Tour of Turkey przeszło do historii. Mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że niestety. Mimo stresu wszystko rekompensowała wspaniała atmosfera, którą widać w zamieszczonym tutaj video.

Drugą połowę Tour of Turkey postanowiłem rozpocząć trochę inaczej. Na metę zabrałem się w teamowym busie CCC Sprandi Polkowice wraz z masażystą, Michałem Giemzą. Okazało się, że polska ekipa także ma problem z kierowcą, który bardzo lubi słuchać głośno muzyki, a to bardzo przeszkadza zmęczonym po etapie kolarzom. Podróż upłynęła na miłej rozmowie o kulisach pracy Michała, ale to znajdzie się w osobnym artykule.

Kolarze finiszowali w przepięknym Pamukkale, które mogłem zwiedzić jeszcze przed decydującą rozgrywką. Wygrał ją Sacha Modolo, który był bardzo szczęśliwy na konferencji prasowej. Kolejny dzień to poranny telefon od naszego najlepszego fotoreportera Artura Machnika: „Wstawaj, jedziemy do Pammukale pozwiedzać!” Szybkie śniadanie i wyjazd. Naprawdę było warto. Szybko, bo szybko, ale pospacerowaliśmy po gorących źródłach i zwiedziliśmy usytuowane powyżej źródeł starożytne miasto Hierapolis. Droga na metę w Selçuk to ponownie błądzenie po tych brzydszych zakątkach Turcji, ale to już chyba kwestia przyzwyczajenia. Pod względem kolarskim nie był to za dobry dzień, bo CCC Sprandi Polkowice nie obroniło pozycji lidera. Z pozytywów dobrze pojechał Tomek Marczyński.

Kolejny dzień to chyba najbardziej stresująca przeprawa. Najpierw finisz w Izmirze, a potem szybko na samolot do Stambułu. Jednak wcześniej zaliczyłem drugą przejażdżkę w busie CCC, ze świetnym kierowcą nie przekraczającym 90 km/h na autostradzie. Jednak po słownej interwencji Michała Giemzy dostał on nowych sił i dołączył do “peletonu” ekip. Sam etap też był dość nerwowy, ale po raz kolejny jak prawdziwy mistrz zachował się Cavendish i zwyciężył dość łatwo w Izmirze. A później było jeszcze bardziej nerwowo. Szybki transport na lotnisko i lot do Stambułu. Było spokojnie i bezpiecznie, ale jakoś po ostatnich wydarzeniach, w których uczestniczyli dziennikarze lecący z Trentino na Turcję niepokój pozostał.Sam hotel okazał się bardzo fajny, z internetem i można było w dobrej atmosferze i super towarzystwie czekać na ostatni dzień tureckiego wyścigu.

Ostatni etap to tradycyjne kryterium w Stambule, ale też tradycyjnie wizyta prezydenta (Recep Tayyip Erdoğan). To wiąże się z takim chaosem na starcie i mecie, że trudno to opisać. Setki policjantów, którzy sprawdzają wszystkich, a przez to robią się wielkie skupiska dziennikarzy i fotoreporterów, czekających na jakieś ruch oficjeli.Trzeba się było uzbroić w cierpliwość, ale proszę to wytłumaczyć Polakowi 😉 Sportowo piękne zwycięstwo zaliczył Hiszpan Mas Bonet, który utarł nosa Cavendishowi. “Manxman” był na konferencji prasowej mało uprzejmy, ale to już po jego kilku wypowiedziach słyszanych na żywo mnie nie dziwi.

Cały wyścig podsumował bankiet w świetnie usytuowanym (odkryty dach, tuż przy moście Bosforskim) klubie Reina. Ciekawe doświadczenie móc spotkać w luźniejszej atmosferze wielu wspaniałych kolarzy, dyrektorów sportowych i ludzi związanych bezpośrednio z kolarstwem i tureckim wyścigiem. Około północy pokazano fajny filmik podsumowujący tą inną stronę Tour of Turkey, który zamieszczam poniżej.

To był naprawdę świetnie zorganizowany wyścig (poza kierowcami), na który chętnie wrócę w przyszłym roku. Męczące, ale ciekawe osiem etapów przeszło do historii triumfem Kristjana Duraska z Lampre – Merida. Pechowo zakończył Davide Rebellin (CCC Sprandi Polkowice), który po upadku na ulicach Stambułu musiał się wycofać. Tomek Marczyński (Torku) uplasował się na ósmym miejscu w generalce i uśmiechnięty podróżował z nami do Polski.

Dziękuję wszystkim, którzy spowodowali, że ten wyścig był właśnie taki. Jeśli ktoś będzie miał kiedyś okazję, to zdecydowanie polecam Tour of Turkey. Mało tam zwiedziłem, ale turystycznie też warto się tam wybrać. Tą drugą opcję też pewnie będę chciał zrealizować.

@ArekWaluga77

Foto:Artur Machnik