Ostatnio ktoś zapytał mnie, który z kolarzy jest obecnie moim faworytem. Wbrew pozorom nie jest to proste pytanie. Kiedyś było to dla mnie jasne, teraz muszę się nad tym zastanowić.

W dzieciństwie zdecydowanie był nim Lance Armstrong – byłam jego wiernym kibicem, oglądałam Tour de France trzymając za niego kciuki, przeczytałam wszystkie jego książki. Imponował mi swoją historią pokonania poważnej choroby i powrotu na szczyt. Jego styl jazdy był godny podziwu, miał wieczną chęć walki. Potrafił też zachowywać się fair w stosunku do rywali, czekać na nich, kiedy mieli kraksy – dzisiaj bardzo rzadko spotyka się takie gesty na wyścigach, a szkoda. Denerwowało mnie ciągłe podejrzewanie go o doping, byłam jego wiernym obrońcą. Oczywiście wszyscy wiemy, czym to się skończyło – przyznaniem się, odebraniem wszystkich tytułów, roszczeniami finansowymi od sponsorów… Pamiętam, że był to dla mnie poważny cios. Nigdy nie obejrzałam filmu, który powstał na jego temat.

Drugim moim ogromnym faworytem był Tom Boonen. To nie tylko fenomenalny sportowiec, ale też świetny człowiek. Sukcesy nie uderzyły mu do głowy, był… normalny. Uśmiechnięty, otwarty na ludzi, a do tego świetny w tym, co robił – czego tu nie lubić? Miał dużo szacunku do innych, uczył młodych zawodników, jak się zachowywać i jak jeździć. Podziwiałam go przez lata, szczególnie trzymając za niego kciuki w trakcie Paris – Roubaix, a jeszcze szczególniej podczas tegorocznej edycji. Ale, jak wiadomo, skończył już karierę zawodową. Z jednej strony szkoda, bo kibicowanie mu sprawiało przyjemność, z drugiej jednak dobrze, że wiedział, kiedy odjeść i nie przeciągnął swojej kariery za długo, tak jak robią to niektórzy zawodnicy.

Powstaje pytanie kto teraz? I muszę przyznać, że nie mam na nie jednoznacznej odpowiedzi. Dużą sympatią darzę Petera Sagana za podobne cechy, jakie podziwiałam w Boonenie. Mimo niesamowitych sukcesów, jakie osiąga, nadal pozostaje wesołym człowiekiem z dystansem do siebie, potrafiącym docenić swoich kolegów z drużyny. Dodatkowo jest jednym z niewielu zawodników, którzy starają się trzymać pewnych niepisanych zasad, które kiedyś obowiązywały w peletonie i przekazuje je dalej. Rezygnacja z wyścigu ze startu wspólnego podczas Igrzysk Olimpijskich na rzecz startu w zawodach MTB zrobiła na mnie ogromne wrażenie, więc tym bardziej trzymałam za niego kciuki. Pokazał, że jest wszechstronnym zawodnikiem, ale też że nie traktuje siebie zbyt poważnie i zostawia sobie otwartą furtkę na wszelkie szaleństwa, jakie przychodzą mu do głowy. Powiedzmy sobie szczerze – który inny zawodnik podjąłby taką decyzję? Za to, że dalej szuka i próbuje szanuję go jeszcze bardziej.

W kontekście toczącego się aktualnie Giro d’Italia mogę powiedzieć, że imponuje mi jeszcze jeden zawodnik – Tom Dumoulin. Przyjemność sprawiają mi zawodnicy, którzy nie są oczywistymi liderami. Gdyby Giro rozgrywane było tylko między Quintaną a Nibalim, wyścig ten dużo by stracił w moich oczach. Jeśli z góry wiadomo, że wygra jeden z dwóch, to po co oglądać? Dumoulin zrobił na mnie ogromne wrażenie swoim uporem i umiejętnością poradzenia sobie w każdej sytuacji. Aktualnie jest moim faworytem, trzymam kciuki za jego zwycięstwo i z uwagą mam zamiar przyglądać się dalszemu rozwojowi jego kariery.