Przemysław Niemiec (Lampre-Merida) podczas dnia przerwy w tegorocznej Wielkiej Pętli, na swoim blogu podsumowuje pierwszy tydzień francuskiej etapówki.

Chcecie potrenować z Przemkiem?

Przypominamy o konkursie, więcej > tutaj

Przemysław Niemiec małe

Strasznie nerwowy pierwszy tydzień Tour de France zakończyłem inaczej, niż bym chciał, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Sprawdzają się słowa o tym, że Wielka Pętla jest jak Giro, tylko razy dwa. Wszyscy wokół, dyrektorzy sportowi i kolarze innych ekip, mówią, że ciężko jest przejechać dobrze Tour de France, mając w nogach Giro. Ostatnim, który zrobił to w wielkim stylu i wygrał oba wyścigi w sezonie, był Pantani. Mnie pozostaje robić swoje. Kto ściga się po Giro, przyjedzie zajechany na Tour. Z kolei ten, kto skupia się po Giro na treningach, może czuć we Francji brak odpowiedniej dawki ścigania i szuka swojego najlepszego rytmu. Miewam się jednak dobrze, spokoju i chęci do jazdy mi nie brakuje, a wyścig jest jeszcze długi. W pierwszym tygodniu podstawowym celem było dla mnie to, by dotrzeć do gór z jak najmniejszymi stratami. Po weekendzie odpadł mi nieco stres cięcia się o wysoką lokatę w generalce i chociaż chcę być w wyścigu jak najwyżej, pomyślę też o walce na etapach. Cały czas mam w ekipie wolną rękę, chcę wykorzystać to jak najlepiej.

Dzień przerwy po takim etapie jak wczoraj nie jest zły. Mieliśmy ok. 4000 m przewyższeń, podjazdy i zjazdy na zmianę, takie są uroki Touru. Byłem wczoraj wszędzie. Na pierwszej górce znalazłem się jako czwarty na górskiej premii – nadarzyła się okazja, żeby odjechać. Odjechaliśmy mniej więcej w dziesięciu, zjechaliśmy, ale ucieczkę zamknął Froome. Na początku drugiej góry zostało nas z trzydziestu, znowu niektórzy odjechali, ja miałem gorszy fragment, ale na dole drugiego zjazdu dojechałem z innymi do Contadora. Później znowu wszystko się podzieliło i zrobiła się wielka gonitwa. Trzymałem się w grupie z faworytami wyścigu, ale musiałem odpuścić na przedostatnim podjeździe, po Col de Peyresourde. Bardzo mocno zaczął pracować Movistar i trochę mi brakło, więc postanowiłem jechać swoim tempem do końca. Młyn na całej trasie był straszny. Wiedziałem, że nie będzie to spokojny etap, ale spodziewałem się, że Sky puści na początku jakiś odjazd tych, którzy mają duże straty w generalce, i zrobią się dwa wyścigi w jednym. Okazało się jednak, że Froome wszystko zamykał. Skakał i skakał, aż w końcu został sam. Dziwię się taktyce Movistaru, wykonali wczoraj całą pracę dla Froome’a i nic z tego nie mieli. Po sobocie byłem przekonany, że nie będzie na niego mocnych do końca Touru, ale teraz nie jestem już tego taki pewien. Wczoraj tak różowo to dla niego nie wyglądało, choć trzeba pamiętać o czasówce, na której może dołożyć innym. Wiele będzie zależało też od jego ekipy i tego, czy znowu wykruszy się ona tak, jak wczoraj.

Z wcześniejszych etapów na pewno zapamiętam na długo otwarcie wyścigu. Tak jak mówiłem dla Eurosportu, Korsykę polecam na wakacje. Ładnie tam jest, ale drogi na wyspie są zbyt wąskie i kręte. Może się też trafić kierowca autokaru, który robi sobie przystanek na mecie. Zadyma na pierwszym etapie była potężna. Najpierw usłyszałem od dyrektora, że meta jest 3 km wcześniej, 5 km przed metą dowiedziałem się, że jednak zostaje po staremu. Można było zgłupieć i trzeba było trochę improwizować. Najwięcej nerwów kosztował mnie jednak etap 6, w którym wygrał Greipel. Strasznie mocno wiało, od początku była wielka nerwówka. Pchanie się trwało non stop przez 150 km, trzeba było mieć sporo szczęścia, żeby nie zebrać nowych szlifów. Jak widzieliście, okazji do tego w pierwszym tygodniu nie brakowało. Lampre-Merida jedzie już w okrojonym składzie. Bono brał udział w kraksie, ktoś uderzył go klamką i ma teraz dziurę w mięśniu, ledwo chodzi. Malori też musiał się wycofać, ale nie ma co narzekać, walczymy dalej. Nastroje w ekipie są dobre, m.in. podczas drużynowej czasówki pokazaliśmy, że potrafimy ze sobą współpracować, spróbujemy to potwierdzić w kolejnych etapach. W tym roku ani razu nie pojechaliśmy “drużyny” słabo. Nikt nie obstawiał, że będziemy tu w dziesiątce, wynik cieszy nas tym bardziej, że pokonaliśmy ekipy, które w czasówkach słabe nie są.

Choć moim ulubionym i najważniejszym wyścigiem pozostanie Giro, różnica między nim a Wielką Pętlą jest duża. Wystarczy spojrzeć, ilu kibiców jest na trasie. Już teraz bywa wśród nich ciasno, ciekawe, jak będzie na Alpe d’Huez. Przyjechałem na Tour także dlatego, żeby przejechać najsłynniejsze podjazdy i poczuć atmosferę tego wyścigu. Organizacyjnie wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Widać, że cała Francja żyje Wielką Pętlą, nawet na lotniskach jest mnóstwo kibiców. Cieszę się że wraz z wynikami Michała Kwiatkowskiego zainteresowanie Tourem wzrasta u nas. Kwiatek pokazuje, że jest mocny, jedzie dobry wyścig, podobnie jak ja i Rafał Majka na Giro. Niech jedzie jak najlepiej – zyska i on, i polskie kolarstwo.

www.przemyslawniemiec.blogspot.com