(c) ASO/ letour.fr

Problem z przeładowanymi górskimi etapami edycjami wyścigów trzytygodniowych polega na tym, że wszyscy czekają. Czekają na kolejny dzień, na kolejny tydzień, na właściwszy moment i bardziej stromy podjazd. Chociaż od rozpoczęcia tegorocznej Wielkiej Pętli upłynął zaledwie tydzień, rozegrane już odcinki zdają się potwierdzać tę zasadę. Dzisiaj barwny peleton Tour de France odwiedzi smagane wiatrem Księstwo Andory. Czy pierwszy finisz na podjeździe pozwoli przełamać nudę?

Niewykluczone, że mam po prostu zbyt wysokie oczekiwania, ale minione dwa dni rywalizacji w Pirenejach nie wzbudziły większych emocji, niż finał Mistrzostw Świata w snookerze pomiędzy Peterem Ebdonem i Graemem Dottem (2006). Wystarczy powiedzieć, że najbardziej ekscytującymi momentami wczorajszego etapu były walka Chrisa Frooma z Rafałem Majką o punkty do klasyfikacji górskiej oraz ciosy zadane przez Brytyjczyka przybyszom z Ameryki Południowej, spośród których Nairo Quintana nie był tym najbardziej poszkodowanym…

https://youtu.be/Dwz5sqantOU

Soczysty lewy prosty kosztował lidera Team Sky 200 CHF. Można jedynie przypuszczać, że była to niewysoka cena za eksplozję adrenaliny we wszystkich komórkach jego skrajnie wycieniowanego ciała, która z pewnością ułatwiła mu przeprowadzenie odważnego ataku na prowadzącym do mety zjeździe.

Tam natomiast mogliśmy podziwiać nową technikę zjazdową zaadaptowaną przez Brytyjczyka. Bardziej spostrzegawczy obserwatorzy dyscypliny pozwolili sobie nawet na nazwanie tego największym wkładem Michała Kwiatkowskiego w tegoroczne sukcesy Team Sky…

Jeśli natomiast chodzi o cios niespodziewanie zadany Quintanie (i pozostałym rywalom) na szczycie Peyresourde, niektórzy mają zwyczaj powtarzać, że karma (czymkolwiek jest) zawsze prędzej czy później wraca. Oglądając Frooma atakującego na wierzchołku podjazdu w czasie, gdy mały Kolumbijczyk kontemplował dizajn swojego bidonu, nietrudno było sobie przypomnieć zawsze sympatycznego Rigoberto Urana naiwnie pobierającego dodatkowe odzienie na Stelvio.

Przed nami jednak nowy dzień i wycieczka do Andory, celem rozegrania pierwszego finiszu na podjeździe. Oto, co na temat 9. etapu 103. edycji Tour de France mieliśmy do powiedzenia jeszcze przed rozpoczęciem wyścigu:

Etap 9, 10 lipca: Vielha Val d’Aran – Andorre Arcalis (185 km)

Jeśli Wielka Pętla składa wizytę u swoich południowych sąsiadów, można mieć pewność, że szykuje się wyśmienita fiesta – a w tym przypadku pierwsza meta na podjeździe tegorocznej edycji imprezy. Nawet sporadyczne śledzenie wydarzeń na trasie Vuelty w wystarczającym stopniu uświadamia, że w okolicach Andory nie ma łatwych podjazdów, a kluczową rolę bardzo często odgrywa [niekorzystna] aura. Na trasie z hiszpańskiej Vielha Val d’Aran do Arcalis, do pokonania będzie pięć wzniesień: Port de la Bonaigua (kat 1., 13.7km, 6.1%), Port del Cantó (kat. 1., 19km, 5.4%), Cote de la Comella (kat. 2., 4.2km, 8.2%), Col de Beixalis (kat. 1., 6.4km, 8.5%) i finałowy Arcalis (HC, 10.1km, 7.2%). Jeśli któryś z liderów celował w osiągnięcie szczytu formy podczas ostatniego tygodnia wyścigu, jego kampania może zakończyć się już tutaj.

Budowanie formy na ostatni tydzień głośno deklarował Thibaut Pinot i jak mogliśmy się przekonać, bardzo optymistycznym było zakładanie, że niedostatki w tym zakresie dopiero dziś pozbawią go szans na skuteczną walkę o podium klasyfikacji generalnej wyścigu. Poza utalentowanym Francuzem, straty – w zupełnie innych okolicznościach – poniósł także Alberto Contador, jednak spośród pozostałych pretendentów do odniesienia ostatecznego zwycięstwa nikt jeszcze nie zdołał dowieść swojej supremacji w górach.

Dzisiaj na pewno będzie na to szansa, i chociaż Andorre Arcalis nie należy do najtrudniejszych podjazdów, pierwszy finisz na wzniesieniu jest zawsze specjalnym wydarzeniem. Wspinaczka rozpocznie się od samego startu i nie ustanie aż do linii mety, zatem cała trudność sprowadzać się będzie do skumulowanego wysiłku na pokonywanych w krótkiej sekwencji pięciu wzniesieniach, w tempie narzucanym przez najsilniejsze ekipy wyścigu i pod palącym hiszpańskim słońcem.

W długiej historii Wielkiej Pętli, finisz etapu rozgrywany był na Andorre Arcalis dwukrotnie. W roku 2009 zwyciężył tam Brice Feillu, podczas gdy Alberto Contador zaatakował z grupy liderów udowadniając, że był najsilniejszym kolarzem tamtej edycji wyścigu. W sezonie 1997 miażdżące zwycięstwo odniósł w Andorze Jan Ullrich, kładąc podwaliny pod swój ostateczny triumf w klasyfikacji generalnej.

tdf 2016 etap 9

CARTE (8)

PROFILCOLSCOTES_1 (5)

Uwzględniając relatywną łatwość finałowego podjazdu, w nieco innych okolicznościach etap do Andory byłby idealnym dniem dla harcowników. Okoliczności są jednak takie, że jest to pierwsza meta na wzniesieniu i jednocześnie ostatni dzień rywalizacji w Pirenejach, a różnice w klasyfikacji generalnej wyścigu – przede wszystkim z perspektywy standardów wyznawanych przez Team Sky – są niewielkie.

Team Sky przejmie kontrolę nad wydarzeniami od samego startu i narzuci jak zwykle miażdżące tempo, udaremniając wczesne ataki i kładąc podwaliny pod ofensywną akcję Froome’a. Wczoraj na próby swojego brytyjskiego oponenta Quintana odpowiadał z łatwością zakrawającą o nonszalancję. Jeśli dzisiaj będzie podobnie – bo trudno liczyć na to, że sam zdecyduje się zaatakować pierwszy – czeka nas pojedynek gigantów na Mont Ventoux i bardzo ekscytująca rywalizacja w Alpach.

Do walki między najsilniejszymi góralami tegorocznej edycji Wielkiej Pętli powinni włączyć się dobrze dysponowani Richie Porte (BMC Racing), Romain Bardet (Ag2r – La Mondiale) i Daniel Martin (Etixx – Quick-Step). Zwrócić uwagę należy również na Joaquima Rodrigueza (Katusha), który mieszka w Andorze i wyjątkowo dobrze zaprezentował się podczas wczorajszego etapu oraz Alejandro Valverde, którego w niemal żadnych okolicznościach nie można skreślać (Movistar).

Jeśli natomiast szansę ponownie otrzymają uciekinierzy, powinniśmy być świadkami kolejnego aktu rywalizacji pomiędzy pretendentami do tytułu króla gór: Rafałem Majką (Tinkoff), Thibautem Pinotem (FDJ) i Danielem Navarro (Cofidis).