Nie tak wyobrażałem sobie mój pierwszy start w Mediolan-San Remo, ale poprzez rzeczy, na które nie miałem wpływu musiałem się z wyścigu wycofać. Ale może od początku.

Startując w takich wyścigach człowiek wie, że żyje i to właśnie dla takich dni warto tyle cierpieć, wyścig po prostu piękny, super kibice, świetna obsada – po prostu najwyższa półka.

Na odprawie ustaliliśmy role dla poszczególnych kolarzy, ja byłem w grupie tych, którzy mieli się zabrać w odjazd, to ważne dla takiej grupy jak nasza, żeby pokazać się w odjeździe, żeby ekipa była widoczna i aktywna. W sumie mi to pasowało, znam moje miejsce w szeregu i wiem, że o tej porze roku nie jestem w stanie dobrze skończyć takiego wyścigu. Więc na starcie ostrym sam czub i wyczekiwanie na pierwszy ból, tak sobie pomyślałem, że dobrze by było odjechać, i jakoś zaznaczyć swoją obecność w wyścigu, ok. pomoc liderom to pomoc liderom, ale jak zostanę na przedostatnim podjeździe wykonując nie wiem, jaką pracę na rzecz drużyny jadąc jednocześnie w peletonie to i tak nikt z zewnątrz tego nie zauważy. Z drugiej strony jednak nie spodziewałem się, że na wyścigu o długości prawie trzystu kilometrów odjedzie już pierwszy skok. I tak już po 5 km wyścigu musiałem się przeprogramować na pomoc ekipie i ewentualny końcowy rezultat. W sumie do Turkchino wszystko było ok, pod sam podjazd straszne nerwy i pchanie, byłem nawet blisko czuba, ale w nieoświetlonym tunelu na szczycie góry była kraksa, która podzieliła grupę, ja wyjechałem w pierwszej dziesiątce tych, którzy nie załapali się do pierwszej grupy, no pięknie pomyślałem, po wyścigu. Ale na dole dogoniła nas Columbia i w raz z Navigare zaczęli gonić pierwszą grupę. Ustawiłem się z samego przodu i wtedy się zaczęło. Nic innego jak złośliwość rzeczy martwych, zepsuł mi się rower, niby nic strasznego pomyślałem, szybka zmiana i jedziemy dalej no i się okazało, że nasi mechanicy nie zabrali mojego zapasu, dokładnie mówiąc poluzowała się korba a w tym przypadku z samochodu nie dało się nic zrobić. Normalnie masakra, nasi mechanicy są naprawdę dobrzy w swoim fachu, ale czasami potrafią dać taka malinę, że szok. W związku z powyższym wycofałem się na drugim bufecie, bo nie chciałem wylądować w szpitalu.

Wyścig był do przejechania, może nie w pierwszej czy nawet drugiej grupie, ale analizując wyniki widać, że wielu dobrych zawodników przyjechało na odległych miejscach, świadczy to o ciężkości wyścigu, dodatkowo pogoda wypaczyła lekko wyniki. Mówiąc krótko jestem zły i jest mi po prostu przykro, bo nie mogę sobie pozwolić na marnowanie takich szans. No ale cóż, nie miałem na to większego wpływu i już teraz trzeba się skupić na następnych wyścigach. W niedzielę dzień odpoczynku a w poniedziałek po obiedzie jadę na Coppi Bartali.

Źródło: www.huzarski.pl