Niespełna 5000 km, ilość przewyższeń jedynie 50 000 m i czas 11-12 dni, na takie wyzwanie zdecydował się Remigiusz Siudziński – jedyny Polak na trasie Race Across Europe!

Oto najnowszy meldunek ze zmagań Remka:

W ultrakolarstwie jest tak wiele zmiennych (wiatr, deszcz, słońce, przewyższenia) i tak dużo wokół się zmienia „łykając” kolejne kilometry, że każdy dzień zaczyna zlewać się ze sobą, jednocześnie jedna rzecz pozostaje niezmienna – kręcić trzeba!

Przez ostatnie dni nasza trasa przebiegała przez Francję, Niemcy, Austrię, Włochy, Słowenię, ponownie Włochy oraz Francję. Obecnie przemierzamy Hiszpanię, aby niebawem zakończyć zmagania na Gibraltarze!

W zasadzie od samego początku spotykaliśmy się nieustannie ze złośliwością rzeczy martwych: od urwanego haka przerzutki, poprzez zacinający się bębenek, na pęknięciu zacisku siodła i zawieszającym się Garminie kończąc!

Płynne pokonywanie trasy wyznaczonej przez organizatora utrudniał fakt ciągłych remontów dróg na terenie Niemiec i Austrii. Nie zliczymy sposobów, którymi komunikowaliśmy się z lokalną ludnością, aby dowiedzieć się jak najszybciej objechać zamknięty teren! Czasem udawało dogadać nam się z kierownikiem budowy co do przejazdu Remka pomiędzy pracującymi maszynami – stanowiło to jednak duże wyzwanie dla całej drużyny! Pomijając wszystkie nieszczęścia trasa wyścigu Race Across Europe jest bardzo przemyślana i malowniczo ułożona. Prowadziła nas przez najpiękniejsze górskie rejony Alp i Pirenejów, czyli : Colle dell’Agnello, Mont Ventoux, Coll d’Ares – klasyczne, sztywne podjazdy spotykane na wielkich tourach, gdzie każdy odhaczaliśmy zupełnie w innych okolicznościach.

Pierwszy Colle dell’Agnello przejeżdżaliśmy o pięknym wschodzie słońca, gdzie poza nami, świstakami i krowami trudno było zobaczyć innego człowieka! Długie, wijące się podjazdy zakończone serpentynami zaprowadziły nas na 2744 m.n.p.m. skd widok na okoliczne szczyty odebrał nam dech w piersiach. Tam tez przekroczyliśmy granicę francusko-włoską.  Góra Wiatrów, czyli Mont Ventoux nie przywitała nas pogodą jakiej się spodziewaliśmy. Nastawieni byliśmy na duży i silny wiatr, podczas gdy noc w którą atakowaliśmy podjazd okazała się bardzo ciepła i bezwietrzna! Światła pobliskich miast oraz rozgwieżdżone niebo tworzyły idealne warunki do kręcenia większych watów. Trzeci z wielkich podjazdów, czyli Coll d’Ares był podjazdem gdzie “wytapianie łyd” nabrało jeszcze bardziej dosłownego znaczenia! Żar z nieba był niewyobrażalny, a droga na szczyt bardzo ruchliwa i męcząca psychicznie. Obecnie zbliżamy się do końca całych zmagań. Jedziemy centralną częścią Hiszpanii – olbrzymie pustynne tereny i 43 st.C w cieniu dają o sobie znać, zapewnione jednak odpowiednie nawadnianie i jedzenie dostarczane na bieżąco naszemu kolarzowi pozwala mu chwytać kolejne kilometry! Pokonaliśmy 4131 km czyli 88% całej trasy. Pozostało “jedynie” 552 km w drodze na Gibraltar.