fot. treksegafredo.com

Po przypomnieniu wielkiej kariery Fabiana Cancellary, przyszedł czas na drugą gwiazdę, która po sezonie 2016 postanowiła zakończyć przygodę z rowerem. Dziś zajmę się Frankiem Schleckiem.

Luksemburczyk również jest postacią barwną. Może nigdy nie miał takiej osobowości i pozycji w peletonie, lecz nie zmienia to faktu, że w ciągu ostatnich co najmniej 10 lat był niezwykle istotną częścią kolarskiego świata. Ambitny, waleczny i myślący (czasem za dużo) na trasie. Chyba lepiej nie da się go opisać.

Kariera starszego z braci Schleck rozpoczęła się w 2001 roku. Wtedy został stażystą w ekipie Festiny, nie notując tam interesujących rezultatów. Na jego nieszczęście, po kilku miesiącach współpracy ze swoim pierwszym zespołem, musiał on zmienić barwy. Jak się okazało, nie było to dla niego wyjątkowo trudne. Tym samym od 2002 roku był częścią teamu CSC, który opuścił dopiero 9 lat później.

Pierwszy sezon w duńskim zespole był dla niego trudny, ale nie ma co się temu dziwić. Po pierwsze był to jego pierwszy pełny sezon w peletonie. Po drugie, nie można wymagać od 22-letniego zawodnika uczącego się kolarstwa wielkich sukcesów. Bardzo spokojna praca nad umiejętnościami przyniosła efekt już rok później. Co prawda w sezonie 2003 obyło się jeszcze bez zwycięstw czy miejsc na podium, lecz młody Schleck zdołał kilkukrotnie zmieścić się w czołówce. Do jego najlepszych wyników z tamtego roku należą m.in. 10 pozycja na etapie Romandii, 17 w Giro di Lombardia czy 6 miejsce w Milano – Torino.

Na oczach wszystkich, popularny Frankie zaczynał pukać do światowej czołówki. W 2004 roku usłyszała o nim większa grupka fanów, bowiem notował bardzo przyzwoite wyniki w głośniejszych wyścigach. Już wiosną jego jazda była dużo bardziej zdecydowana i agresywna. Skończyło się to 9 miejscem w generalce Paryż – Nicea, 4 w Cholet – Pays de Loire, drugim miejscem na pagórkowatym etapie Critterium International czy 4. pozycją w GP Citta di Camaiore. Swoje nieprzeciętne umiejętności w jeździe pod górę, Frank zaprezentował podczas Tour de Suisse. To właśnie tam, na słynnym podjeździe pod Malbun, przegrał tylko z Georgiem Totschnigiem i Fabianem Jekerem. Dalsza część sezonu była także udana. Świadczy o tym chociażby 16 miejsce w wyścigu olimpijskim, 5 pozycja w GP Gippingem czy 10 lokata w mistrzostwach świata ze startu wspólnego.

fot. accconcern.lu
fot. accconcern.lu

Dojrzewający kolarsko Luksemburczyk nie zamierzał zwalniać tempa. Podobnie jak w poprzednich latach, widoczna była dobrze przepracowana zima i wyraźny progres. Tym razem sezon dla Schlecka zaczął się szybko, bo już w pierwszej połowie lutego. Start w Etoile de Besseges na pewno został przez niego dobrze zapamiętany – skończyło się na 8 miejscu w generalce. Kilka dni później, 25-latek został wysłany na Tour Mediterraneen (z jednym etapem tradycyjnie kończącym się na Mont Faron), który ukończył na drugiej pozycji. W Paryż – Nicea również było nieźle – 7 miejsce w GC. Co teraz może być pewnym zaskoczeniem, wiosenne klasyki nadal nie leżały Frankiemu. Co prawda z roku na rok notował lepsze rezultaty, lecz były to miejsca w okolicach końca pierwszej 50. Nie inaczej było tym razem. Nie oznacza to jednak, że dalsza część sezonu była mniej udana – wręcz przeciwnie! Już w czerwcu przyszło 4 miejsce w generalce Tour de Suisse (oraz trzy miejsca w etapowym top 10 – m.in. w Verbier). Do tego, tradycyjnie już, przyszła bardzo mocna końcówka. Tym razem były to kolejno: 2 miejsce w GP Zurychu, 2 w Giro dell’Emilia oraz 3 w Giro di Lombardia, będące do tej pory najlepszym wynikiem w karierze.

W końcu przyszedł przełomowy rok 2006, jeden z najlepszych w karierze Frankiego. Zaczęło się od bardzo dobrego Paryż – Nicea, co w przypadku kolarza CSC stało się normą. Tym razem było to 5 miejsce w generalce. Później zaczęła pisać się historia. Po raz pierwszy w karierze Luksemburczyka, na ogromny plus można zapisać ardeński tryptyk. Ba, wydaje mi się, że ogromny plus to jeszcze za mało powiedziane. Pierwszym triumfem w jednodniówce i zarazem pierwszym w karierze (nie licząc krajowego czempionatu) została wiktoria w Amstel Gold Race po długim, solowym ataku. Nowy król Caubergu był wysoko także w La Fleche Wallone (4 miejsce) oraz “La Doyenne” (7 miejsce). Niezwykle zmotywowany Schleck wszedł w drugą część sezonu silniejszy niż kiedykolwiek. Zaowocowało to 6 lokatą w GC Tour de Suisse, oraz 10 pozycją na zakończenie Tour de France. W Wielkiej Pętli istotniejszy dla Franka był jednak wygrany etap, kończący się na legendarnym L’Alpe d’Huez. W końcówce, jak można było się spodziewać, przyszedł jeszcze solidny start w Lombardii, zakończony na 7 miejscu.

Sezon 2007 był nieco słabszy, ale jednocześnie trudniejszy. Wszyscy rywale wiedzieli bowiem na co stać Luksemburczyka i pilnowali go podczas wszystkich wyścigów w jakich brał udział. O tym jak to zadziałało na Cancellarę pisałem kilka dni temu. W przypadku Schlecka było bardzo podobnie. Mimo to nie był to rok słaby – wręcz przeciwnie! Frankie zaliczył wiele miejsc w czołówce, psując mnóstwo krwi największym w kolarskim światku. Zawodnik CSC zdecydowaną większość wyścigów etapowych ukończył w czołowej 10. Zaczęło się w Vuelta Valenciana – 3 miejsce, prowadziło przez 8 lokatę w Paryż – Nicea, 10 w Critterium International, 8 w Pais Vasco, 4 w Bayern Rundfahrt, 7 w Tour de Suisse i 7 w Tour de Pologne. Tym razem nieco gorzej wyglądał start w Tour de France. Nasz bohater zakończył Grande Boucle na 16 pozycji. W klasykach również było naprawdę dobrze. Tytułu w Piwnym wyścigu nie udało się obronić – tym razem wywalczona została 10 lokata. We Fleche było już lepiej – 7 miejsce. Najlepszym wynikiem w ardeńskim tryptyku była trzecia pozycja w Liege. Nikogo z Państwa nie zaskoczę pisząc, że końcówka sezonu była równie okazała. Tym razem było to 4 miejsce w światowym czempionacie, 2 w Coppa Sabatini, zwycięstwo w Giro dell’Emilia i 13 pozycja w Lombardii.

W międzyczasie na kolarskie salony dostał się także młodszy brat Franka – Andy. Tym samym coraz częściej, wymieniając faworytów największych wyścigów na świecie, mówiło się o braciach Schleck. Jak się później okazało, zupełnie nie bez przyczyny.

W 2008 roku obaj bracia zaczęli być wręcz nierozłączni. Bardzo podobny kalendarz i styl jazdy zaowocowały niesamowitą braterską współpracą, która czasami pozbawiała ich zwycięstw. Niewykluczone, że pojawienie się młodszego brata nieco zahamowało szybko rozwijającą się karierę Franka. Dla naszego bohatera sezon zaczął się stosunkowo spokojnie. Pierwszym wynikiem wartym odnotowania jest 10 miejsce w GC Vuelta al Pais Vasco. Później przyszedł kapitalny tryptyk ardeński. Mimo, że Frankie nie zdołał wygrać choć jednego z klasyków, jego wyniki robią wrażenie. W końcu byle kto nie byłby w stanie w jednym roku zakończyć Amstel Gold Race i Liege – Bastogne – Liege na podium (kolejno drugie i trzecie miejsce). Jedynie w Huy było gorzej – 77 miejsce. Dodatkowo, w Liege 4 miejsce zajął Andy, notując pierwszy raz miejsce w top 5 razem ze swoim bratem.Następnym celem Franka była Wielka Pętla, z której o mało nie został wyrzucony przez potworny upadek na jednym z etapów Tour de Suisse.

Jak się okazało, był to jeden z najlepszych wyścigów w jego karierze. Co prawda nie udało mu się wygrać żadnego z etapów, ale piąte miejsce w generalce i koszulka lidera utrzymana przez 2 dni mówią same za siebie. Co ciekawe, “żółtko” odebrał mu… kolega z drużyny i późniejszy zwycięzca wyścigu Carlos Sastre, atakując na podjeździe pod L’Alpe d’Huez – tam, gdzie Luksemburczyk odniósł swoje (do tej pory) jedyne etapowe zwycięstwo w TdF. Niestety nigdy się nie dowiemy, czy Frank będąc jedynką, byłby w stanie obronić prowadzenie. Ostatecznie skończyło się na piątej lokacie. Po Tour de France, Frank nie zanotował już żadnego przyzwoitego rezultatu.

fot. politiken.dk
fot. politiken.dk

Od początku sezonu 2009, Frank był już raczej nastawiony na pomoc swojemu młodszemu bratu, co ciekawe, wyszło mu to na dobre. W lutym przyszło kolejne etapowe zwycięstwo – tym razem podczas Tour of California. Kilka tygodni później, starszy z braci zakończył Paryż – Nicea na drugim miejscu, dając jasny sygnał, że jest w bardzo wysokiej dyspozycji. Na tym jednak jego znakomite wiosenne występy się zakończyły. W pagórkowatych jednodniówkach zabrakło go w czołowej 10, poniekąd ze względu na pomoc Andemu w wygraniu “Staruszki”. Słabsze wyniki w Holandii i Belgii, nasz bohater powetował sobie w domowym Luksemburgu, wygrywając wyścig dookoła swojej ojczyzny. Największy szczyt formy przyszedł jednak na Wielką Pętlę. Tam, razem z Andym starał się jak mógł, by pozbawić zwycięstwa Alberto Contadora, a z podium zepchnąć tego, którego nazwiska nie można wymawiać. Skończyło się na wygranym pięknym etapie do Le Grand Bornard i 4 miejscu w generalce (po wykreśleniu “Silnorękiego” – przegrał jedynie z Contadorem, Andym i Bradleyem Wigginsem). Mimo to, pojawiały się komentarze, że bracia przywiązują zbyt wysoką wagę do siebie nawzajem.

Sezon 2010 był dla Franka zarówno udany, jak i pechowy. Tradycyjnie pierwsza część sezonu była udana – co prawda do połowy kwietnia nie zmieścił się w czołowej 10 żadnego z wyścigów, lecz wszędzie potrafił pokazać się z dobrej strony. Lepsze rezultaty ponownie przyszły w Ardenach – tym razem było to 7 miejsce w Amstel i 8 w “La Doyenne”. Co ciekawe, jego młodszy brat zanotował praktycznie identyczne rezultaty. Tym razem wszystko wskazywało jednak, że podczas Tour de France obaj będą piekielnie mocni i być może postarają się zająć dwa pierwsze miejsca w klasyfikacji generalnej. Po wynikach Frankiego widać, że był w ogromnym gazie. Na początku czerwca zajął 2 miejsce w GC Tour du Luxembourg, a nieco później, w pięknym stylu wygrał Tour de Suisse. Niestety, jego wielka forma nie przełożyła się na świetny wynik we Francji. Wyścig bowiem skończył się dla niego już na 4 etapie, po upadku na odcinku brukowym i złamaniu obojczyka. Niejeden kibic uważa, że dzięki temu mogliśmy oglądać jeden z najbardziej pasjonujących wielkich tourów, gdyż Andy nie oglądał się za bratem, nie tracąc niepotrzebnie wielu cennych sekund i dokonując rzeczy niesamowitych.

fot. bettiniphoto
fot. bettiniphoto

Spoglądając na karierę starszego ze Schlecków, można z pewnością powiedzieć, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Frank odbił sobie nudny lipiec, zajmując czwarte miejsce (po skreśleniu z listy wyników Ezequiela Mosquery) w hiszpańskiej Vuelcie.

Rok 2011 to absolutne apogeum kariery zarówno Franka, jak i jego młodszego brata. Obaj, rozstając się z Bjarne Riisem po serii kłótni, postanowili stworzyć własną drużynę, która stanęła do walki pod nazwą Leopard – Trek. Razem z braćmi, barwy zmienili chociażby Fabian Cancellara (o czym też nie zapomniałem wspomnieć kilka dni temu) czy Jens Voigt. Obaj Luksemburczycy przystąpili do sezonu zmotywowani jak nigdy i wierzący w sukces jak zawsze. Dla Franka, od samego początku wszystko układało się bardzo dobrze. Jeszcze w marcu na jego konto wpadły etap (kończący się już na Col de l’Ospedale) i klasyfikacja generalna Critterium International. Później, zgodnie z linią programową własnego zespołu, szczyt formy przyszedł, co specjalnie nie dziwi, na ardeński tryptyk. Tam obaj bracia szukali swojej szansy, lecz pierwsze dwa podejścia zanotowali średnie (11 miejsce Andyego w Amstel i 7 Franka w La Fleche). Dopiero na belgijski monument kończący się w Liege, ich nogi zaczęły odpowiednio kręcić. Tam jednak, po kapitalnej akcji rozpoczętej na Cote de la Roche aux Faucons, na finałowym kilometrze dali się łatwo objechać Philippe’owi Gilbertowi, który tym samym w jednym sezonie wygrał wszystkie trzy części tryptyku.

Następnym celem, co także nie jest zaskoczeniem, była wielka pętla. W międzyczasie Frankie zdołał zakończyć Tour de Suisse na 7 miejscu, lecz wówczas nikt nie przykładał do tego wielkiej wagi. Największe miało stać się we Francji. Niewątpliwie, tak też było. Bracia zaczęli wyścig spokojnie, dając się wyszaleć największym rywalom i bez większego wysiłku punktując Alberto Contadora zmęczonego walką na trasie włoskiego Giro. Prawdziwa jadka zaczęła się dopiero na 12 etapie, kończącym się w stacji narciarskiej Luz-Ardiden. To tam Frank po raz pierwszy postanowił zaatakować, pokazując w jakiej dobrej jest formie. Dwa dni później, podczas wspinaczki pod Plateau de Beille, obaj bracia starali się porwać grupę faworytów, lecz nie było to zbyt skuteczne. Wyścig miał się więc rozstrzygnąć w Alpach i na czasówce w Grenoble. Wydawało się, że zdecydowanie lepszą pozycję wyjściową do walki o zwycięstwo ma nasz dzisiejszy bohater (Andy stracił dodatkową minutę na zjeździe z Col de Manse do Gap), lecz ostatecznie to nie on był postacią numer 1. Wszystko przez jeden z najpiękniejszych etapów jakie widziałem w życiu – 18 odcinek Wielkiej Pętli kończący się na samym Galibier. Zgodnie z tym co wiemy dzięki filmowi The Road Uphill”, produkcji mówiącej o teamie Leopard podczas TdF 2011, plan dyrektora sportowego Kima Andersena był prosty – Na początku wypuszczenie dwóch stacji przekaźnikowych (Joosta Posthumy i Maxima Monforta), później akcja zaczepna Andyego na podjeździe pod Col d’Izoard (około 60 kilometrów przed metą, zaproponowana przez niego samego poprzedniego wieczoru) mająca go z pomocą kolegów w czołówce wyprowadzić na czoło klasyfikacji generalnej. W przypadku niepowodzenia, Frank miał poczekać do finałowej wspinaczki, by tam zgubić rywali. Ostatecznie pierwszy wariant okazał się skuteczny, a 26-letni Andy odniósł najbardziej epickie zwycięstwo w karierze. Co z Frankiem? Wjechał na metę drugi, zostawiając w końcówce wszystkich rywali.

Pisząc o tym etapie, po dziś dzień w głowie słyszę słowa Kima Andersena wypowiedziane na zakończenie odprawy.

Guys, today, you need to fight. It’s a hard day. It’s a fighters day.

Następnego dnia, podczas etapu kończącego się na L’Alpe d’Huez, wszystko miało być rozstrzygnięte na rzecz Andyego. Nieco inny plan miał jednak Alberto Contador, który postanowił przyspieszyć na pierwszym podjeździe pod Col du Telegraphe. Młodszy z braci Schleck, zupełnie niepotrzebnie, wskoczył na koło Hiszpana, tracąc bardzo dużo sił oraz dając się dogonić na zjeździe poprzedzającym finałową wspinaczkę (jednocześnie serwując kibicom kolejny epicki etap). Ostatecznie, przed finałową czasówką, przewaga liderującego w wyścigu Andyego wynosiła 53 sekundy nad Frankiem i 57 sekund nad Cadelem Evansem. Jak nie trudno sobie przypomnieć, na czasówce to Australijczyk był najlepszy, a nagrodą za walkę do końca była żółta koszulka odebrana w Paryżu.

Wracając myślami do Grande Boucle sprzed 5 lat, zawsze zastanawia mnie kilka rzeczy. Po pierwsze, czy i ile czasu przed rywalami Frank wjechałby na Galibier, nie zważając na brata szarżującego na czele? Po drugie, czy Andy byłby w stanie zaatakować Evansa na Alpe d’Huez, gdyby nie pojechał za tracącym do niego 5 minut Contadorem? Po trzecie, czy Frank byłby w stanie wygrać wyścig, gdyby Andyemu nie wyszła akcja na 18 etapie?

Patrząc po czasie na to w jaki sposób obaj bracia pokonywali kolejne kilometry, śmiem twierdzić, że wyścig Evansowi wygrał… Alberto Contador. Gdyby nie postać Hiszpana, który był zmorą obu Luksemburczyków, bracia Schleck nie tylko rozłożyliby konkurencję na łopatki, ale także zrobiliby to w najbardziej romantyczny sposób w ostatnich latach, jeśli nie kilku dekadach. Szkoda, że obaj byli tak bardzo, a zarazem niepotrzebnie zapatrzeni w popularnego “księgowego”.

fot. sirotti
fot. sirotti

Dla naszego bohatera, w sezonie 2011 udany był już tylko start w Classica San Sebastian, gdzie był 5. Kolejne wyścigi nie były tak udane.

Niestety, przyszedł czas na o wiele smutniejsze lata kariery starszego ze Schlecków. Zaryzykuje wręcz stwierdzenie, że wraz z końcem Tour de France 2011, obaj bracia niesamowicie obniżyli loty, praktycznie kończąc swoje kariery. Duże znaczenie miało połączenie ekipy Leoparda z Radioshack, przez co obaj zyskali nowego wroga, będącego jednocześnie ich szefem – Johana Bruynela.

Sezon 2012 był dla Franka zdecydowanie mniej udany z dwóch powodów. Po pierwsze jego wyniki nie były już tak dobre. Co prawda zdarzały się lepsze wyścigi (7 miejsce w Vuelta Andalucia, 3 w Tour du Luxembourg czy 2 w Tour de Suisse), lecz większość startów można było zapisać do rubryczki “nieudane”. Jakby tego było mało, podczas wielkiej pętli w organizmie Frankiego wykryto niedozwolone środki, przez co musiał odbyć roczną banicję.

Powrót na kolarskie trasy nastąpił dopiero w 2014 roku. Jak jednak można było się spodziewać, 34-letni wówczas Frank był cieniem samego siebie. By to udowodnić, wystarczy podać najlepsze wyniki z tamtego sezonu – 6 miejsce w Critterium International, 9 w Tour de Luxembourg, 12 w Tour de France, 8 w GP Wallonie i 9 w Milano – Torino. Przepaść, prawda?

Kolejny rok nie był lepszy. Tym razem już 35-letni zawodnik notował jeszcze słabsze rezultaty (do końca lipca zanotował tylko 2 miejsca w czołowej 10). Nieco “przełomowym wyścigiem” był Tour of Utah, który skończył na 4 pozycji. Na szczęście pod koniec sezonu przyszła hiszpańska Vuelta, podczas której udało mu się wygrać jeden z etapów.

Ostatni sezon był już męczarnią. Kompletnie nieudana wiosna i równie słaby powrót do Tour de France (dopiero 34 miejsce w GC) nakłoniły znakomitego Luksemburczyka do zakończenia kariery.

fot. treksegafredo.com
fot. treksegafredo.com

Jak zapamiętam Franka? Jako walecznego, dynamicznego, romantycznego i niezwykle sympatycznego faceta. Nigdy nie zapomnę jego ataków, jego relacji z bratem do złudzenia przypominających mi mnie i mojego przyjaciela, jego bardzo charakterystycznej pozycji na rowerze. Na zawsze pozostanie dla mnie częścią swoistej przygody, jaką przeżywałem jako fan razem z nim i Andym podczas Tour de France 2009-2011. Dzięki za wszystko Frankie. Wiedz, że ten tekst piszę również dzięki Tobie.

PS: Drodzy Państwo, gorąco polecam cofnięcie się 5 lat wstecz i obejrzenie filmu The Road Uphill. Niektórych może on wprowadzić głęboko do sfery wspomnień, a innym pomoże zrozumieć działanie braterskiego duetu.