fot. A.S.O./Pauline Ballet

Wielokrotnie skreślany Mark Cavendish wciąż pokazuje, że potrafi walczyć o najwyższe cele, a myśl o 35. zwycięstwie etapowym w Tour de France nie jest marzeniem ściętej głowy. „Manxman” jest blisko pobicia rekordu Eddy’ego Merckxa. Bardzo blisko. Ale czas nieubłaganie płynie i szans dla sprinterów zostaje coraz mniej. Być może dziś Cavendish miał swoją ostatnią.

Każdy duży wyścig kształtują historie – motywem przewodnim tegorocznej Wielkiej Pętli niewątpliwie była i wciąż jest pogoń Marka Cavendisha za rekordem etapowych zwycięstw, należącym do niego i Eddy’ego Merckxa. Brytyjczyk nie pozwolił, by – przynajmniej w jego publicznych wypowiedziach – liczba 35 stała się jego obsesją, ale z pewnością myśli o niej każdego dnia, gdy prawdopodobna jest sprinterska potyczka.

Do Francji Cavendish nie przyjechał jako faworyt płaskich etapów. Gdyby przeprowadzić takie zestawienie, pewnie nie znalazłby się wśród pięciu najlepszych (w teorii) sprinterów w stawce. W tym sezonie rzadko kiedy włączał się w walkę o zwycięstwo, a dodatkowo nie dysponuje rozprowadzeniem, jakim mogą pochwalić się inni czołowi sprinterzy. Cavendish wciąż ma jednak w sobie ten błysk, który potrafi uwolnić w płaskich końcówkach – bo choć nieczęsto meldował się w tym roku w czołówkach, to zdołał odnieść spektakularny triumf na ostatnim etapie Giro d’Italia, zostawiając daleko za swoimi plecami największych rywali.

Sprinterska stawka w Tour de France jest rzecz jasna zdecydowanie lepsza, ale tamtym występem Mark Cavendish udowodnił, że jest gotowy do walki o pobicie rekordu. Brytyjczyk nie potrzebuje regularności, nie potrzebuje też rewelacyjnego rozprowadzenia co etap. Wystarczy mu tylko ten jeden finisz, gdzie wszystko zagra jak należy. Gdzie znajdzie odpowiednie koło, ustrzeże się problemów sprzętowych i będzie w stanie zaprezentować prędkość, którą wciąż ma. Pokazał to na etapie z metą w Bayonne, osiągając największą prędkość w końcówce spośród wszystkich zawodników.

Dziś również był szybki. Bardzo szybki. Na ostatniej prostej nie mógł liczyć na pomoc kolegów z zespołu, ale w poetapowym wywiadzie przyznał, że Cees Bol wykonał świetną robotę i zostawił go na idealnej pozycji. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że finisz w Bordeaux – w przeciwieństwie do tego z 2010 roku, kiedy okazał się na nim najlepszy – nie poszedł po jego myśli. Jeszcze kilkaset metrów przed metą był na dość odległej pozycji, a sam sprint zaczął wcześnie, przez co można było odnieść wrażenie, że zwyczajnie przeszarżował.

Mark Cavendish wiedział jednak co robi – niczym pocisk, w swoim stylu, wyskoczył zza pleców rywali w momencie lekkiego zawahania, gdy Mathieu van der Poel zjechał ze zmiany, a Jasper Philipsen nie chciał jeszcze rozpoczynać sprintu. Oglądając ujęcie z helikoptera, przez kilka sekund wydawało się, że historia zatoczy koło i nad Garonną ponownie zatriumfuje Mark Cavendish. Brytyjczyk gnał wzdłuż kolorowych barierek, ale grafitowa szosa wydawała się nie mieć końca. Gdy ten ukazał się telewidzom, na czele jechał już ubrany w zielony kombinezon Philipsen, celebrujący trzecie zwycięstwo w tegorocznej Wielkiej Pętli. Belg poczekał na odpowiedni moment i zdecydowanie przyspieszył, zabierając przygnębionemu Cavendishowi szanse na upragnione zwycięstwo.

Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie problem z napędem, który spowodował, że „Manxman” musiał na chwilę usiąść i przestać pedałować z normalną dla sprinterskich końcówek intensywnością, by móc na nowo stanąć w korby. Dla nas ta chwila przestoju trwała niespełna 2 sekundy, dla Cavendisha ciągnęła się wiecznie. Rozmawiając z dziennikarzami, Brytyjczyk powiedział, że jest zdruzgotany defektem, który mógł przekreślić jego szanse na wygraną.

Trzeba jednak pamiętać, że nie wszystko jeszcze stracone. Sprinterzy stoczą w tym Tourze jeszcze kilka pojedynków, a Brytyjczyk nie zamierza składać broni. Niczym Philipsen, Cavendish będzie cierpliwie czekał na swój moment, by – jak na etapie Giro d’Italia z metą w Rzymie – zadać rywalom i Eddy’emu Merckxowi ostateczny cios, obejmując samodzielne prowadzenie w klasyfikacji wszech czasów. Być może stanie się to za kilka dni, być może na Polach Elizejskich w Paryżu (ale by to była historia!), a być może ten moment nastąpił już w Bordeaux i zakończył się 32. drugim miejscem na etapie Tour de France w jego karierze…

Trochę dużo tych „być może”, ale bez względu na wszystko, Mark Cavendish zostanie zapamiętany jako wojownik, który do schyłku kariery walczył łeb w łeb z najlepszymi sprinterami świata. Był jednym z nich do końca.

Poprzedni artykułArrivé #5 | Wszystko by się udało, gdyby nie ten Philipsen [podcast]
Następny artykułKłopoty z sercem kończą karierę Sepa Vanmarcke
Kacper Krawczyk
Szukam ciekawych historii w wyścigach, które większość uważa za nieciekawe.
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Hubert
Hubert

Mam nadzieję, że to się NIE stanie a nawet jeśli… ta wozidupka ze stratą 2 godzin do liderów… jego 30 wygranych etapów nie jest wartych 3 wygranych etapów przez Kanibala…

Michael ???
Michael ???

Już Nie…