W ramach „zerowego” wydania Misji Kigali – mojego cyklu felietonu opisujących Mistrzostwa Świata w kolarstwie szosowym – Kigali 2025 nieco od zaplecza i niekoniecznie od sportowej strony, pisałem do Państwa jeszcze z Polski. Teraz, będąc już na miejscu, zapraszam do lektury dotyczącej pierwszego wrażenia z pobytu w tym afrykańskim mieście.
Cykl felietonów „Misja Kigali” niekoniecznie będzie dotyczył kolarstwa w sensie czysto sportowym – jeśli kogoś nie interesuje otoczka Mistrzostw Świata – Kigali 2025, to nie będę na siłę namawiał do dalszej lektury. W zerowym wydaniu tego wyjątkowego cyklu opisywałem m.in. drogę do tego wyjazdu oraz koszty z tym związane, tym razem skupię się zaś na pierwszym wrażeniu. Oczywiście jest ono bardzo subiektywne, a wpłynęło na nie wiele rzeczy, począwszy od tego, że jadąc do Kigali czułem ogromną radość z tego wyjazdu, poprzez fakt, że było to spełnienie marzenia, aż po to, że po 33-godzinnej podróży (licząc od wyjścia z domu w Polsce do meldunku w hotelu w Kigali) mogłem mieć nieco zakrzywiony obraz świata wokół mnie. Niemniej jednak streszczając to co będzie dalej powiem krótko – pokochałem to miasto.
Organizacja na najdroższym najwyższym poziomie
Czy rwandyjskie Kigali było najlepszym miejscem do organizacji mistrzostw świata? Bez wątpienia nie – jedni będą zwracali uwagę na wątpliwą reputację tego kraju, jego status polityczny czy swobód obywatelskich, inni na niedawny (a właściwie to wciąż trwający) konflikt zbrojny z m.in. Demokratyczną Republiką Konga, jeszcze inni czysto sportowo stwierdzą, że wyjazd ten jest drogi, trudny i przez to wypacza ideę imprezy dla wszystkich. Na te pierwsze tematy nie będę miał żadnej odpowiedzi – ciężko bowiem polemizować z faktami, na te drugie myślę, że można by nieco podyskutować, aczkolwiek mimo tego, że nie jest to wcale najdroższy i najtrudniejszy wyjazd to faktem jest, że nie wszyscy tu dotarli.
Bardzo pozytywnym faktem jest natomiast to, że ci, którzy już tu są, zostali ugoszczeni w naprawdę genialny sposób. Miasto jest niejako podporządkowane tej imprezie, od samego przyziemienia na lotnisku w Kigali czuć wyłącznie to, że odbywa się tu właśnie wyjątkowa kolarstwa impreza i to wokół niej ma się kręcić cały miejscowy świat. Czy wszystko jest idealne? Oczywiście nie – chociażby ciężko będzie mi zapomnieć, że pani z plakietką UCI załatwiła nam „najtańsze taxi do hotelu”, które kosztowało 35 tysięcy franków rwandyjskich. Kolejnego dnia, już na własną rękę, bliźniaczą trasę pokonałem z moimi towarzyszami za 4500 franków… Naciąganie jest tu wszechobecne, ale chyba taki mamy klimat.
Abstrahując jednak od takich mankamentów w oczy rzuca się jedno – tu naprawdę wszystko jest robione tak, żeby nikt nie mógł się nawet zająknąć. Ludzi zaangażowanych do zabezpieczenia ulic, pomocy itd. są setki, jeśli nie tysiące, a każda ze stref przygotowana jest z wręcz przesadnym przepychem – jestem ciekaw czy w kolejnych dniach te faktycznie się zapełnią w stu procentach. Tylko czy w sumie to jakakolwiek wada? Przepych bowiem moim zdaniem pasuje do mistrzostw świata, które przecież są najważniejszą imprezą tego typu w ciągu roku. To, że dla bezpieczeństwa uczestników, kontrolę bezpieczeństwa niczym na lotnisku, ze skanowaniem bagażu, detektorem metalu itd. przeszedłem w sobotę z 10 razy, jestem w stanie wybaczyć – po prostu organizatorzy dbają wręcz do przesady by przypadkiem nie doszło tu do nawet najmniejszego incydentu. Bardzo to szanuję.
Jest przepięknie
Usłyszałem dziś, że przesadzam nazywając Kigali „Dubajem dla ubogich”, ale zdania nie zmienię – nieco ponad 30 lat po pamiętnym ludobójstwie, w wyniku którego życie straciło około miliona osób, stolica Rwandy jest miastem, które sprawia wrażenie zbudowanego niemal od zera na kształt największych metropolii. Drogi są szerokie, dobrze oznaczone, a przy tym zadbano o niespotykaną nigdzie indziej ilość zieleni. Tym, co robi jeszcze większe wrażenie, jest czystość – przeszliśmy w sobotę około 15 kilometrów, a na całej drodze, nawet mocno zbaczając z głównych szlaków, nie zobaczyłem chociażby jednego kiepa, foliówki czy innego śmiecia na ulicy. Wszędzie jest wręcz niepokojąco pedantycznie, ludzie są nadzwyczaj pomocni i uprzejmi – czuję się jak w jakimś eksperymencie społecznym, a nie prawdziwym świecie. Nie mówię, że jest tu idealnie, albowiem czasem czuć spaliny, wieczorami korki są spore, a i nadal widać, że te starania o bycie pięknym i nowoczesnym miastem spotykają się z ograniczeniami w postaci bycia stosunkowo ubogim krajem, ale jest tu naprawdę przepięknie. Dla osób, które lubią turystykę miejską, Kigali jest miastem, które po pierwszym wrażeniu mogę polecić – zarówno za dnia, jak i po zmroku, kiedy panoramy zapierają dech w piersiach. Mówią zresztą to także sami kolarze i kolarki, którzy praktycznie w komplecie są w szoku co do tego, co tu zastali. Może odbija mi palma (których są tu tysiące), ale pokochałem to miejsce jeszcze bardziej, niż bym mógł się spodziewać.
Trasy
Choć nie byłem tego świadom przed przyjazdem, okazało się, że mieszkam przy ulicy, którą biegnie trasa wyścigu ze startu wspólnego. Było mi zatem dane dzisiaj przejść spory jej fragment i mogę, patrząc zarówno na własne uczucia, jak i widok trenujących kolarzy, w tym m.in. Tadeja Pogačara, że to nie będą łatwe mistrzostwa. Kigali jest szalenie pofałdowane – nie ma tu mowy o górach, ale normą jest, że nagle, znienacka, za zakrętem pojawia się krótka, sztywna hopka, której nachylenie potrafi wynosić kilkanaście procent. Wyścigi nie będą zatem selektywne ze względu na konkretne trudności, ale kumulację ciągłej zmiany terenu. Wygra ten, kto to przetrwa, choć jak mówił m.in. Jan Jackowiak (wywiad zapewne opublikuję gdzieś w dzisiejszych godzinach popołudniowych bądź wieczornych), to nie jest ta sama trudność co wysokie góry czy nawet Ardeny. Mistrzostwa Świata – Kigali 2025 są jedyne i niepowtarzalne, a to jeszcze bardziej rozpala mój apetyt przed najbliższymi dniami. Życzę Państwu, a zatem pośrednio i sobie, aby czempionat ten przyniósł nam sporo emocji. Potencjał na to jest naprawdę ogromny.
Wszystko o Mistrzostwach Świata w kolarstwie szosowym – Kigali 2025:
Podczas tych Mistrzostw Świata przygotuję dla Państwa, czytelników Naszosie.pl, materiały prosto z serca wydarzeń, czyli rwandyjskiego Kigali. W związku z tym serdecznie zapraszam, wręcz zachęcam do śledzenia naszego portalu podczas tegorocznych Mistrzostw Świata!









Czekam na odpowiedź na moje wcześniejsze pytanie: ilu pojechało ( za darmo) na mistrzostwa świata działaczy? Liczbę zawodników znamy.
Muszę zapytać co rozumie Pan przez słowo „działaczy”? Jeśli chodzi o sztab to jest on całkiem rozbudowany, na miejscu jest m.in. dyrektor sportowy PZKol oraz selekcjonerzy poszczególnych kategorii, ale każda z tych osób przyleciała do Kigali nie bez powodu. Moim zdaniem działaczy, w pejoratywnym tego słowa znaczeniu, jest tu okrągłe 0.
Super felietony, a czytając opisy wszystko wygląda na dobrze przygotowane. Też bym wybrała Rwandę niż Zurych – przygoda i egzotyka, jedyna taka impreza na milion 🙂
Może ci „prawdziwi” działacze się przed Panem chowają albo już leżą zachlani w tych 5-gwiazdkowych hotelach? 😉
I wszyscy zawodnicy itd. ukrywają ich obecność tutaj? 😉
Czyli wychodzi na to, że nie takie Kigali straszne i tak jest prawie zawsze w podróżach.
A czy tanio czy drogo..?
Mam poczucie, że jeżeli że chciałby Pan powtórzyć swój tygodniowy pakiet w Montrealu, to wyjdzie więcej niż za Kigali…
Życzę samych pozytywnych wrażeń.
Zdecydowanie – Kigali to jest „tani” wyjazd, a przy okazji można robić wiele ciekawych rzeczy czy próbować miejscowej kuchni, albowiem ceny nie zniechęcają do podejmowania dodatkowych aktywności.