Wartość pierwszego monumentu sezonu relatywnie łatwo jest zbagatelizować. Rozgrywany jest na doskonale znanej i pozbawionej momentów niespodziewanych uniesień trasie, pożółkłe manuskrypty wprowadzanych w życie scenariuszy napisane zostały dekady temu, a o ostatecznym rezultacie i tak decydują taktyczne szachy na ostatnim podjeździe. Nuda. A jednak Mediolan-San Remo nigdy nie jest dokładnie tym, czym się wydaje. Włosi mówią na niego Primavera, ale on tylko czasami przywodzi na myśl słońce i festiwal melodyjnych piosenek. Sen o nadejściu wiosny ubiera w dłużące się bez końca kilometry, jednocześnie wbijając w fotel w tym rodzaju napięcia, którego nie jest w stanie wywołać żaden inny wyścig. Jego finał zaś, gorący i duszny jak szklarnie na zboczach Poggio, to najlepsze piętnaście minut całego kolarskiego kalendarza. Pierwszy monument sezonu rozegrany zostanie już w tę sobotę, a jego 115. edycję uświetnią Tadej Pogačar, Mathieu van der Poel, Mads Pedersen, Matej Mohorič, Christophe Laporte, Tom Pidcock i Michał Kwiatkowski.
Być może dwie jaskółki wiosny nie czynią, ale długa podróż pomiędzy sercem Lombardii a liguryjskim wybrzeżem potrafi. Odnieść to można do rozgrywanych w ostatni weekend lutego Omloop Het Nieuwsblad i Kuurne-Bruksela-Kuurne, które tradycyjnie zwiastują wejście sezonu w nową fazę, ale same stanowią jedynie kolejny etap przygotowań do rywalizacji w najbardziej prestiżowych wyścigach jednodniowych. Ta ciągnie się od połowy marca do października, spinana w swoistą klamrę przez dwa włoskie monumenty: Mediolan-San Remo i Il Lombardię.
Każda z pięciu największych imprez jednodniowych sezonu charakteryzuje się czymś, co zdecydowanie wyróżnia ją na tle pozostałej czwórki. Podczas gdy Liege-Bastogne-Liege i Il Lombardia, rzecz jasna w pewnym uproszczeniu, dedykowane są góralom, Paryż-Roubaix specjalistom od rywalizacji na brukach, a Ronde van Vlaanderen zawodnikom łączącym te umiejętności w wybuchowych proporcjach, Mediolan-San Remo to królestwo sprintu. Czy raczej w ten sposób zwykliśmy myśleć o tym klasyku jeszcze do niedawna, ponieważ w ostatnich latach zaczął on dryfować coraz dalej i dalej od swojego stereotypowego wyobrażenia.
Łatka wyścigu przyjaznego sprinterom czy najłatwiejszego z pięciu monumentów zostanie z Mediolan-San Remo jeszcze na długo, a być może na zawsze, ale na pierwszy plan coraz wyraźniej wysuwają się inne cechy tego wyścigu. Mniej pisze się o sięgającym blisko 300 kilometrów dystansie, który czyni Primaverę najdłuższą imprezą całego kalendarza startów, a zdecydowanie więcej o przewidywalnej w swojej nieprzewidywalności końcówce, na krótkim odcinku liguryjskiego wybrzeża mieszczącej wszystko, co stanowi kwintesencję kolarstwa szosowego.
Tylko tu wewnątrz finałowych 10 kilometrów w grze o najwyższą stawkę liczyć się mogą zawodnicy wszystkich specjalności i równie prawdopodobne wydają się wykluczające się scenariusze, od sprinterskiego pojedynku z dużej grupy po niezapomniane solowe akcje. To kilkanaście minut wzmożonego wysiłku na sam koniec bardzo długiej podróży, podczas których szans jest niewiele i trzeba się ich niemal desperacko chwytać, ponieważ najmniejsze zawahanie robi ogromną różnicę.
Najbardziej zaskakującym aspektem Mediolan-San Remo jest jednak to, że jego wykuta w kamieniu końcówka okazuje się wyjątkowo wrażliwa na zmiany zachodzące wewnątrz zawodowego peletonu. Jak papierek lakmusowy pokazuje, jaka myśl taktyczna aktualnie dominuje, wokół jakiego typu kolarzy budowane są drużyny i w jakim kierunku podąża rozwój młodych zawodników. My zorientowaliśmy się relatywnie niedawno, że nadszedł zmierzch ery klasycznych sprinterów, a tradycyjnie przynależne im trofea sukcesywnie wyszarpywane są przez bardziej wszechstronnych kolarzy. Wyniki Mediolan-San Remo jasno wskazują na ten trend od 2017 roku.
W związku z tym Poggio di Sanremo – zbyt mały, by zasłużyć na wzmiankę w wypakowanych wzniesieniami wyścigach – podobnie jak prowadzący z niego ekstremalnie techniczny zjazd, mają obecnie jeszcze większą wagę. Nie służą już wyłącznie stopniowej eliminacji od tyłu, ale pozwalają wprowadzać w życie drobiazgowo rozpisywane plany taktyczne.
Komu tym razem będą sprzyjać? Czy po raz drugi z rzędu zatriumfuje główny faworyt imprezy?
Mediolan-San Remo 2024: Trasa
Kolarstwo szosowe ma ogromną słabość do utartych schematów, a do takich zdecydowanie należy trasa Mediolan-San Remo, tradycyjnie łącząca stolicę Lombardii (z przyległościami) z oddalonym o blisko 300 kilometrów liguryjskim wybrzeżem. Jej przebieg jest ugruntowany do tego stopnia, że zmiany wprowadzone przy okazji 115. edycji wyścigu wypadają wręcz nowatorsko, choć wpływu na ostateczny wynik rywalizacji mieć nie powinny. Należą do nich start nie z przedmieść Mediolanu, ale Pawii, i najkrótszy od ponad 10 lat dystans, wynoszący “tylko” 288 kilometrów.
Dalej wszystko przebiegnie już zgodnie ze standardowym harmonogramem, a pierwszą przeszkodą na liczącej 2244 metry przewyższenia trasie tradycyjnie będzie Passo del Turchino (2,4 km, śr. 5,3%). Turkusowa przełęcz, okno na Morze Liguryjskie i Lazurowe Wybrzeże, sama w sobie nie ma większego wpływu na losy rywalizacji, ale najczęściej dzieli ją na dwie wyraźne części i wyznacza ten moment, w którym tempo po raz pierwszy odczuwalnie rośnie. To tu, po pokonaniu ponad 130 kilometrów, naprawdę rozpoczyna się Mediolan-San Remo.
Kolejne tego rodzaju atrakcje każą na siebie dość długo czekać, ale widokowa szosa przyklejona do skalistego wybrzeża, antyczna Via Aurelia, wypełnia ten czas rajskimi widokami. Byłyby to całkiem błogie chwile, szczególnie w słoneczne popołudnia, gdyby nie wiszące w powietrzu napięcie. Na tym etapie pierwszy monument sezonu to suspens, który staje się coraz bardziej nieznośny zarówno fizycznie jak i psychicznie, a odliczanie kilometrów do Tre Capi odwraca uwagę od wielu niuansów natury przyrodniczej. Nierozłączne Capo Mele (1,0 km, śr. 5,0%), Capo Cervo (1,6 km, śr. 3,1%) i Capo Berta (1,7 km, śr. 6,9%) to głównie pirotechniczny pokaz kibicowskiej pasji, ale sporadycznie pozwalają one wyeliminować z gry pierwszych sprinterów oraz kolarzy, którym tej soboty wyjątkowo nie dopisała forma dnia.
Następna wspinaczka na trasie, a więc Cipressa (5.6km, 4.1%, max. 9%), jest dla Mediolan-San Remo tym, czym dla L’Alpe d’Huez są Col de la Madeleine czy Col de la Croix de Fer. Tu rozkręca się piece i grilluje, nawet kosztem swoich własnych pomocników. Tu, po pokonaniu ponad 260 kilometrów, rozpoczyna się prawdziwa walka.
Jeśli Cipressa otwiera decydującą fazę wyścigu, niepozorny Poggio di Sanremo (3.7km, 3.7%, max. 8%) i następujący po nim karkołomny zjazd stanowią jej absolutny punkt kulminacyjny. To najbardziej szalone, szargające nerwy 15 minut całego kolarskiego kalendarza, na które czeka się przez zimowe miesiące, a później jeszcze przez 280 kilometrów po starcie – a to więcej, niż liczy jakikolwiek inny wyścig szosowy. Nawet kiedy Poggio bezpośrednio nie wyłania zwycięzcy pierwszego monumentu sezonu, niemal każdorazowo wskazuje na scenariusz, według którego rozegrana zostanie końcówka, a na odcinku 5400 metrów pomiędzy szczytem podjazdu a linią mety na Via Roma zapisały się już dziesiątki dramatów i zwrotów akcji. Kto tym razem postawi tam wszystko na jedną kartę?

Mediolan-San Remo 2024: Pogoda
To, jak wymagającym fizycznie wyścigiem jest dana edycja Mediolan-San Remo, w dużej mierze zależy od panującej aury, choć warunki atmosferyczne mają też spory wpływ ma scenariusz, wedle którego toczy się końcówka wyścigu.
W przeddzień rozgrywania pierwszego monumentu sezonu, prognozy pogody są dużo pewniejsze od typowań potencjalnego zwycięzcy imprezy, przy czym jedne i drugie dość jasno wskazują na kontynuację trendów z ostatnich kilku lat. W zakresie warunków atmosferycznych oznacza to idealną marcową sobotę, z temperaturą powietrza do 17-18 stopni Celsjusza i zerowymi szansami wystąpienia opadów.
Skuteczność ataków na Poggio di Sanremo zależy przede wszystkim od formy dnia, ale nie bez znaczenia są również siła i kierunek wiatru na finałowym podjeździe. To one często decydują, czy kolarze w typie Madsa Pedersena, Christophe’a Laporte’a lub Mateja Mohoriča są w stanie odpowiadać na ataki bardziej dynamicznych rywali, jak Tadej Pogačar i Mathieu van der Poel. W tym roku kierunek wiatru (wschodni dla tej części wybrzeża) sprzyjać będzie atakującym w drugiej części wzniesienia oraz na zjeździe i płaskim odcinku prowadzącym do mety w San Remo, przy czym będzie on słabszy niż w poprzednich latach – na podjeździe do 5 km/h, w mniej osłoniętym terenie do 10 km/h.
Mediolan-San Remo 2024: Faworyci
Mediolan-San Remo, przewrotny jak marcowa aura, ma ze wszystkich monumentów kolarstwa zdecydowanie najdłuższą listę prawdopodobnych zwycięzców. Jednocześnie rzadko nagradza tych, których najłatwiej jest sobie wyobrazić triumfujących na Via Roma, choć istnieją rzecz jasna od tej reguły wyraźne odstępstwa – jak ubiegłoroczna edycja wyścigu. Czy fakt, że klasyk ten dryfuje coraz dalej od swojego sprinterskiego rodowodu, wpływa na postrzeganie szans faworytów i zadaje kłam mitowi o “monumencie najtrudniejszym do wygrania”?
Za sprawą stylu, w jakim niedawno otworzył swój sezon, przed tegorocznym Mediolan-San Remo uwaga mediów skupiona jest głównie na Tadeju Pogačarze (UAE Team Emirates). 25-letniemu Słoweńcowi nie sprzyjają statystyki mówiące o tym, że jest to monument niezwykle rzadko wygrywany przez otoczonych najsilniejszą drużyną faworytów, ale to nie one decydować będą w końcówce wyścigu. Nie sposób też nie zauważyć, że niewiele jest w kalendarzu klasyków, w których Pogačar wziął udział trzykrotnie i ani razu nie wygrał (obok Primavery Giro dell’Emilia), co z jednej strony potwierdza często przytaczaną prawdę na temat tego wyścigu, ale z drugiej pozwala przypuszczać, że limit dopuszczalny błędów został już przez niego wyczerpany. Sugestie menedżera drużyny UAE Team Emirates dotyczące potencjalnego ataku Słoweńca na Cipressie może i by brzmiały jak nieszkodliwa prowokacja, gdyby nie ta cała historia wokół Monte Sante Marie w Strade Bianche, dlatego niczego nie wykluczam. Już kiedyś robiłam sobie żarty z desperackich akcji Vincenzo Nibalego w Mediolan-San Remo i wiadomo, jak to się skończyło. Dwie rzeczy nie budzą żadnych wątpliwości: ekipa ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich planuje narzucić piekielne tempo już na przedostatnim podjeździe, a ich lider będzie musiał wykazać się nie tylko formą, ale również taktyczną przenikliwością, żeby wycisnąć z niewielkiego Poggio di Sanremo potrzebną mu przewagę. Nawet uwzględniwszy sprzyjające temu warunki atmosferyczne, będzie miał na to maksymalnie dwie szanse. Pogacara w walce o pierwszy monument sezonu wspierać będą Marc Hirschi, Tim Wellens, Isaac del Toro, Diego Ulissi, Alessandro Covi i Domen Novak.
Tytułu sprzed roku bronić będzie Mathieu van der Poel (Alpecin-Deceuninck), który sobotnim występem otworzy swój sezon szosowy. Jemu również nie sprzyjają statystyki, ponieważ Mediolan-San Remo historycznie nie lubi padać łupem zawodników przepalających nogę na jego trasie, ale 29-letni Holender ma supermoc, która może zniwelować ewentualne niedostatki: atomowe przyspieszenie, idealne na ostatnie 200 metrów Poggio. Znak zapytania przy formie Van der Poela mimo wszystko trzeba postawić – tym bardziej, że w pierwszych dniach wyścigowych kolarstwo szosowe potrafi go w sposób widoczny gołym okiem męczyć, a to przekłada się na drobne, ale istotne niuanse: skuteczność w walce o pozycje, szybkość reakcji na ruchy rywali. Czy Holender będzie jutro w stanie wykorzystać swoje naturalne predyspozycje, chociażby celem podążenia za spodziewanym atakiem Pogačara? To największa niewiadoma, która dodaje nadchodzącej rywalizacji smaku. Analizując skład ekipy Alpecin-Deceuninck, nie można zapominać o Sørenie Kraghu Andersenie, którego jedyny dobry dzień w sezonie zazwyczaj przypada na Mediolan-San Remo, oraz Jasperze Philipsenie. Ten drugi nie imponował w ostatnich tygodniach charakteryzującym go przyspieszeniem, ale wspinał się przyzwoicie, a sprinty po pokonaniu blisko 300 kilometrów to mimo wszystko odrębna dyscyplina.
Z licznej grupy tych, którzy na Poggio będą się bronić, jako pierwszy przychodzi na myśl Mads Pedersen (Lidl-Trek). Głównym powodem jest forma prezentowana przez niego od samego startu sezonu i ogólne zamiłowanie do sprintów po bardzo ciężkich wyścigach, ale również to, jak dobrze radził sobie na tym podjeździe w poprzedniej edycji Mediolan-San Remo – i to pomimo niesprzyjających defensywie warunków atmosferycznych. Nie bez znaczenia są też atmosfera w ekipie Lidl-Trek, która aktualnie zdaje się nieść jej zawodników, oraz świetnie dysponowany Toms Skujiņš w składzie, zdolny kompletnie poświęcić się na rzecz swojego lidera lub samodzielnie wyczarować coś specjalnego w końcówce. W interesie ofensywnie nastawionych zawodników jest też jak najszybsze zagotowanie Jonathana Milana, najlepiej jeszcze na Cipressie, bo w aktualnej dyspozycji jest on w stanie wyryć koleiny na Via Roma. Na podstawie ostatnich trendów, scenariusz zakładający czyjeś solowe zwycięstwo wydaje się bardziej prawdopodobny, ale jeśli na finałową prostą dotrze w sobotnie popołudnie liczniejsza grupa, warto stawiać na 28-letniego Duńczyka.
Wszystko, co potrafi zrobić Mads Pedersen, Christophe Laporte (Visma | Lease a Bike) robi tylko odrobinę gorzej, a po świetnie przejechanym Strade Bianche jego możliwości w zakresie pokonywania krótkich podjazdów można nawet oceniać nieco wyżej od Duńczyka. Głównym problemem 31-letniego Francuza jest konieczność wstrzelenia się w odpowiednią wielkość grupy liderów, która nie będzie na tyle mała, by obnażyć jego kłopotliwą technikę na zjazdach, ani na tyle duża, by finiszować mógł ścigający się w tych samych barwach Olav Kooij. Nie są to niemożliwe do spełnienia warunki, ale jak na przewrotną naturę pierwszego z monumentów jest ich sporo.
Podczas gdy Tadej Pogačar czy Mathieu van der Poel mogą po prostu wstać rano odpowiednią nogą i stwierdzić, że tego dnia wygrają jakiś monument, w zawodnikach o mentalności Mateja Mohoriča (Bahrain-Victorious) tego rodzaju plan rodzi się wiele miesięcy, a czasami nawet lat, wcześniej. Jak na jego standardy, 29-letni Słoweniec prezentował na początku tegorocznego sezonu dość nierówną dyspozycję, zawodząc (głównie swoje własne) oczekiwania w pierwszych północnych klasykach, a następnie dość zagadkowo odradzając się w końcówce Strade Bianche. Może to potwierdzać, że lider Bahrain-Victorious tym razem rzeczywiście chce trafić ze szczytem formy na Ronde van Vlaanderen i Paryż-Roubaix, co w oczywisty sposób spycha Mediolan-San Remo nieco niżej na liście priorytetów. Nie zmienia to natomiast faktu, że istnieje niewiele końcówek pozwalających wszystkim talentom Mohoriča świecić tak jasno, a jego droga do ewentualnego drugiego zwycięstwa w tym wyścigu pozostaje klarowna: musi przetrwać wszystko, co wydarzy się na Poggio, a następnie patrzeć, jak świat za nim płonie. Wiatr będzie temu sprzyjał.
Z liderów klasyfikacji zjazdowej w 115. edycji Mediolan-San Remo zobaczymy również Toma Pidcocka (INEOS Grenadiers), który dobrze wpisuje się w rolę spodziewanego-niespodziewanego zwycięzcy pierwszego monumentu sezonu. Na podstawie ostatnich tygodni można wnioskować, że jego eksplozywność trochę ucierpiała wraz z poprawą wspinaczki na dłuższych podjazdach, ale cały czas pod tym względem plasować się on będzie w czołówce pretendentów do sobotniego triumfu. Można więc wyobrazić sobie scenariusz, w którym wraz Pogačarem i Van der Poelem, 24-letni Brytyjczyk odtwarza ikoniczną fotografię z finiszu Milano-Sanremo 2017, a w sprincie po wymagającym fizycznie wyścigu wcale nie będzie on bez szans. Skoro już wspominamy edycję tej imprezy sprzed siedmiu lat, w barwach Ineosu nie zabraknie też Michała Kwiatkowskiego, który cały czas ma w sobie kilka bardzo dobrych dni. Wystartuje też świetny przed rokiem Filippo Ganna, choć w roku olimpijskim nie spodziewam się po Włochu równie spektakularnego występu.
Świetną formę prezentował w ostatnich tygodniach Alberto Bettiol (EF Education-EasyPost), ale pomimo teoretycznych predyspozycji końcówka Mediolan-San Remo wydaje się zupełnie nie na jego nerwy, a jego udział w tym wyścigu do końca stał pod znakiem zapytania. Niezłą opcją ekipy EF Education-EasyPost na wypadek sprintu z kilkunastoosobowej grupy może okazać się natomiast Marijn van der Berg, przy czym młody Holender dopiero pierwszy raz sprawdzi się na dystansie najdłuższego z monumentów.
Na podstawie wydarzeń z tras niedawno rozegranych wyścigów, w roli kolarza zdolnego odpowiedzieć na atak głównych faworytów tegorocznej Primavery wyobrażam sobie Maxima Van Gilsa (Lotto Dstny), jeśli tym razem będzie dostatecznie szybko myślał. Pytanie tylko, co dalej, poza pogodzeniem się z miejscem na podium monumentu.
Michael Matthews (Jayco AlUla) zawsze jest w tym wyścigu na tyle widoczny, że trzeba go wymienić chociażby dla spokoju sumienia, a w tym sezonie doświadczony Australijczyk nawet już coś wygrał. Z zawodników o zbliżonej charakterystyce, błysnąć mogą również Axel Zingle (Cofidis), Corbin Strong (Israel-Premier Tech), wracający z dalekiej podróży Biniam Girmay (Intermarche-Wanty) oraz stawiający pierwsze kroki Luke Lamperti (Soudal-Quick Step) i Laurence Pithie (Groupama-FDJ). W barwach ekipy Patricka Lefevere’a wystąpią także mało przewidywalni ostatnimi czasy Julian Alaphilippe i Kasper Asgreen.
Na skuteczność w ofensywie liczyć będą Benoit Cosnefroy (Decathlon AG2R La Mondiale), Jhonatan Narvaez (INEOS Grenadiers), Jasper Stuyven (Lidl-Trek), Kevin Vermaerke (dsm-firmenich PostNL) i Luke Plapp (Jayco AlUla), podczas gdy honoru klasycznych sprinterów (poza wcześniej wymienionymi) zamierzają bronić Arnaud Démare (Arkea-B&B Hotels), Danny van Poppel (Bora-hansgrohe), Matteo Trentin, Marius Mayrhofer (Tudor Pro Cycling), Alexander Kristoff i Søren Wærenskjold (Uno-X Mobility).
Mediolan-San Remo 2024: Transmisja TV
Wyścig Mediolan-San Remo 2024 rozegrany zostanie w sobotę, 16 marca.
Transmisja z wydarzenia od startu do mety (planowo od 09.50 do 17.30) w Eurosporcie 2 i Playerze.














Tadej wierzę w Ciebie.
Zapowiedź jak zwykle u Pani Oli: bardzo smakowicie stylistycznie i bardzo fachowo merytorycznie. Teraz tylko czekać na emocje. Od Cipressy?
Aż się miło czyta! Pani Olu, gratuluję wiedzy i warsztatu. Fajnie gdybyśmy mogli Panią jeszcze usłyszeć w jakimś podcaście video, np. z Kacprem Krawczykiem i Bartkiem Kozyrą.
A no i czas już chyba składać papiery do Eurosportu. 🙂