Sporo pracy ostatnio, najwyżej 2 dni odpoczynku pomiędzy wyścigami a każdy z nich przejechany “a block”, jak to się u nas mówi.

GP Denain najmniej wymagający – przegrany przez Feillu o grubość opony, dosłownie. Każdy kto ścigał się we Francji wie, że to taki półamatorski styl rozgrywania wyścigów, można się zagapić na starcie i stracić wyścig, dlatego starałem się być czujny, ale w rezultacie nic z tego nie wyszło, inaczej: oczekiwanego rezultatu nie było. W sobotę atakowałem na ostatniej rundzie, pod ostatnią górę wjechałem pierwszy, ale z Voclerem i spółką na kole, więc wszystkich pogodził Romain – robiąc 100m przewagi w sprincie.

Tro Bro Leon to coś pięknego, myślę, że to ładniejszy wyścig niż Paris – Roubaix, oczywiście bez tak pięknej historii, ale za to z kilometrami szutrów, wszystko nad brzegiem Oceanu. Trzeba mieć nogi, szczęście, dobry rower… i nastawić się na 5 godzin cierpienia, mi zabrakło trochę tego drugiego. Po gumach, kraksach i całej batalii, doszedłem grupkę walczącą o piąte miejsce, ale to już było na ostatnich 6km, nie było szans nawet na oddech. Wycieńczony byłem bardziej niż po środowej Strzale Walońskiej, ale miejsce w pierwszej dwudziestce życia mi nie zmieni.

Fleche zacząłem z myślą o ucieczce, zacząłem po minięciu tabliczki “KM 0”, nie udało się, więc cały dzień musiałem pomagać Marco Marcato. Czułem się bardzo dobrze, ale zastanawiam się, co w takich dniach myśli sobie Phil czy Purito, czy oni w ogóle coś czują..? Ostatecznie pokazałem się w końcówce, ktoś zobaczył, że byłem tam na wyścigu, walczyłem. Nie ma mocnych na Gilberta i nie będzie także w niedzielę, problem w tym, że już nikt Lotto w kwietniu nie pomoże. Mnie tam nie będzie, lany poniedziałek wystartuję w Rund um Koln, później Frankfurt i na 99% Giro d’Italia.

Źródło: www.michalgolas.blogspot.com