Czy każdy kolarz lubi gadżety? Można chyba bez większego zastanowienia stwierdzić, że ciekawią nas wszelkiego typu nowości. Druga kwestią jest to czy zabawki są rzeczywiście potrzebne?

Niektóre może tak, lecz obnażmy brutalną prawdę – jeśli zmienimy Shimano Sorę na elektronicznego Dura-Ace, to nie pojedziemy w tempie białego Kenijczyka na lokalnym podjeździe. To nie jest nitro, jak w samochodach. Wracając do sedna – czy elektronika jest lepsza od ,,manuala”? Odpowiedź, jak zwykle, leży gdzieś po środku.

Prostota obsługi, a raczej jej komfort. Pozornie wydaje się, że w tej kategorii osprzęt elektroniczny wygrywa, ale czy tak jest na pewno? I tutaj i tutaj trzeba operować palcem wskazującym czy jakimkolwiek jest wygodnie. Elektronice trzeba oddać, że do zmiany przełożenia wystarczy dotknięcie przycisku, a za nas resztę robi silniczek, płynnie i bezproblemowo. Jednak serwomechanizm nie ma tego ,,marginesu” nie dopasuje się do zmiany prędkości, kadencji, siły transferowanej na pedał, a w konsekwencji na mechanizm korbowy. Linka może w pewnym zakresie dopasować do tych parametrów. Czasem wychodzi to na dobre tradycyjnemu osprzętowi, ponieważ w konsekwencji działa on (w niektórych sytuacjach) płynniej.

Koszty serwisowania. Niewątpliwy plus dla tradycyjnego osprzętu. Komponenty elektroniczne są o wiele droższe. Największe różnice widać w tylnych przerzutkach – elektroniczna kosztuje około 2500 zł natomiast wersja “linkowa” to koszt ok. 500- 600 zł. Co ciekawe komponenty Di2 kupowane osobno (albo nowa grupa) w komplecie kosztują dużo więcej od manualnej wersji, ale już rowery złożone na “linkowej” i elektronicznej wersji topowej japońskiej grupy nie różnią się ceną aż tak znacznie. Ceny rumaków i tak są horrendalne – przykładowo około 40 tys. za nowego Specialized Vias na elektryce i praktycznie tyle samo na lince.

Szybkość zmiany przełożenia. W mojej ocenie coś zupełnie abstrakcyjnego. Nawet najbardziej doświadczeni zawodnicy nie odczuwają różnicy miedzy kablem, a linką. Tym bardziej amator nabijający KOM-y na Stravie. Możemy pojechać szybciej, ale to raczej będzie zasługa psychiki, a nie sprzętu.

Regulacja. Praktycznie niepotrzebna w przypadku elektroniki, która wymaga co najwyżej kontrolnego sprawdzenia na początku sezonu i kilku kliknięć, aby wszystko funkcjonowało perfekcyjnie. Brak pancerzy= brak zabrudzeń i tarcia na styku linka pancerz. Nie ma żadnych śrubek baryłkowych, naciągów, czyszczenia ślizgów… Przy tradycyjnej wersji trzeba co jakiś czas pobawić się w mechanika i poszperać przy linkach. Na pancerze też jest rada, może nie najtańsza ale skuteczna- system zamknięty.

Waga. To jest dopiero ciekawe. Porównując “linkową” wersję Dura Ace z jej elektronicznym odpowiednikiem zauważamy przewagę po stronie tradycyjnego osprzętu. Cała grupa elektroniczna wraz z baterią wewnętrzną waży, według producenta, o 68 gramów więcej od mechanicznej wersji. Czy to dużo? Dla niektórych, tak dla innych nie, ale nie zapominajmy, że Dura Ace to najcięższa topowa grupa w peletonie…

Słowem podsumowania – elektronika jest świetna pod warunkiem, że mamy na stanie ciężarówkę z zapasowymi częściami i własnego sponsora. Wtedy można się bawić. Czy można wygrywać na osprzęcie tradycyjnym? Można, a Alberto Contador i Fabian Cancellara są tego świetnym przykładem. Czy silniczków trzeba się za wszelką cenę wystrzegać?

Absolutnie nie, ale nawet producenci osprzętu podkreślają, że jedno rozwiązanie nie wyklucza drugiego i tak, cytując Srama: “Elektronika to rozwiązywanie nieistniejących problemów”.

W podobnym tonie wypowiada się Shimano: “Nie postrzegamy elektronicznej grupy jako czegoś gorszego. To jest jak ze skrzynią biegów w samochodzie: wybierasz model albo z manualną albo z autometyczną, ale to nie znaczy, że jeden model jest gorszy od drugiego. Po prostu jest inny.”