fot. Tour of the Alps / Sprint Cycling Agency

2. dnia rywalizacji w Tour of the Alps na dobre rozkręciła się walka o klasyfikację generalną tego wyścigu. W Val Martello, na jedynej mecie ulokowanej na podjeździe podczas tegorocznej edycji alpejskiej etapówki, jako pierwszy zameldował się Giulio Pellizzari. Kolarz Red Bull – BORA – hansgrohe, który wygrał finisz z 6-osobowej grupy faworytów był, co oczywiste, bardzo ze swojego sukcesu i przejęcia koszulki lidera.

Za nami 2. etap Tour of the Alps. O ile podczas inauguracji w Innsbrucku byliśmy świadkami sprinterskiego pojedynku, który wygrał Tommaso Dati, o tyle dziś do głosu doszli już górale, a wśród nich największe gwiazdy 49. edycji alpejskiej etapówki. Na trasie działo się naprawdę wiele – do ostatnich kilometrów na czele kręcił obecny w ucieczce dnia Mattia Gaffuri, do którego doskoczył Giulio Pellizzari. Dwójkę tę skasował mocną pracą Egan Bernal, a o losach wygranej zadecydował finisz pod górę z 6-osobowej grupy, który wygrał właśnie Włoch z Red Bull – BORA – hansgrohe. Co miał do powiedzenia nowy lider Tour of the Alps po zakończeniu zmagań?

Czy to idealny dzień? Nie mogłoby być jeszcze lepiej, ale z czasem odnalazłem właściwe nogi, koledzy wykonali dla mnie świetną pracę, a ja potrafiłem ją właściwie wykończyć. Finałową wspinaczkę pokonałem swoim tempem, skorzystałem na tym, że Lorenzo [Finn] kontrolował wydarzenia, więc mogłem spokojnie przemierzać ostatnie kilometry. Gdy ruszyłem wydawało mi się, że rywale już mnie nie dogonią, ale Egan Bernal wykonał z tyłu świetną pracę. Na szczęście cały czas miałem dobre nogi, by wygrać finisz z grupy

— opowiadał Giulio Pellizzari.

Tour of the Alps jest dla Włocha pierwszym wyścigiem po niemal miesięcznej przerwie, która była spowodowana kwestiami zdrowotnymi. 22-latek od pewnego momentu uskarżał się na ból kolan, na skutek którego po Mediolan-San Remo musiał zrobić sobie przerwę od rywalizacji. Jak ją spędził i czy kłopoty odeszły w niepamięć?

Czuje się już lepiej, niż miesiąc temu. Treningi na Teneryfie, w których towarzyszył mi Jai Hindley, były mi bardzo potrzebne, a ich wielkim urozmaiceniem były nasze sprinterskie wyścigi, w których zawsze go ogrywałem, więc czuję, że moja forma u progu Giro d’Italia jest dużo lepsza, niż była jeszcze niedawno. Cały czas są przestrzenie na poprawę, ale jest dobrze. Przed wyścigiem mówiłem, że przyjechałem tu przetestować swoje nogi, sprawdzian chyba póki co mogę nazwać sukcesem. Wciąż jednak uważam, że moją najmocniejszą stroną jest walka na długich podjazdach, a takie dopiero przed nami

— podkreślał 22-letni kolarz Red Bull – BORA – hansgrohe, którego dopytano, czy lepiej oznacza już „najlepiej”, czy też jeszcze jest pole do poprawy.

To wciąż nie jest moje 100%. Nie czułem się idealnie, to nie jest moja szczytowa forma. Było to zresztą widać po tym, że początkowo odpuściłem 3-osobową akcję z Lorenzo. Ważne dla mnie jest jednak, że potrafiłem przełamać swoje kłopoty i nawet będąc na etapie przygotowań sięgnąć po zwycięstwo

— kontynuował nowy lider 49. edycji Tour of the Alps.

Już przed wyścigiem Giulio Pellizzari podkreślał, że przyjechanie na ten wyścig jest dla niego ważne nie tylko jako przetarcie przed Giro d’Italia, ale i jako forma rywalizacji sama w sobie. 3 lata temu to tu Włoch debiutował w etapówce rangi ProSeries, kiedy to jako zawodnik Green Project – Bardiani CSF – Faizanè był 3. na jednym z etapów. Rok później młody zawodnik był już 8. w klasyfikacji generalnej, a teraz powrócił tu jako jeden z faworytów, ale jak widać kolarz Red Bull – BORA – hansgrohe wytrzymał związaną z tym presję.

Ten wyścig ma dla mnie szczególne znaczenie, można powiedzieć, że na swój sposób to tu zaczynała się moja zawodowa kariera. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że mogę pierwszy raz wystąpić tu na konferencji prasowej nie tylko jako faworyt, ale jako zwycięzca etapowy. To ważny sukces nie tylko dla mnie, ale i dla całej ekipy, która we mnie wierzyła i która na mnie stawia. To też cenny zastrzyk pewności siebie przed Giro d’Italia, bowiem większość z pokonanych przeze mnie zawodników wybiera się także i na nasz wielki tour, gdzie ponownie przyjdzie nam rywalizować. Na razie jednak nie wybiegam tak daleko w przyszłość, albowiem przede mną, a także moimi świetnymi chłopakami, misja obrony zielonej koszulki lidera

— odpowiadał Giulio Pellizzari.

Jak się okazuje Włoch walczył dziś nie tylko dla siebie, ale i z myślą o kimś więcej. Na zakończenie konferencji prasowej poznaliśmy odpowiedź na to komu dedykowane było jego zwycięstwo na 2. etapie Tour of the Alps.

Ten gest za metą nie był przypadkowy. Swoje zwycięstwo zadedykowałem dla Stefano Casagrandy, ojca mojej dziewczyny Andrei. Chcę mu również podziękować za to, że sprowadził na świat swoją piękną córkę i pozwolił mi przeżyć najpiękniejszą historię miłosną, o jakiej mógłbym marzyć. Niestety nie ma go z nami od zeszłego roku. On też był kiedyś świetnym kolarzem, walczył tu w 1998 roku, w czasach, gdy nie było mnie jeszcze na świecie. Od dawna czekałem na moment, by móc zadedykować mu swój sukces i cieszę się, że miało to miejsce właśnie tutaj, podczas tego wyścigu

— zakończył Giulio Pellizzari.

Jutro przed kolarzami pierwszy z wyłącznie włoskich etapów. Na zawodników czeka 174,5 kilometra i aż 3620 metrów przewyższenia, na które złożą się wspinaczki na takie górskie premie jak Passo Castrin (22,4 km; 3,7%) i Andalo (14,4 km; 5,1%). Nie zabraknie też niekategoryzowanych podjazdów, jak chociażby ten prowadzący do premii bonusowej w Ville del Monte (4,4 km; 4,4%). Sam finał rywalizacji będzie miał jednak miejsce na nizinach w Arco, toteż najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest finisz z wyselekcjonowanej grupy faworytów.

Prosto z malowniczego Val Martello – Jakub Jarosz.

Poprzedni artykułMajowe klasyki na Dolnym Śląsku „Korona Gór Sowich” oraz „Jaworska Pajda Chleba”
Następny artykułWyścig jednej ścianki – zapowiedź Strzały Walońskiej 2026
Jakub Jarosz
Niegdyś zapalony biegacz, dziś sędzia siatkówki z Pomorza, przy okazji aktywnie grający w jednej z trójmiejskich drużyn. Fan kolarskich statystyk i egzotycznych wyścigów. Marzeniem związane z tą dyscypliną był wyjazd na Mistrzostwa Świata do Rwandy w 2025 roku. Po jego spełnieniu póki co szukam kolejnego, ale bez wątpienia chciałbym z kolarstwem zwiedzić świat.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze