Liege – Bastogne – Liege to wyścig, którego historia trwa sięga tak daleko jak żadnego innego wyścigu kalendarza. Jak kształtowały się dzieje tej imprezy w ciągu ostatnich 123 lat?

Koleje losu tejże imprezy początkowo nie należały do najłatwiejszych. Wyścig powstał w czasie, gdy kolarstwo dopiero zaczynało być sportem zawodowym, a co za tym idzie biznesmeni byli ostrożni w finansowaniu takich przedsięwzięć. Obecnie nawet mamy do czynienia z odwołanymi edycjami przeróżnych kolarskich imprez ze względu na brak sponsorów.

W celu sprawdzenia jak zostanie przyjęty wyścig postanowiono zorganizować zawody dla amatorów. Lokalizacja zawodów nie była dziełem przypadku. Osoby zaangażowane w projekt wywodziły się z francuskojęzycznego południa Belgii co przesądziło o umiejscowieniu trasy wyścigu właśnie w Walonii. Ponadto warto zwrócić uwagę na fakt, że o imprezie rozpisywała się przede wszystkim francuskojęzyczna prasa, a jak wiadomo w tym okresie to właśnie gazety były głównym medium.

W 1892 roku doszło w końcu do pierwszej edycji wyścigu. Początkowo ciężko było nazywać ten klasyk jako Liege – Bastogne – Liege, gdyż start imprezy został umiejscowiony w Spa, następnie kolarze zmierzali do Bastogne i wracali do miasta, w którym wyścig się rozpoczynał. Na starcie ostatecznie stanęło 33 zawodników, spośród których najlepiej spisał się Leon Houa wygrywając o 22 minuty z Leonem Lhoestem oraz o 44 z trzecim na mecie Louisem Rasquinetem. Łupem Houy padła także następna edycja, która była czysto amatorską w historii La Doyenne.

W 1894 roku wyścig uzyskał status imprezy zawodowej. Na starcie stanęli tacy zawodnicy jak m.in. Maurice Garin, który przeszedł do historii później jako pierwszy zwycięzca Tour de France. Przybył on na metę ostatecznie jako czwarty a triumfatorem całego wyścigu został ponownie już Leon Houa.

Od tego momentu wyścig nie był rozgrywany przez następnych 14 lat. Do pierwszej wojny światowej rozegrano jeszcze pięć wyścigów, a odwołanie edycji 1910 tylko pokazuje jak wielkie trudności mieli organizatorzy sprawujący pieczę nad imprezą. W 1913 roku stanęli przed nie lada wyzwaniem. W tym właśnie roku na północy Belgii, we Flandrii zorganizowano pierwszą edycję Ronde van Vlaandereen. Nikt nie miał wątpliwości, że „Flandryjska Piękność” była odpowiedzią działaczy wywodzących się z Flandrii, którzy także zapragnęli mieć własny wyścig kolarski wielkiego formatu.

Do wielkiego „pojedynku” tych wyścigów nie doszło, gdyż rok później wybuchła I wojna światowa, która spowodowała zawieszenie jakiejkolwiek aktywności w postaci organizacji wyścigów dla zawodowców. Po niej nie występowała sytuacja, w której zawodnik musiałby wybierać pomiędzy startem we Flandrii i Walonii, lecz mógł startować w obu, gdyż czasowo wyścigi nie pokrywały się. Nie byłoby to w interesie żadnej imprezy, gdyż na frontach I wojny światowej ginęli także kolarze i organizatorzy nie mogli być wybredni w kwestii obsady zawodów.

Wyścig aż do schyłku lat 70 był domeną Belgów. W okresie 1892 – 1978 nie triumfowali oni tylko w 10 edycjach. Należy jednak pamiętać, że w początkowych edycjach kolarze listy startowe składały się niemal wyłącznie z samych Belgów.

Już po drugiej wojnie światowej doszło do kontrowersji, podobnej do spotykanych w historii wyścigu Paryż – Roubaix. W 1957 roku Belg Germain Deriycke przekroczył jako pierwszy linię mety, jednak wyskał czas nad rywalami poprzez przejazd przez zamknięte tory kolejowe, co było niezgodne z regulaminem zawodów. Organizatorzy postanowili nie dyskwalifikować go, jednakże musiał podzielić się zwycięstwem z Fransem Schoubbenem, który przybył na metę 3 minuty po nim. Schoubben i jego otoczenie zaprotestowali argumentując, że jazda zgodnie z przepisami odebrała mu możliwość walki o zwycięstwo podczas gdy rywal nie zastosował środków ostrożności, które przepisy narzucały. Sędziowie przyznali mu ostatecznie rację i wzorem organizatorów Paryż – Roubaix, którzy przyznali wspólne zwycięstwo dwójce zawodników 1949 roku, uczynili to samo.

W historii zawodów później nie spotykamy już podobnych kontrowersji. Jak wiemy, „Piekło Północy” wciąż jest teatrem kontrowersyjnych działań zawodników. Podczas „Staruszki”, której zwycięzcy od zawsze musieli wykazać się nieprzeciętną kondycją, gdyż podjazdy do najłatwiejszych nie należą, istniał czynnik, który miał ogromny wpływ na przebieg zawodów.

Tym czynnikiem była bez wątpienia pogoda. Walonia to teren górzysty i często spotykamy się tutaj ze stosunkowo niskimi w tym okresie kwietnia temperaturami. Pod względem atmosferycznym najcięższe były trzy edycje: 1919, wspomniana 1957 oraz 1980 zwyciężona przez słynnego Bernarda Hinault. Podczas tych trzech wyścigów zawodnicy zmagali się ze śniegiem, który był niewątpliwie testem dla wytrzymałości kolarzy. Komentatorzy ironicznie wypowiadali się o La Doyenne nazywając ten wyścig Neige – Bastogne – Neige. Neige to w języku francuskim nic innego jak śnieg, co oznaczało, że komentatorzy nie pozostawiali suchej nitki na warunkach, w jakich przyszło się ścigać zawodnikom.

W pamiętnej edycji rozegranej w 1980 roku wystartowało co prawda wielu kolarzy, lecz wyścig ukończyli nieliczni. To pokazuje jak ciężkie jest ściganie w śniegu. Mistrzem przetrwania okazał się jak wspominałem wcześniej Hinault, który nie chcąc pozostawiać niczego przypadkowi, zaatakował 80 km przed metą kończąc wyścig z 10 – minutową przewagą. Wielką wytrzymałość „Borsuka” dodatkowo potwierdza fakt, że wyścigu tego nie ukończyły tak znamienite osobistości jak Lucien van Impe, Giuseppe Saronni oraz Jean – Rene Bernaudeau, który obecnie jest menedżerem generalnym drużyny Europcar.

11 lat później po raz ostatni zawodnicy finiszowali w centrum malowniczego Liege. Od sezonu 1992 aż po dzień dzisiejszy meta usytułowana jest na przedmieściach miasta, w Ans, gdzie teren jest pod górę. Tylko dwie zmiany mety wyścigu w historii (wcześniej wyścig przenesiono ze Spa do Liege) może dziwić, zwłaszcza, że organizatorzy „Staruszki” stosunkowo często w ostatnim czasie modyfikują trasę wyścigu chcąć sprawić by impreza była nieprzewidywalna i co najważniejsze ciekawsza i trudniejsza.

W ostatnich latach impreza przestała być domeną Belgów. Po zwycięstwie Josepha Breuyere’a w 1978 roku tylko czterech Belgów święciło triumfy w tej imprezie: Eric van Lancker (1990), Dirk de Wolf (1992), Frank Vanderbroucke (1999), Philippe Gilbert (2011). Ostatni z nich triumfem w La Doyenne przypieczętował triumf w całym ardeńskim tryptyku podczas jednego sezonu.

Zawodnikiem, który święcił największe triumfy w „Staruszce” jest szwagier Breuyere’a – Eddy Merckx. Słynny „Kanibal” wygrywał w tej imprezie pięciokrotnie (1969, 1971-73, 1975). Właśnie tam odniósł jedno z ostatnich swoich wielkich zwycięstw.

Przed rokiem Simon Gerrans został pierwszym Australijczykiem, który wygrał La Doyenne. Miejmy nadzieję, że w tym roku Michał Kwiatkowski zostanie pierwszym Polakiem, który dokona tej sztuki. Bardzo tego wszystkim sympatykom oraz sobie życzę.

Foto: Graham Watson

Jacek Smyrak