerze,

– wspominał moment, kiedy jako 15-latek po raz pierwszy był świadkiem rozgrywania pierwszego z ardeńskich klasyków.

Teraz jestem już pełnoprawnym fanem kolarstwa. Zaczęło mi nawet sprawiać przyjemność czytanie książek na temat jego historii. Niedawno skończyłem książkę o Gino Bartalim. Jako dzieciak, na pewno bym po taką nie sięgnął.

Lecz chociaż blichtr jednego z największych wyścigów jednodniowych kalendarza okazał się wystarczająco pociągający, by Tom wsiadł na rower, na tamtym etapie nie łączył swojej przyszłości z kolarstwem w jego zawodowym wydaniu. Wierząc w potęgę swojego intelektu i niejako chcąc kontynuować ścieżkę obraną przez swojego ojca – biologa – zamierzał studiować medycynę.

 

Chciałem zostać lekarzem, jednak w Holandii nawet świetnie oceny mogą nie wystarczyć, by dostać się na wymarzony kierunek studiów. Trzeba mieć również trochę szczęścia. Mi niestety go zabrakło.

Jak to zazwyczaj w podobnych sytuacjach bywa, zaczął studiować pokrewny kierunek, jednak do niego nie miał już tyle pasji i serca. W tym samym czasie został natomiast zauważony przez ekipę Cervélo Test Team, która co prawda została rozwiązana zbyt szybko, by ich kontrakt z Holendrem doszedł do skutku, ale pomogła mu w podjęciu kluczowych decyzji i uruchomiła cały ciąg wydarzeń.

Tak 20-letni wówczas Dumoulin podpisał w 2011 roku swój pierwszy kontrakt z kontynentalnym Rabobankiem, a regularnie zajmowane przez niego miejsca w pierwszych dziesiątkach klasyfikacji generalnych imprez spod szyldu UCI wystarczyły, by kolejny sezon rozpocząć w barwach ekipy WorldTouru.

Drużyną tą była oczywiście Argos-Shimano, dziś Team Sunweb, a debiut Holendra w Ruta del Sol okazał się szokujący nie tylko ze względu na uzyskany rezultat (6. miejsce w klasyfikacji generalnej), ale również bardzo bezkompromisową jak na neo-pro postawę.

Moje pierwsze wrażenie było takie, że był dziwny. Nie w negatywnym sensie, po prostu on pomimo bycia nowicjuszem od początku dokładnie wiedział, czego chce,

– powiedział Simon Geschke, będący świadkiem rozwoju Dumoulina przez wszystkie lata jego zawodowej kariery.

Wracamy do roku 2017. Cały czas mamy w pamięci tę niewiarygodną Vueltę, jednak po poprzednim sezonie poświęconym niemal wyłącznie dyscyplinie jazdy indywidualnej na czas, ciągle nie wiemy, czego się spodziewać.

Sam Dumoulin mówi, że jego celem będzie Giro d’Italia, jednak ograniczonymi do minimum występami w wiosennych imprezach nie daje zbyt wielu wskazówek dotyczących swojej formy. Świetnie jedzie w niekoniecznie odpowiadającym jego predyspozycjom Strade Bianche, a podczas Tirreno-Adriatico dociera na szczyt Terminillo razem z Mikelem Landą, co zazwyczaj stanowi świadectwo wysokich kwalifikacji w odniesieniu do górskich wspinaczek. Analizując jednak spektakularną trasę setnej edycji włoskiego wielkiego touru trudno uznawać go nie tylko za faworyta, ale nawet kandydata do pierwszej piątki klasyfikacji generalnej. Nairo Quintana ma wygrać to Giro. Tom musi zadowolić się statusem rosłego, czarnego konia.

Wszyscy spodziewali się, że Dumoulin zdominuje etapy jazdy indywidualnej na czas. Być może, jeśli pierwsza część wyścigu rozgrywana będzie konserwatywnie, ponownie założy również różową koszulkę lidera imprezy. On jednak od początku wspinał się znakomicie, kończąc etap z metą na zboczach Etny w grupie liderów i przegrywając jedynie z Quintaną i Thibautem Pinot na Blockhausie, u podnóża którego w kolizji z pojazdem policyjnym stracił mającego pełnić rolę jego kluczowego pomocnika Wilco Keldermana.

Powetował sobie jednak tę stratę w możliwie najlepszy sposób, w dominującym stylu triumfując w “winnym” etapie jazdy indywidualnej na czas z metą w Montefalco, w konsekwencji istotnie obejmując prowadzenie w klasyfikacji generalnej Giro. Czy to wówczas jemu i pozostałym członkom ekipy zaświtała myśl, że ostatecznie zwycięstwo jest w zasięgu ręki?

Nie. Uświadomienie to nastąpiło jednak zaledwie cztery dni później, podczas  dedykowanego Pantaniemu odcinka z metą w Sanktuarium Maryjnym Oropa. Jeśli bowiem przez półtora roku czekaliśmy na potwierdzenie, że Holender ma w sobie tę iskrę, którą udało mu się wykrzesać na sztywnych hiszpańskich podjazdach, to był właśnie ten moment i ten styl rozgrywania wyścigu.

W minionych dniach zrobił już to, co do niego należało. Teraz wszystkie asy trzymali najlepsi górale zawodowego peletonu, a ich taktyka wydawała się nieskomplikowana – trzeba zacząć zawodnika Sunwebu grillować. Łatwiej jednak powiedzieć, niż zrobić, szczególnie w odniesieniu do zawodnika, który wysoką inteligencję łączy z doskonałą znajomością swojego organizmu i radykalnie niskim stopniem łatwopalności. Dumoulin to wyśmienity taktyk, którym emocjom daje się ponieść dopiero w powyścigowych wypowiedziach.

Ciągle uważany za faworyta Giro, do pracy zabrał się zatem Quintana, powtarzając ataki i w końcu zyskując przewagę nad Holendrem. Ten jednak, choć początkowo wyglądał dość niewyraźnie, w swoim stylu zaczął stopniowo nabierać tempa, by nie tylko odrobić straty do Kolumbijczyka, ale odjechać z Ilnurem Zakarinem i sięgnąć po etapowe zwycięstwo.

Tom był lepszy niż kiedykolwiek wcześniej i być może to właśnie wtedy natchnął całą swoją drużynę do czynienia prawdziwych cudów.

Tom zaskoczył mnie na tych podjazdach. Wiedziałem, że jest znakomitym czasowcem… facet był drugi w Igrzyskach Olimpijskich. Jednak sposób w jaki wspinał się na Oropę i Blockhaus, pokonując Quintanę lub niewiele do niego tracąc…

– powiedział zaskoczony Laurens Ten Dam, pełniący rolę kluczowego pomocnika Dumoulina po wycofaniu się Keldermana.

Wszyscy tego oczekiwaliśmy [że poniesie straty]. Stracił trochę na Blockhausie. Dlatego myśleliśmy, że wyścig sprowadzi się do minimalizowania strat na podjazdach, a jego zadaniem będzie nadrobienie ich podczas etapów jazdy na czas,

– wtórował mu Chad Haga.

Tak jak oczekiwaliśmy, objął prowadzenie po jeździe indywidualnej na czas, więc uznaliśmy, że w porządku, postaramy się mu możliwie pomóc na Oropie i zobaczymy, ile straci. On jednak wygrał z przewagą i dodatkowo zgarnął bonifikatę. Właśnie wtedy pomyśleliśmy, ‘okay, to może pójść naprawdę dobrze’.

Tak też poszło, choć Tom nie byłby sobą, ukończywszy wielki tour bez mniejszych i większych dramatów. Dniem próby miał być królewski etap z dwukrotnym podjazdem pod legendarne Passo dello Stelvio / Umbrailpass, i choć oczekiwania nie minęły się z prawdą, żaden z branych pod uwagę scenariusze nie mógł zakładać tego, który ostatecznie wszedł w życie.

Skok w przysłowiowe krzaki lidera Sunwebu, podobnie jak bieg Chrisa Froome’a pod Mont Ventoux, zapisał się już w annałach kolarstwa. O pierwszej z wymienionych sytuacji, podobnie jak heroicznej obronie różowej koszulki, napisane zostało już wszystko, ale przemilczany został psychologiczny aspekt tej katastrofy – być może ze względu na reakcję samego Holendra, który potrafi nadać nawet kontrowersyjnym wypowiedziom nieco beztroski i nonszalancki ton.

W rzeczywistości mieliśmy jednak do czynienia z 26-latkiem, który tego dnia miał na mitycznych alpejskich przełęczach dowieść, że jest w stanie podołać presji i spełnić pokładane w nim nadzieje. Młodego chłopaka, który jak na szpilkach czekał na ten moment próby i chwilę, w której zaatakują go najwięksi rywale, a zamiast tego, zdjęty problemami żołądkowymi, na oczach całego kolarskiego świata w biegu musiał zedrzeć z siebie różową koszulkę i skoczyć w krzaki. Poradzenie sobie ze wstydem okazało się znacznie trudniejsze, niż samotna obrona prowadzenia w wyścigu na Stelvio.

To był królewski etap i wszyscy wiedzieli, że pozostali liderzy zaatakują różową koszulkę. Więc jesteś młodym chłopakiem, cały świat obserwuje, otaczają cię kamery, a ty musisz się zatrzymać żeby się załatwić,

– wspominał menedżer drużyny, Iwan Spekenbrink.

Taka sytuacja potrafi złamać człowieka, szczególnie tak młodego. To jedna z tych zawstydzających sytuacji, które nie chcesz, by kiedykolwiek się tobie przydarzyły… a jemu się przydarza w taki dzień.

Udało się przetrwać ten dzień, jednak również na kolejnych górskich etapach nie zabrakło emocji. Wkradło się zmęczenie i nietypowy dla Holendra brak koncentracji, były też słowne przepychanki z Quintaną i Nibalim. Dumoulin stracił różową koszulkę na rzecz tego pierwszego i spadł na czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej, jednak tym razem – w przeciwieństwie do hiszpańskiej Vuelty – ostatnie słowo miało należeć do niego.

Robiąc doskonały użytek ze swojej zimnej głowy i cały czas największego talentu, Tom odrobił wszystkie straty na ulicach Mediolanu, wygrywając swój pierwszy wyścig trzytygodniowy i zostając pierwszym holenderskim triumfatorem Giro d’Italia. Tego dnia narodził się nowy Indurain.

Fot. RCS Sport

Pierwszych razów było jednak w minionym sezonie więcej. Tom triumfował w klasyfikacji generalnej BinckBank Touru (dawny Eneco Tour) – a zatem wyścigu, w którym jako jednym z pierwszych dał znać o swoim talencie, oraz nie zważając na lejący deszcz, kocie łby i sztywny finałowy podjazd, był klasą dla samego siebie w konkurencji jazdy indywidualnej na czas mistrzostw świata w Bergen.

Zakończył sezon ze zwycięstwem w Giro d’Italia, tęczową koszulką i presją bycia tym zawodnikiem, który ma uwolnić Francję spod okupacji Team Sky. Czy podejmie to wyzwanie?