Cóż to był za wyścig. Pogoda była jeszcze koszmarniejsza niż przepowiadano. Nie dziwię się pretensjom kolarzy, że nie chcą jeździć w takich warunkach, ale jest to niestety ryzyko wpisane w ten zawód.

W dzisiejszych czasach i tak mamy nieporównywalnie lepszą jakość odzieży kolarskiej. Andy Hampsten na etapie do Bormio w 1988 uwiecznionym na niezliczonej ilości plakatów jechał w neoprenowych rękawicach do nurkowania. Wczoraj zaś królowała Castelli Gabba. Lars Bak z ucieczki jechał w rękawicach jeszcze z logotypami Highroad, czyli ekipy, w której jeździł 2 lata temu. Nie o tym jednak tutaj. Chylimy czoło wszystkim którzy dojechali i nie dojechali, wszystkim, którzy wystartowali. 200 bohaterów. Wczorajsi też mogą być pewni, że ich zdjęcia przejdą do historii.

To co się udało ekipie MTN-Qhubeka to prawdziwy scenariusz na film. Który zresztą powstanie, bo z drużyną cały dzień pracowała ekipa filmowa w właśnie tym celu. Bo nawet bez zwycięstwa Ciolka byłaby to wielka okazja.

Po raz pierwszy bowiem afrykańska ekipa dostałą dziką kartę na start w wyścigu zaliczającym się do tzw. monumentów. Qhubeka to fundacja przekazująca rowery najbiedniejszym dzieciakom z południowoafrykańskich slumsów. Nie są to jednak teamowe Treki Madone, ale skromne żółte jednoślady. W każdym razie potrafią one zmienić życie.

MTN-Qhubeka plany ma przeambitne, chce dostąpić zaszczytu występu w Tour de France i wyprodukować pierwszego lidera z Afryki. Najlepiej rdzennego. Ich polityka kadrowa zakłada rozwój afrykańskich zawodników wspieranych przez bardziej doświadczonych kolarzy z obyciem w światowym peletonie. W składzie mają Erytrejczyków, Algierczyka, Rwandyjczyków, Etiopczyka i oczywiście gromadę Południowoafrykańczyków.

foto: www.qhubeka.org

Jednym z ich podopiecznych był Songezo Jim, który w wieku 14 lat zmuszony był odbyć 1000km podróż aby zamieszkać po śmierci rodziców z ubogą ciotką. Wtedy też miał pierwszy kontakt z rowerem. Była to miłość od pierwszego jeżdżenia. I mimo, że Songezo zaliczył sporo upadków spowodowanych m.in. zapominaniem o wypięciu się z bloków, konsekwentnie parł do przodu zgodnie ze swoją dewizą „zawsze myśl pozytywnie”. Wczoraj zaś Songezo Jim – 8 lat po tym jak pierwszy raz wsiadł na rower został pierwszym czarnoskórym Afrykańczykiem w Milan San Remo.

songezo

 

 

 

 

foto: Twitter

Songezo miał wspomagać Ciolka podczas wyścigu i pomóc mu na Cipressie i chyba zrobił to znakomicie skoro ten pierwszy wygrał wyścig. Sam, jak wielu wycofał się z wyścigu, ale dopiero wtedy, gdy jego misja została zakończona. Wcześniej przez 22km gonił peleton po kraksie w której uczestniczył. Gdy wyścig został zatrzymany przed Paso Turchino, Songezo początkowo nie zorientował się o co chodzi. Sądził, że zjeżdżający zawodnicy wycofują się z wyścigu. On sam nie poddał się i dopiero gdy zobaczył, że szosa opustoszała z kolarzy zrozumiał, że czas się wrócić do autobusu. Dzień był więc pełen emocji. Nie jesteśmy zdziwieni, że skostniałymi jeszcze palcami zatwittował jedynie: „To był najtrudniejszy, najzimniejszy, najdłuższy wyścig w moim życiu. Co za doświadczenie”

Bartek – www.peloton.pl