Mateusz TaciakPodczas Tour de Suisse, Mateusz Taciak obchodził okrągłą, 30. rocznicę urodzin. Była to dobra okazja, by powspominać z nim początki jego kariery. 

Wczoraj skończyłeś 30 lat. Spróbujmy z tej okazji trochę powspominać. Jakie było najważniejsze kolarskie wydarzenie w Twoim życiu?

Na pewno każdy medal mistrzostw Polski w jeździe indywidualnej na czas. Co roku staram się odnawiać te wspomnienia, poprzez zdobywanie kolejnych. Zwycięstwo w tegorocznych Grodach Piastowskich też zajmuje bardzo wysokie miejsce w tym „rankingu”. Kilka razy byłem tam w czołówce, nawet na podium, ale dopiero w tym roku udało się wygrać.

A Tour de Suisse?

Start w Tour de Suisse to też jest coś wyjątkowego, choć nie mogę tego zaliczyć do największych osiągnięć. Wolałbym, żeby noga była tu lepsza. Ale jeśli traktować to tylko jako wydarzenie, to na pewno można go zaliczyć do jednych z ważniejszych. Jest to coś innego, bo nie często startuje się z kolarzami z tak wysokiej półki.

Skoro wspominamy to wróćmy do początku Twojej kariery. Twój tata jest trenerem, wychował mistrzynię świata, Kasie Pawłowską. Czy w związku z tym było Ci łatwiej.

Tak, zdecydowanie. Gdyby nie on, pewnie nigdy nie dowiedziałbym się co to kolarstwo. Zaczynałem w trudnych czasach, w Stomilu Poznań. W klubie było skromnie, część sprzętu ojciec zdobywał prywatnie i to on woził mnie na wyścigi. Po pierwszym roku treningów, ojciec uznał, że coś ze mnie może być i założył klub Limaro Kórnik, w którym się ścigałem.

Jaki był Robert Taciak wobec swojego syna-zawodnika?

Uczył mnie systematyczności. Różnie u mnie z nią bywało, a on zawsze pilnował, bym wyjechał na trening i zrobił swoje. W czasie treningów nie był katem. Wręcz przeciwnie, oszczędzał mnie, żeby nie wyeksploatować przesadnie mojego organizmu. Trenowaliśmy mniej wytrzymałość, a robiliśmy więcej ćwiczeń pod czasówki, trenowaliśmy siłę, szybkość, tempówki. W młodszych kategoriach miałem przez to problemy w wyścigach na dłuższych dystansach, ale z perspektywy czasu uważam, że było to dla mnie dobre. Nie mam tak dużego „przebiegu” dzięki czemu nie czuję się zmęczony kolarstwem i będę mógł się dłużej ścigać na wysokim poziomie.

Pamiętasz swój pierwszy wyścig?

Tak, to było kryterium. Pewnie mało znaczące, ale dla mnie było to duże wydarzenie. Byłem w nim 8. Generalnie dosyć późno zacząłem się ścigać, bo dopiero w drugim roku młodzika. Miałem trochę problemów w szkole i tata powiedział, że albo się poprawię, albo nie da mi roweru. Nie za bardzo się poprawiłem, ale tata nie miał wyjścia i w końcu pozwolił mi się ścigać.

Stomil, Limaro, a później trafiłeś do Kalisza.

Tak, trenowałem tam pod okiem Jacka Kasprzaka, bardzo dobrego fachowca. W Limaro byłem tylko ja i Sławomir Spławski, nie było zatem drużyny. Postanowiłem przejść do KTK Kalisz, w którym spędziłem 4 lata.

A potem wyjechałeś do Francji. Jak wspominasz tamten okres?

Miałem trochę pecha, że to była Francja, a nie Włochy. Z Włoch dużo łatwiej było dostać się do zagranicznej zawodowej ekipy. We Francji wygrałem naprawdę dużo wyścigów, ale nie przełożyło się to na propozycje z najlepszych grup. Będąc amatorem zdobyłem wtedy brąz mistrzostw Polski i byłem wtedy bardzo mocny. Ostatecznie przeszedłem na zawodowstwo u Piotra Kosmali. Dziś ścigam się w najlepszej polskiej grupie, CCC Polsat Polkowice. Nie mogę zatem narzekać.

Będąc we Francji ścigałeś się z jakimiś obecnymi gwiazdami kolarstwa?

W mojej grupie nie było zawodników, którzy dziś byliby w ścisłej czołówce na świecie. Ścigałem się natomiast np. z Jerome Coppel, który jest obecnie kolarzem Cofidisu.

W MŚ orlików w Salzburgu w jeździe na czas byłeś 24., a za Tobą byli m.in. Chris Froome i Rigoberto Uran.

Tak, byłem wtedy 24. choć liczyłem na więcej. W juniorach zająłem 12. miejsce i miałem nadzieje, że uda się wejść w U23 do pierwszej „20”, może „15”.

Czy zaskoczyło Cię coś, gdy przeszedłeś na zawodowstwo?

Nie bardzo. Przejście z amatora do grupy profesjonalnej było dosyć łagodne. Można nawet stwierdzić, że było trochę łatwiej. Ściganie we Francji, w amatorach było inne, niż ściganie w Polsce. We Francji kolarstwo amatorskie to sport bardziej indywidualny, nie ma pracy drużynowej. Cały wyścig prowadzony jest na wysokich obrotach, z licznymi skokami, atakami. W Polsce jedzie się bardziej drużynowo i jest to bardziej poukładane.

Jaki jest Twój ulubiony wyścig?

Trudno stwierdzić. Najbardziej lubię ten, na którym „mam nogę”. Jeśli chodzi o organizację, trasę, itd. to bardzo lubię Tour de Pologne. Oczywiście trzeba być tam w formie, bo jak nie, to ciekawy wyścig zamienia się w tydzień męczarni.

Bardzo odpowiada mi też trasa w Grodach Piastowskich. Jest tam czasówka i jeden trudny etap. To taki wyścig pode mnie.

A najdziwniejszy wyścig?

Był taki wyścig, w którym po opuszczeniu miasta, wyjechał na nas z naprzeciwka otwarty ruch samochodów. Było to z jednej strony niebezpieczne, a z drugiej zabawne, że do takiej sytuacji doszło. Co ciekawe nie był to tylko jeden etap, bo zdarzało się to częściej.

Co lubisz robić, gdy nie ścigasz się na rowerze?

Przede wszystkim lubię spędzać czas z moją rodziną, dziećmi i przyjaciółmi. Interesuję się też motoryzacją. Zbieram miniaturki samochodów z epoki PRL. Sam odrestaurowałem też jednego Fiata 125P.

Bardzo ważna jest dla Ciebie rodzina. Zdjęcie Twojego syna masz na swojej kierownicy. Zdjęcie drugiego, który niedawno się urodził, pewnie też tam trafi.

Widok mojego dziecka zawsze mi pomaga, gdy jest ciężko. Może nie dodaje mi 15 Watów mocy, ale na pewno pomaga, gdy są trudne warunki, jest zimno, pada deszcz, albo nie czuję się najlepiej. Jeżdżę dla mojej rodziny, więc myśl o niej zawsze dodaje mi sił. Staram się ją zabierać zawsze na Grody i na mistrzostwa Polski.

Źródło: CCC Polsat Polkowice