dailypeloton.com

Kolarska kariera trwa zazwyczaj 10-15 lat i w relacjach telewizyjnych widzimy jej najlepszą część, czyli wyścigi. Niestety wielu z zawodników nie ma na tyle szczęścia, by kontynuować sportowe życie bez roweru i niektórzy wpadają w kłopoty…

Błysk fleszy, zaawansowane zaplecze techniczne, kibice wzdłuż trasy oraz okupujący autobusy ekip, podróże po świecie, kontrakty zawodowe a niejednokrotnie i reklamowe. Sprzęt z najwyższej półki, specjaliści od prania ubrań, dedykowane dla każdego z osobna materace. Pryzmat, przez który postrzegamy żywot zawodowców najczęściej dotyczy tych sfer, które są medialnie nośne – otwarte treningi, zawody, zdjęcia z podium, wywiady, genialne shoty filmowe (pozdrowienia dla Bartosza Huzarskiego). Powierzchowny, kolorowy blichtr, którego w ten sposób dotykamy, nijak ma jednak się do rzeczywistości. Życie zawodowca nie jest takie, jakie widać przez wybiórcze oko kamery. Widzimy rower w czerwone grochy, dany na własność przez Specjalized Rafałowi Majce, zielony Peto Saganowi czy złoty van Avermaetowi.

Nie widzimy dziesiątek godzin treningowych, litrów potu, ustawicznej diety, przeszło trzystu dni treningowych w roku, kontroli antydopingowych od piątej do dwudziestej drugiej. Nie widzimy życia na walizkach (niejednokrotnie Rafał Majka, pytany o plany urlopowe, mówił, że wiążą się one z posiedzeniem w domu a Michał Kwiatkowski, wieziony przez taksówkarza do Calpe nie potrafił odpowiedzieć, czy celem jest urlop czy praca).

Życie zawodowca nie jest usłane różami; zdobycie kontraktu to jedno a utrzymanie go to drugie. Dlaczego o tym piszę? Powód jest prosty; chęć zerknięcia za kurtynę, która opadła wraz z zakończeniem kariery zawodowej. Żadną tajemnicą ni też ujmą jest fakt, że w większości zawodowcy nie są ludźmi wykształconymi (tylko poświęcenie się treningom od lat najmłodszych zaowocować może uprawianiem sportu na poziomie zawodowym). Kilku z peletonu może zostać trenerami, jeszcze mniej dyrektorami sportowymi, dwóch menedżerami a jeden organizatorem jakiejś imprezy sportowej.

A pozostali?

Jeśli „przykleją się” do jakiejś drużyny, czy do klubu, to mniejsza bieda. Gorzej, jeśli pozostaną sami sobie; jeśli do tego dołączą się wszelkie talenta autodestrukcji efekty mogą być opłakane.

Dziesiątki przykładów nałogów – alkoholizm i narkomania, zatargi z prawem aż po tendencje samobójcze (zrealizowane czasami ze skutkiem pozytywnym, czego przejmującym przykładem może być Marco Pantani). Rozbijanie się drogimi samochodami, spektakularne bankructwa, wywindowane alimenty i czołówki gazet, ale już nie w dziale sportowym.

Dlaczego o tym piszę? Otóż „błysnął” po raz kolejny były kolarz, zwycięzca Vuelta a Espana 2002. Aitor Gonzales został aresztowany w wyniku podejrzenia go o napad na sklep z telefonami komórkowymi. Gonzales był jednym z zawodników, „skoszonych” przez aferę doktora Eufemiano Fuentesa. Po wpadce dopingowej i wynikającej z tego dyskwalifikacji przebranżowił się zostając rozrabiaką. Prowadzenie samochodu po spożyciu kokainy i alkoholu przypłacił utratą prawa jazdy. Ma też na swoim koncie wyrok za wynajęcie „zbirów” w celu pobicia człowieka.

Żeby tego było mało, wzorem klasycznego pierwowzoru historycznego a czasów amerykańskiej prohibicji Ala Capone, trafił także za kratki za oszustwa podatkowe.

Gonzalesa wybrałem tylko jako przykład, egzemplifikujący znacznie szersze zjawisko „pogubienia” się po zakończeniu intensywnej kariery sportowej. Niestety, takich przykładów jest znacznie więcej.

Czasami blichtr fleszy jest dokładnie tym, czym się wydaje być na pierwszy rzut oka – tylko blichtrem, lub – parafrazując słowa klasyka – „nie patrzaj w blask który świeci, bo świeci odbicie tylko”.

Poprzedni artykułRanty, wachlarze – co to takiego?
Następny artykułKenny Elissonde w Team Sky
Sławomir Niciński
"Master of disaster" Z wykształcenia operator saturatora; brak możliwości pracy w wyuczonym zawodzie rekompensuję jeżdżąc rowerem i amatorsko się ścigając, bardzo lubię też o tym pisać. Rytm tygodnia, miesiąca i roku wyznacza mi rower. Lubię się ścigać, i gdy jakiś wyścig mi nie wyjdzie, to wśród kolegów-kolarzy mówię, że jestem redaktorem sportowym, a gdy jakiś tekst mi nie wyjdzie, wśród redaktorów mówię, że jestem kolarzem-amatorem. I tylko do teraz nie rozgryzłem, czy bardziej lubię się ścigać, czy też pisać o tym, dlatego nadal zamierzam czynić i jedno i drugie, póki starczy sił.