Życiowa przygoda pierwszego Polaka w RAA! Remek Siudziński pozytywnie zakręcony kolarz na trasie austriackiego ultramaratonu!

Trudno streścić tygodniowy wyjazd w kilku zdaniach, więc jeśli ktoś chce poznać szczegóły musi umówić się z Remkiem na kawę. Naprawdę warto! Nie tylko dla samej opowieści, ale i poznania wyjątkowego człowieka!

POCZĄTEK

Austria przywitała nas gorącym słońcem, czystym powietrzem i rajskimi widokami. Pierwszy dzień był przeznaczony na aklimatyzację, Remek oczywiście już pierwszego dnia pobytu w Austrii wsiadł na rower by pozwiedzać okolicę i przewietrzyć się. Drugi dzień stał pod znakiem konkretnych działań organizacyjnych. Zgłoszenie zawodnika (dopełnienie wszelkich formalności), przygotowanie zaplecza technicznego, oklejanie samochodów, dopracowywanie planów, uzupełnianie zmian w nawigacji i ostatni masaż. A Remek jak to Remek… znów na rower, tym razem w pięknym towarzystwie Barbary Mayer, nowo poznanej Austriaczki, wybrał się na oficjalny trening przed RAA. Los chciał że był jedynym zawodnikiem, reszta uczestników wypadu okazała się „tubylcami”.

START – DZIEŃ PIERWSZY

W końcu! Bardzo oczekiwany moment rozpoczęcia rywalizacji. Remek zmotywowany jak nigdy. Po udzieleniu wywiadu lokalnej TV w końcu stanął na rampie startowej. Kilka słów o Remku, o planach,  o przyszłości. 3… 2… 1… START!

Trasa wiodła malowniczymi trasami przez pagórki, wioski i miasteczka. Więc nasz zawodnik miał co podziwiać, my z resztą także. Remkowi, tak jak i reszcie, na trasie towarzyszyły 2 samochody. PACECAR jadący tuż za kolarzem oraz SPYCAR samochód zaplecza. Składy poszczególnych ekip zmieniały się, a każdy członek załogi musiał być swego rodzaju „wielofunkcyjnym urządzeniem podróżnym”. Mimo przydzielonych zadań głównych każdy musiał pomagać Remkowi we wszystkim, jak tylko najlepiej potrafił.

Pierwsza część wyścigu zupełnie płaska, więc chodziło tylko o przejechanie ich w jak najszybszym tempie. Pierwszy nocleg dopiero o godz. 4:00, tj. po 17 godzinach jazdy. W punkcie bufetu organizowanego przez organizatora. Ale zanim upragniony sen Remek dostał swoją rację żywnościową oraz został wymasowany. Opatulony w śpiwór – bo ziąb niemiłosierny – Remek zasnął.

DZIEŃ DRUGI

Po ok. 1,5 godz. snu przyszedł czas na pobudkę. Ubraliśmy i wyszykowaliśmy w drogę naszego kolarza. Trasa nie była zbyt urozmaicona więc kilometry uciekały dość szybko… Przerwy mijały jedna za drugą, generalnie nic godnego szczególnej uwagi. Dotarliśmy do kolejnego punktu noclegowego. Ciemna wioska gdzieś w sercu Austrii, mały parking pod przedszkolem. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Po północy wyłączono wszystkie latarnie. Ale nie przeszkadzało nam to by przygotować jedzenie dla ekipy i położyć się spać.

DZIEŃ TRZECI

Po 2 godz. snu pora ruszać! Tutaj zaczęły się atrakcje. Pierwszą z nich był ogromny byk, który stanął nam na środku drogi i ani myślał ruszyć. Z zaciekawieniem przyglądał się Remkowi i naszej ekipie. Remek nie zastanawiając się zbytnio objechał szerokim łukiem zadziwionego obserwatora i pomknął dalej w trasę. Dalej połykał nudne kilometry i podziwiał cuda austriackiej natury. Trzeci nocleg mieliśmy na placu pod stacją pogotowia nieopodal miejscowości Kötschach – Mauthen. To właśnie tutaj Remek miał swój pierwszy i zarazem ostatni kryzys. Trudności z kojarzeniem, opóźniony czas reakcji i utrudniony kontakt. Dlatego też Remek dostał od swojego teamu aż 3 godziny snu.

DZIEŃ CZWARTY

Gdy się przebudził okazało się, że wszystko wróciło do normy! Dlatego ze spokojem ruszyliśmy w dalszą trasę, bardzo ciekawą! Po niespełna 40 km podjazdu ciągnącego się zboczem stromego urwiska dojechaliśmy do miejscowości Obertilliach. Gdzie na krótkim postoju spotkaliśmy Reprezentację Polski Biahtlonistek. Cóż za miłe spotkanie… jak się okazało nie ostatnie! Tego samego dnia czekało na nas największe wzniesienie – podjazd pod Grossglockner. Konkretnie Hochtor (2504 m n.p.m.), z którym Remek poradził sobie nadspodziewanie dobrze! W nagrodę za zdobyty najwyższy szczyt RAA postanowiliśmy zafundować Remkowi nocleg w hotelu, z prysznicem i ogromnym łóżem – zamiast przyciasnego bagażnika SPYCARa. Także nocleg miał zapewniony w Hotelu w miejscowości Hall In Tirol. Niestety tylko 1,5 godz. ale takie są realia wyścigu.

DZIEŃ PIĄTY

Od samego rana czekały na Remka góry. Tak to już jest w okolicy Innsbrucku. Na śniadanie Remek miał do zdobycia malowniczą przełęcz Kühtai (2020 m n.p.m.) a potem już zjazd do doliny rzeki Inn by dalej sunąć w kierunku kolejnych gór… Jednak niespodziewanie za miejscowością Imst Remek zakończył swój udział w wyścigu Race Around Austria. Łącznie pokonał dystans 1559 km (71% całej trasy). Nie pokonało go zmęczenie fizyczne czy niewyspanie. Przegrał z zapaleniem oskrzeli i to na tyle poważnym, że w znaczący sposób utrudniało oddychanie podczas jazdy. Także pozostał nam powrót do Sankt Georgen i Attergau by zdać organizatorom nasz lokalizator i przygotować Siudo drogi powrotnej.

PODSUMOWANIE

Tak nam mijały kilometry podczas RAA. Zlewały się w jedną całość… ta sama szosa, ten sam kolarz, te same przecudne widoki, a do tego zmęczenie sprawiały że trudno nam było określić czasoprzestrzeń. Poszczególne dni zlewały się i już nie pamiętaliśmy co było gdzie i kiedy. Ale naprawdę było warto! Ład porządek, malowniczość zabudowań i zapierające dech w piersi widoki na długo zapadną w naszej pamięci! A co najważniejsze waleczność i pogoda ducha Remka wywarły na nas wszystkich ogromne wrażenie! Tego nie da się opisać! To trzeba przeżyć!

>> GALERIA ZDJĘĆ << 

Dane z licznika Ultrakoalrza:
przebyte km: 1559 km
łączny czas: 97:21
prędkość: 16,0 km/h (brutto, razem z postojami)
prędkość: 21,2 km/h (netto, bez postojów)
prędkość: 72,7 km/h (max)
przewyższenia: 18 231 m
HR śr: 131,1 ud/min

Ekipa Ultrakolarza:
Wojtek Marcjoniak – trener, mechanik
Lekszek Szendzielorz – lekarz
Robert Słupik – fizjoterapeuta, foto
Jacek Turczyk – fotograf (PAP)
Jarek Siudziński – nawigacja, zaplecze techniczne
Mietek Siudziński – zaplecze gospodarcze

www.ultrakolarz.pl

Foto i tekst: Robert Słupik

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments