Zamiast rewolucyjnej „Marsylianki”, w Colline d’Elancourt wybrzmiał sławiący brytyjskiego króla hymn „God save the King”. Po niezwykłej pogoni Tom Pidcock pokonał faworyta gospodarzy – Victora Koretzky’ego. Krzysztof Łukasik zajął 27. miejsce.
Francuzi bynajmniej nie nasycili się wczorajszym triumfem Pauline Ferrand-Prevot. Mimo mniejszych szans na złoto, liczyli na Victora Koretzky’ego. Doping przy trasie w Colline d’Elancourt był jednak nieco cichszy od wczorajszych okrzyków na cześć królowej Pauline. Po zwycięstwie w wyścigu kobiet „L’Equipe” pisała o wyzwoleniu, w nawiązaniu do klątwy igrzysk olimpijskich.
Dla Victora Koretzky’ego byłoby to po prostu spełnienie największych marzeń, pierwszy złoty medal międzynarodowej imprezy mistrzowskiej w karierze. Do rywalizacji przystąpił bez kompleksów i obawy przed Tomem Pidcockiem, który po pierwszym okrążeniu plasował się pod koniec czołowej dziesiątki. Stawka nie była jednak rozciągnięta, ale podzieliła się niedługo później, za sprawą… Brytyjczyka broniącego tytułu mistrza olimpijskiego.
Jego koło był w stanie utrzymać wyłącznie Victor Koretzky, co wiązało się się entuzjastyczną reakcją francuskich kibiców. Kilkanaście sekund dalej jechali Mathias Flückinger, Charlie Aldridge i Alan Hatherly, ale tylko ostatni z nich – zawodnik z Republiki Południowej Afryki – był w stanie utrzymać stosunkowo niewielką stratę do liderów.
Pośród kilkunastu tysięcy osób znajdujących się w Colline d’Elancourt, Victor Koretzky skupiony był tylko na jednej osobie – jadącym przed nim Tomie Pidcocku, za którym podążał niczym cień. Zapowiadała się kolejna odsłona wielkiej, francusko-brytyjskiej rywalizacji. Kto tym razem wyjdzie z niej zwycięsko?
Wyścigowy suspens sprzyjał widowisku, które spotkało się z coraz głośniejszą reakcją fanów. Wtem rozległ się krzyk radości – Tom Pidcock zaliczył defekt i po wizycie w boksie technicznym stracił ponad 40 sekund do Victora Koretzky’ego. Podobnie jak wczoraj, przy przejeździe przez linię mety kibice za wszelką cenę starali się dodać skrzydeł prowadzącemu rodakowi, który wykorzystał zastrzyk adrenaliny i przez chwilę nadrabiał czas nad resztą stawki.
− Najważniejsze to zachować spokój i nie pozwolić na to, by taka sytuacja cię dotknęła. Oczywiście nie jest to całkowicie możliwe, ale mogłem tylko czekać, a następnie walczyć o powrót na czoło
− przyznał Brytyjczyk.
− Stres nie pomoże mi nadrobić pozycji. Na początku starałem się jechać delikatnie, ale Victor szybko zorientował się, co się stało. Nie zasygnalizowałem tego mechanikowi, więc nie był gotowy, ale była to szybka zmiana. Dobrze, że wydarzyło się to na tyle wcześnie, że mogłem wrócić do czołówki
− dodał.
Wraz z defektem, Tom Pidcock również znalazł w sobie nowe pokłady motywacji i energii. Raz po raz wyprzedzał kolejnych rywali i powoli zbliżał się do lidera. Brytyjczyk doścignął w końcu Francuza – na ostatnie okrążenie wjechali razem z Alanem Hatherlym, który jednak szybko wypadł z walki o wygraną.
Zwycięstwo wciąż było w zasięgu Koretzky’ego, który starał się wykorzystać zmęczenie Toma Pidcocka i ruszył do ataku. Zyskał niewielką przewagę, wprowadzając w zachwyt swoich kibiców. Ci skandowali „Victor, Victor”, co – jak na ironię – brzmiało prawie jak „Pidcock, Pidcock”. Na jednym z zakrętów popełnił błąd i zaplątał się w taśmy wyznaczające trasę, przez co stracił kilka sekund. Końcówka była tak znakomita, jak cały wyścig – omijając drzewo ulokowane na środku trasy w finałowym fragmencie rundy, Pidcock wjechał przed Francuza. Doszło do kontaktu, przez co Koretzky musiał wypiąć się z pedałów. Takiej straty nie był już w stanie nadrobić.
− Victor zaatakował na podjeździe. Wiedziałem, jak silny jest na ostatnich rundach, szczególnie przy wsparciu swoich kibiców. 15 tysięcy kibiców krzyczy twoje imię. Ale wiedziałem, że jeśli będę blisko, to mogę do niego dojechać przed finiszem. Popełnił błąd na zjeździe i go wyprzedziłem, potem on mnie. Na takiej trasie istnieją ograniczenia prędkości. Jeśli naciśniesz zbyt mocno, to coś może się wydarzyć. Ja miałem gumę, on wypadł z trasy
− mówił Brytyjczyk.
Tom Pidcock został przywitany na mecie gwizdami i buczeniem francuskich kibiców, którym ciężko było pogodzić się z drugim miejscem Victora Koretzky’ego. Kolejna odsłona brytyjsko-francuskich pojedynków tym razem padła łupem Wyspiarzy. W Colline d’Elancourt zamiast „Marsylianki”, którą na ustach mieli francuscy rewolucjoniści, wybrzmiał „God save the King”, o jakże innym wydźwięku.
− Na ostatnim okrążeniu czułem się bardzo dobrze, ale popełniłem błąd na zjeździe. Single track nie był tak czysty, jak na poprzedniej rundzie. Nie wiem, czy było to spowodowane motocyklem pilota wyścigu czy czymś innym, ale było tam dużo szutru. Straciłem niewielką przewagę, a potem walczyliśmy do mety. Tom wyprzedził mnie w lesie, nie wiedziałem, że jest z lewej strony. Dotknął mojego buta, ale uniknąłem kraksy. Tom miał dzisiaj defekt i pokazał, że jest bardzo mocny. Ja chciałem wykorzystać swoją szansę i mogę być zadowolony z tego wyścigu, szczególnie przy francuskiej publiczności
− mówił Victor Koretzky ze szklistymi oczami.
Reprezentantem Polski w wyścigu MTB cross-country był Krzysztof Łukasik, który, podobnie jak Paula Gorycka we wczorajszych zmaganiach, zajął 27. miejsce. Polak także zaliczył upadek, a do strefy mieszanej przyszedł z zakrwawionym łokciem.
− Bodajże na 5. okrążeniu zaliczyłem upadek, w takim bardzo niepozornym miejscu. Na chwilę się rozprężyłem, zahaczyłem o drzewo, przez co zdarłem łokieć i biodro, skrzywiła mi się kierownica. To samo w sobie nie jest straszne, ale straciłem kontakt z grupą, z którą jechałem i potem było ciężko wrócić do tego samego tempa. Mimo wszystko mogę być zadowolony. Dyspozycja była na pewno dobra, ale szkoda, że tak się stało, ale takie są uroki tego sportu
− mówił Krzysztof Łukasik, dla którego był to debiutancki start w igrzyskach olimpijskich.
− Wszyscy mówią, że te wyścigi rządzą się swoimi prawami i tak też było. Masa ludzi, doping na całej trasie. Wspaniałe przeżycie, które na pewno zapamiętam na długo. Starałem się podejść do tego wyścigu z takim przeświadczeniem, że dużym osiągnięciem jest sama obecność tutaj. Obecność w wiosce olimpijskiej i wszystko dookoła naprawdę robi wrażenie
− zakończył.
Z Colline d’Elancourt dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk









Niestety Francuzi kolejny raz pokazali swój „poziom”. Pidcock po kozacku wyprzedził Koretzky’ego, całkowicie prawidłowo, a Francuziki buczeli jak dzieci, którym zabrali zabawkę w piaskownicy… Z resztą Koretzky dopasował się do tego żałosnego spektaklu, bo zamiast pokazać swoim, że szanuje swojego przeciwnika, który go pokonał w czystej walce, to postanowił się mazać i strzelać fochy. Żałosne.
Brawooooo Tom! Kurteczka, co za kozak! To były takie emocje, że ja p…. . Jedne z największych, jakie przeżywałem oglądając kiedykolwiek sport. A żyję już prawie 60 lat na tym świecie, widziałem to i owo.
To był fałl Pidkoka..
Albert
To był fałl Pidkoka..
A na czym polegał według ciebie?
Pidcock narzekał że to trasa pod grawel lub cyclocross a ostatecznie sam wygrał dzięki zagraniu rodem z wyścigu przełajowego. Brawo! Ostatnia runda to było super widowisko.
@Ja1
Drogę mu zajechał, tak się nie robi.
Wygrał po faulu,oglądając transmisję myślałem że sędziowie zareagują ale cóż Pidkok miał wygrać to wygrał!
Jeszcze dodam Kwiatkowski ma pomagać mu w ineos?