Eh, co to był za tydzień.

Zacząłem źle, na etapie, który najbardziej sobie upodobałem nie przyjechałem nawet w pierwszej grupie, a było tam 90 osób. Od początku nie czułem się dobrze, ale powtarzałem sobie, że musi być lepiej, bo niczego nie zepsułem od Murcii… i było.

Co prawda do trzeciego etapu pracowaliśmy na Matteo, który miał walczyć w generalce, ale od momentu, kiedy zobaczyłem, że na śniadanie przyszedł w jeansach – czyli jedzie do domu, wiedziałem, że mam wolną rękę. Udało się na każdym etapie być w dziesiątce, co na wyścigu World Tour jest dla mnie sukcesem.

Czy była szansa na podium, pewnie tak, bo wielkich gwiazd sprintu nie było, do wygranej raczej daleko, ale to ze względu na to, że w końcówkach etapów zostawałem sam a wtedy trzeba mieć sporo szczęścia, żeby wykorzystać pracę innych i być w odpowiednim miejscu na 200m do mety. Zyskałem sporo pewności siebie, a to w końcówkach sprawa fundamentalna, więc trzeba to przełożyć na wynik na Pais Vasco… który jest piekielnie ciężki w tym roku. Cel jak na Catalunii – trafić odpowiedni odjazd i dojechać do mety. Wydaje się proste, ale po tym tygoniu, gdzie zawsze przejeżdżaliśmy 50km przez pierwszą godzinę, ten plan trochę się komplikuje. Mimo wszystko, będziemy walczyć!