Jak mówię, że nie przepadam za francuzami to ludzie mi mówią, że przesadzam. W drodze na Dauphine zaraz po zjechaniu z Mont Blanc czekali na nas policjanci celni i zaprosili nas do swojego biura, przeszukując wszystkie bagaże, plecaki, portfele, kieszenie, samochód, najmniejsze zakamarki wszystkich pudełeczek, jakbyśmy byli notowanymi przemytnikami. Prawie dwie godziny! co za naród.

Po Giro rozważałem ile mnie kosztowało wysiłku i wyrzeczeń przygotowanie się do niego. Od połowy stycznia praktycznie wciąż poza domem, trzy długie zgrupowania, znów tysiące metrów w górę i wzdłuż. Pewnie się opłacało, chociaż pamiętam jak jeszcze na Romandi po etapach patrzyliśmy na siebie z Ivanem mówiąc, że przecież włożona praca musi przynieść owoc. Źle nie było, ale daleko od tego czego się wtedy spodziewaliśmy.

A Dauphine, dziś dużo kraks, doszedłem na dziewiątym kilometrze do grupy, już pod górę. Dla mnie ważne, że jak rok temu Contador powinien jechać pasywnie. Martino, (dyrektor Astany) mówił mu by za mną nie jechał jak będę atakować. Dobrze, że jest długa czasówka to stracę minimum pięć minut i być może będę mniej zauważalny.

Źródło: www.sylwesterszmyd.blogspot.pl