Prolog bez niespodzianek, wczoraj finisz po kilku kraksach i powrót Pety a dziś…

Mamma mia, nie często widzę kolarzy praktycznie schodzących, a nie zjeżdżających z góry, po Stockou na zjeździe było tak ślisko, że po pierwszej mega kraksie kto się rozpędził to znów od razu leżał. Stromo i po lekkim deszczu, nie potrzeba było dużo by leżeć.

Ja bez kraksy, noga kręci się ciężko, ale to było oczywiste.

Dobrze, że na braci Schleków poczekał peleton, ale o co chodziło Fabianowi w końcówce to już chyba tylko on wiedział. Trasa nie wydawała mi się niebezpieczna, a że taka się stała po tym jak popadało… chyba na wszystko organizator nie ma wpływu a na pogodę najmniej.

Jutro to będzie można robić protesty i nawet jestem za. Ciężko mi coś napisać bo nie potrafię sobie wyobrazić co się stanie na tym bruku. Podejrzewam, że ponad setka kolarzy z peletonu nie potrafi jeździć po bruku.

Źródło: www.sylwesterszmyd.blogspot.com