Dostałem nieźle po tyłku, teraz mogę określić to tak łagodnie, ale przez kilka etapów przez głowę przechodziły gorsze myśli, generalnie podniosłem próg bólu na Tour de Suisse. Nastawienie było dobre, bo chciałem pomóc a samemu powalczyć na jednym etapie, tak zrobiłem, więc jestem zadowolony… a to, że na każdym etapie robiliśmy pod 3000m przewyższenia (górski etap 4900m), do tego nie było dnia, żebyśmy nie musieli wyciągać deszczówek, to już szczegół.

Poziom mnie zaskoczył, o wiele wyższy niż np. na Tour de Luxembourg, było ciężko – koledzy, którzy jechali Tour de France, mówili, że to są te prędkości z lipca… Pierwsze dni to nie nieustające kursowanie pomiędzy samochodem a peletonem, z bidonami, ciuchami, żelami, bułeczkami z nutellą itp.

Po 6-tym etapie, gdzie Carra przeszedł samego siebie Hilaire powiewiedział wprost: masz 2 opcje – będziesz w ucieczce, albo możesz tak kursować cały ten wyścig… więc następnego dnia po 60km i dziesiątkach ataków udało się być w ucieczce. Problem, że nie byłem sam – Freire, Flecha, Burghardt, Brechel, Quinziato… a ataki zaczęły się 90km do mety, więc od razu zacząłem się zastanawiać jak my do mety dojedziemy. Postawiłem na Flache, myślałem, że zagwarantuje mi walkę o etap, ale nie udało się. Skończyłem 9-ty, na etapie Suisse to dla mnie sukces. Jestem zmęczony, mam nadzieję, że do niedzieli dojdę do siebie i powalczę o koszulkę, muszę!!

Źródło: michalgolas.blogspot.com