Bartosz Huzarski: – Nie uważam się za wielkiego kolarza, nie mam super talentu, zawsze lepiej czułem się w roli pomocnika – mówi z rozmowie z naszosie.pl Bartosz Huzarski. Doświadczony zawodnik mówi także o swoich perspektywach na przyszłość oraz wyjaśnia, dlaczego kodeks kolarski przestaje obowiązywać w peletonie.

Czy już wiadomo, co będziesz robił w przyszłym roku? Zobaczymy Cię w roli dyrektora sportowego?

14 października mam spotkanie w Niemczech w tej sprawie, wtedy wszystko się wyjaśni. Na pewno będę bardzo chciał zostać przy drużynie w roli a la dyrektor, pomocnik dyrektora. Po pierwsze dlatego, bo szkoda tylu lat w kolarstwie i mojego doświadczenia. Po drugie przyda mi się to w akademiach rozwoju młodych talentów i dla dorosłych, które prowadzę. Chcę mieć cały czas kontakt z nowościami, zarówno jeśli chodzi o plany treningowe jak i sprzęt. No i z menadżerami ekip pod kątem znajdowania w przyszłości grup dla tych, którzy wyjdą z projektu mojej akademii kolarskiej. Jeśli chodzi o rozmowy z Ralphem Denkiem z Bora Hansgrohe to są tylko i wyłącznie moje rozmowy i moja walka o jak najlepszą sytuację.

Menadżer cały czas szuka ekipy, w której mógłbyś ewentualnie kontynuować karierę?

Tak, ale nie wygląda to dobrze. Dowiedziałem się za późno, ta wiadomość była ciężka do przełknięcia. W maju rozmawiałem z Ralphem, wtedy powiedział mi, że zostaje w drużynie. Nic nie podpisywaliśmy, nie ustalaliśmy warunków finansowych, ale znałem go 6 lat i wiedziałem, że jeśli powiedział, mi że zostanę to znaczy, że zostanę, że można mu zaufać. Sytuacja mocno się zmieniła, gdy do projektu wszedł Specialized. No i zabrakło dla mnie miejsca. Ale Ralph optymistycznie popatrzył na moją propozycję, że chciałbym zostać w drużynie w roli asystenta dla kolarzy.

Mówiłeś, że interesują Cię tylko ekipy zagraniczne. Rozumiem, że zdania nie zmieniasz i nie zobaczymy Cię jeżdżącego w barwach polskiej grupy?

Nie zmieniam zdania. Jeśli chodzi o polskie drużyny to nie chcę, żeby moim docelowym wyścigiem były Grody Piastowskie, już ten wyścig wygrałem. Moim wyścigiem docelowym może być Giro albo Tour de France, chociaż nigdy takiego wyścigu nie wygram. Nie chcę, żeby to źle zabrzmialo, ale po prostu jestem za stary na to, żeby męczyć się w projekcie, który mi nie odpowiada. Jak dowiedziałem się tydzień przed Vueltą, że nie przedłużą ze mną kontraktu, to już praktycznie wszystkie składy były pozamykane. Zostały pojedyncze miejsca. Ale z drugiej strony nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Czyli, co masz na myśli?

Ja już od jakiegoś czasu myślałem, żeby skończyć karierę, ponieważ kolarstwo zaczęło schodzić na taką drogę, która przestała mi się podobać. Zrobił się to sport bardzo niebezpieczny. Do tego sytuacja polityczna na świecie, ataki terrorystyczne – eventy typu Tour de France, Giro czy Vuelta mogą być pożywką dla terrorystów, nie wszystko da się upilnować. Poza tym, w ostatnich latach było bardzo dużo kraks. Na wyścigu typu Tour de France pojawia się 20 – 30 sytuacji podbramkowych, których kolarzowi udaje się uniknąć. No i pojawiło się też sporo zawodników z mentalnością typu „liczę się tylko ja i moja drużyna”.

Kodeks kolarski odchodzi do lamusa?

Ten kodeks kolarski przestał obowiązywać. Było to widać doskonale w tamtym roku na Tour de France, gdy w na jednym z pierwszych etapów lider Fabian Cancellara leżał w dużej kraksie. Kolarze wręcz protestowali dlaczego zatrzymuje się wyścig. No kurde, zatrzymujemy się, bo leżał lider. Choćby dlatego. Kiedyś nie trzeba było o tym mówić, o zasadach fair play. Po prostu wszyscy czekali, gdy lider stanął za potrzebą albo się przewrócił. I to jest właśnie najcięższe dla mnie, bo pamiętam tamte czasy, kiedy było fajnie, kiedy był większy luz na wyścigach i kiedy kolarstwo było bardziej prestiżowe. Nie było takiej mody, że cała drużyna musi jechać razem od startu do mety. I nikt cię nie przepuści z prawej strony na lewą, bo oni muszą jechać razem. Teraz jest tak, że jak peleton jedzie w jednym rzędzie, bo wieje boczny wiatr i wpuścisz jednego zawodnika przed siebie, to masz pewność, że za 2 minuty podjedzie 7 jego kolegów. A to już zmienia postać rzeczy, bo jeśli ich wpuścisz, jesteś 14 metrów dalej. Wielu zawodników z tego starszego pokolenia, z którymi rozmawiam, podziela zdanie, że wszystko idzie nie w tę stronę.

To konsekwencja presji na wynik?

Jest większa presja dyrektorów sportowych, jest ciasno na rynku kontraktów zawodowych, jest także większa presja od sponsorów. I jest dużo nowych zawodników, którzy nie pamiętają tamtych czasów. Chodzi tutaj szczególnie o zawodników z USA, Kanady czy Australii. My ich nazywamy ignorantami. Takim zawodnikom na odprawach wpajają, że tylko ty jesteś ważny i twoja drużyna, reszta się nie liczy. Innymi słowy brakuje respektu, To był jeden z powodów przez który chciałem dać sobie spokój, ale dopóki ktoś mnie chciał, płacił dobre pieniądze i szanowano mnie w ekipie, to nie widziałam za bardzo powodu, żeby kończyć.

Tak było w Bora-Argon?

Miałem tam fajnie, wybierałem wyścigi, mieszkałem w Polsce, nie wywierano na mnie presji, że mam mieszkać na Majorce czy w Hiszpanii. W okresie grudzień – styczeń – luty siedziałem na zgrupowaniach zagranicą i wydłużałem je o 5 – 6 dni i nie było problemu. A przecież w Polsce od kwietnia jest normalna pogoda, więc nie miałem problemu z trenowaniem – mam dobry teren, mieszkam w górach. Był też duży szacunek do mnie, co mi się bardzo podobało.

Co uznajesz za największy sukces w swojej karierze?

Nie uważam się za wielkiego kolarza, nie mam super talentu, zawsze lepiej czułem się w roli pomocnika i w tym się spełniałem. Na rozmowach ws. kontraktu mówiłem zawsze, że godzę się na takie i takie pieniądze, ale też stawiam takie i takie warunki. Nie chciałem słyszeć o liderowaniu na wyścigu, o wywieraniu na mnie większej presji, bo ja się do tego nie nadaję. Źle się czuję, jak mam być liderem na jakiś wyścig, bo ja wiem, że ja wyścigu nie wygram. Mogę z najlepszymi dojechać do ostatniego kilometra do mety, ale zwycięzca jest na kresce. Wtedy wchodzą w grę takie waty na kilogram, których ja nie jestem w stanie fizycznie wygenerować. Więc nie ma sensu, żeby na mnie cała drużyna pracowała. Odpowiadając na pytanie – generalnie jestem zadowolony, trochę udało mi się osiągnąć. Wygrałem kilka fajnych wyścigów i we Włoszech, i w Polsce, i klasyfikacji np. na Tour de Pologne czyli na wyścigu world-tourowym. Przejechałem kilka wielkich tourów, mam fajne wspomnienia, dużo znajomych, całą ścianę pucharów wywalczonych, a nie „finisherów”. I kiedyś przychodzi taki moment, że trzeba sobie powiedzieć pas. Po pierwsze – jest ku temu okazja, po drugie mam projekt, który chce rozwijać – akademię dla dorosłych i dla dzieci. Ja przy sporcie zostanę, bo nie widzę innej roli dla siebie. Zobaczymy tylko w jakiej formie.

Akademia to wystarczające zabezpieczenie na przyszłość?

Jestem gościem, który planuje parę lat do przodu. Jestem zabezpieczony na przyszłość. Nie zarabiałem dużych pieniędzy, ale też nie wydawałem dużych pieniędzy. Udawało mi się odkładać większość pensji, dobrze zainwestowałem te pieniądze. Jeśli chodzi o akademię dla dzieci, to przychód z tego jest zerowy. Mamy na wszystko sponsorów, więc ja swoich prywatnych pieniędzy nie inwestuję. Natomiast wszystkie moje działania związane z tym projektem to działania charytatywne. Z kolei akademia dla dorosłych jest projektem biznesowym, nie ukrywam tego. Nie są to duże pieniądze, ale robimy fajną robotę, wszyscy się dobrze bawią, ludzie się rozwijają. Jeździmy razem na wyścigi, na zgrupowania, wszyscy ćwiczą na profesjonalnych planach treningowych. Myślę, że w przyszłości będzie to naprawdę dobry projekt, który będzie zapewniał stabilizację finansową mojej rodzinie.

Skąd u Ciebie taka otwartość i duża aktywność w social media?

Byłem pierwszym kolarzem w Polsce, który miał swoją stronę internetową, jednym z niewielu , który ma swoją domenę i chyba jedynym zawodowcem, który prowadzi sam swój profil na Facebook’u. Wszyscy mają od tego ludzi. Mnie to trochę śmieszy, że nie można poświęcić minuty kibicom i napisać np. „jestem na targach w Kielcach”, tylko „X jest na targach w Kielcach”. Wracając do pytania – nie wiem skąd się to wzięło, mnie to po prostu sprawia frajdę. Stronę mam od 2003 roku, odkąd mam kontrakt zawodowy, sam się zacząłęm w to bawić, nikt mi nie podpowiadał. Z upływem lat to wszystko ewoluowało i zaczęło się przenosić do social media. Nigdy też nie miałem problemu z pisaniem, siadam otwieram laptopa, piszę, zamykam idę coś zjeść, wybija 22:00 wklejam tekst i zdjęcie. Nawet literówek nie poprawiam.

Czasami nawet nie trzeba nawet zbyt wiele pisać, bo można zrobić „live’a”, jak podczas Tour de France.

Nagrywanie tych filmów z Czarkiem to była dla nas świetna zabawa. Robiliśmy to dla ludzi, na bieżąco śledziliśmy liczbę odtworzeń. Widać było zainteresowanie, to jak dużo pytań mieli kibice, od części z nich dostawałem nawet feedback. Coraz więcej ludzi interesuje się kolarstwem od kuchni, chcą wiedzieć jak to jest w tym świecie zawodowym, a ja nie widzę powodu, żeby im tego nie pokazywać. Poza tym, taka otwartość do ludzi wraca, serdeczność też. Zawsze twierdziłem, że to co dasz od siebie, wróci ze zdwojoną siłą. Po kraksie w Hiszpanii dostałem 100 maili, miałem 500 wpisów na Facebooku z życzeniami powrotu do zdrowia.

Dziękuję za rozmowę