dot. La Vuelta

Już niedługo wszyscy będziemy z przyjemnością wyczekiwać ardeńskich klasyków. Jestem więcej niż pewny, że jednym z głównych faworytów całego tryptyku będzie Alejandro Valverde. Hiszpan od lat jest uznawany za świetnego specjalistę od jednodniówek i solidny punkt drużyny w walce o zwycięstwo w generalkach. Mało kto jednak pamięta, że “Bala” zdołał już wypełnić swoją karierę zwycięstwem w wielkim tourze.

Mowa oczywiście o Vuelta a Espana 2009, kiedy to Valverde okazał się najlepszy, choć nie zdołał zgarnąć żadnego zwycięstwa etapowego. Według wielu specjalistów, był to jeden z niewielu wyścigów etapowych w wykonaniu obecnego lidera Movistaru, w którym na próżno szukać jego słabszego dnia.

Jeden z najbardzizej utytułowanych hiszpańskich kolarzy ostatnich lat, od samego początku kariery przymierzany był zarówno do klasyków, jak i wyścigów wieloetapowych. Niestety, wydawało się, iż nie jest on w stanie przejechać 3 tygodni bez choć jednego, gorszego dnia. Inaczej stało się jednak w 2009 roku.

Wówczas “Bala” od samego początku wyścigu był spokojny jak nigdy, a za jego anioła stróża robił Joaquim Rodriguez. Jak można się spodziewać, z takim przybocznym Valverde powinien być skazany na sukces. Odpowiednia taktyka była jednak równie istotna.

Na dobrą sprawę, Valverde rozpoczął swój marsz po zwycięstwo od czasówki w Walencji. Wysokie miejsce na ITT praktycznie otworzyło mu drzwi do bezpośredniej walki z Cadelem Evansem, który w Hiszpanii chciał uratować swój sezon.

Prawdziwe ściganie zaczęło się na Alto de Aitana, lecz dopiero dzień poźniej w Xorret de Cati Valverde zdołał przejąć koszulkę lidera.. Jednocześnie wówczas pierwsze nieco większe straty poniósł Samuel Sanchez, który w ten sposób znacznie oddalił się od końcowego zwycięstwa.

Wydaje się, że o losach wyścigu zadecydował etap do Sierra Nevada. To właśnie tam, największe straty poniósł ambitny Australijczyk Cadel Evans, który dzięki temu podszedł jeszcze bardziej zmotywowany do światowego czempionatu (o czym już niedługo), a Valverde zbudował sobie bezpieczną przewagę w klasyfikacji generalnej, której nie udało się odrobić jego rywalom zarowno w górach, jak i na ostatniej czasówce w Toledo.

Zwracając uwagę na występ “Bali” we Vuelcie 2009, nie dziwi fakt, iż do dziś jego celem jest wygranie Tour de France, bądź ponowne stanięcie na podium. Valverde, jak na wielkiego mistrza przystało, zdaje sobie sprawę, że wciąż może być go stać na bardzo wiele.