Za nami 112. edycja Tour de France. Był to bez wątpienia wyścig, który miał swoje momenty – zarówno te wybitne, jak i niestety nieco zawodzące. Finalne rozstrzygnięcia niemal idealnie wpisały się w przedwyścigowe przewidywania, a triumfatorem klasyfikacji generalnej został Tadej Pogačar. Co warto zapamiętać z tegorocznej Wielkiej Pętli?
112. edycja Tour de France przeszła do historii, a zatem nadszedł czas podsumowań. W przypadku francuskiej trzytygodniówki te są o tyle proste, że z jednej strony chyba wszystko co miało o niej zostać powiedziane i napisane już zostało opublikowane, z drugiej zaś zwyczajnie tegoroczne Tour de France nie obfitowało w wielkie niespodzianki. Zwycięzców poszczególnych klasyfikacji można było bez większego kłopotu wytypować przed startem wyścigu, a ewentualne nieoczywiste rozstrzygnięcia wynikały głównie z kraks i wycofań. Przejdźmy zatem przez tegoroczną Wielką Pętlę w 10 punktach, ale nim to nastąpi to na start wyliczmy wszystkich zwycięzców poszczególnych zestawień i nagród:
- kl. generalna: Tadej Pogačar (UAE Team Emirates – XRG)
- kl. punktowa: Jonathan Milan (Lidl-Trek)
- kl. górska: Tadej Pogačar (UAE Team Emirates – XRG)
- kl. młodzieżowa: Florian Lipowitz (Red Bull – BORA – hansgrohe)
- kl. drużynowa: Team Visma | Lease a Bike
- najaktywniejszy zawodnik: Ben Healy (EF Education – EasyPost)
- najlepszy pomocnik: Quinn Simmons (Lidl-Trek)
- Souvenir Henri Desgrange: Ben O’Connor (Team Jayco AlUla)
- Souvenir Jacques Goddet: Lenny Martinez (Bahrain-Victorious)
Veni, vidi, vici
Tadej Pogačar przyjechał na tegoroczne Tour de France jako murowany faworyt klasyfikacji generalnej i praktycznie nie było w tym wyścigu momentu byśmy mogli zwątpić, że to właśnie aktualny mistrz świata wjeździe w żółtej koszulce na Pola Elizejskie w Paryżu. Słoweniec z UAE Team Emirates – XRG wraz ze swoją drużyną szaleć zaczął już w pierwszym tygodniu, a następnie tylko z dnia na dzień powiększał swoją przewagę by pod koniec wyścigu móc spokojnie kontrolować wydarzenia. Efekt? Tadej Pogačar kończy wyścig z 4 wygranymi etapami, triumfem w klasyfikacji generalnej oraz górskiej, a gdyby tylko 26-latek chciał bawić się w ciułanie punktów na lotnych premiach to i klasyfikacja punktowa padłaby jego łupem. Żyjemy w dobie nowego kolarskiego Kanibala.
Duński Adaś Miauczyński?
Tak jak podczas wyścigu to Tadej Pogačar całkowicie dominował swoich rywali, tak w przypadku podsumowań dużo łatwiej rozpisywać się na temat tego drugiego na mecie, czyli Jonasa Vingegaarda. Dlaczego? Otóż o Słoweńcu ciężko napisać wiele – po prostu przyjechał, zrobił swoje i wygrał po raz 4. w karierze klasyfikację generalną Tour de France. Duńczyk tymczasem… Tu zaczynają się schody. Z jednej strony lider Team Visma | Lease a Bike po raz piąty z rzędu kończy Wielką Pętlę na 1. bądź 2. pozycji i ponownie jest poza zasięgiem „reszty świata”. Z drugiej jednak nie sposób nie odnieść wrażenia, że Jonas Vingegaard zatracił gdzieś jakąś cząstkę siebie, z której był znany przed laty. 28-latek być może i nigdy nie był najbardziej efektownym kolarzem na świecie, ale jednak potrafił atakować, a gdy już to robił to był zwykle zabójczo skuteczny. Podczas tegorocznego Tour de France tymczasem 28-latek był skrajnie pasywny, jakby bez woli walki i pogodzony z tym, że to 2. miejsce jest mu przeznaczone. Nikt go nie naciskał, a on nie podjął żadnej wartej uwagi próby zaatakowania Tadeja Pogačara.
Czy Jonas Vingegaard jest zatem drugim Adasiem Miauczyńskim? Mimo masy negatywnych opinii, jakie na jego temat padły podczas tegorocznego Tour de France jestem daleki od porównywania go do głównego bohatera polskiej serii filmów. Duńczyk nie zawsze bowiem był drugi, podobnie jak i jego ekipa – choć Team Visma | Lease a Bike celowała najwyżej i zapewne nie będzie mogła mówić o w pełni rozliczonym wyścigu to jednak holenderska ekipa kończy Wielką Pętlę z 2 wygranymi etapami i triumfem w klasyfikacji drużynowej. Wydaje się, że zarówno Jonas Vingegaard, jak i jego drużyna stali się po prostu ofiarami własnej niezwykle wysoko powieszonej poprzeczki, która jest obecnie chyba poza ich zasięgiem. To jednak wciąż absolutny światowy top i mam wrażenie, że niektórzy o tym zapominają.
Najlepszy z reszty świata
Skoro już użyłem zwrotu „reszta świata” przy fragmencie tekstu o Jonasie Vingegaardzie to warto wyróżnić tego, który za plecami dominującej od 5 lat dwójki okazał się być najlepszy. Nie był nim ani 3. przed rokiem Remco Evenepoel, ani niezwykle doświadczony Primož Roglič, ani też któryś z drugich noży Słoweńca i Duńczyka – João Almeida do mety nie dotarł, a Matteo Jorgenson czy Adam Yates ponieśli jednak większe straty.
Tym trzecim okazał się być Florian Lipowitz – regularnie rozwijający się 24-letni Niemiec z Red Bull – BORA – hansgrohe, którego kariera nie wystrzeliła jak u wielu kolarzy z obecnego pokolenia w wieku juniorskim czy na początku kategorii orlika, a która to jest prowadzona nieco wolniej, spokojniej, ale cały czas do przodu. Florian Lipowitz jeszcze w 2022 roku był kolarzem kontynentalnego Tirol KTM Cycling Team, a jego najlepszym wynikiem w sezonie była 19. lokata w klasyfikacji generalnej Giro Ciclistico della Valle d’Aosta – Mont Blanc. Rok później przyszedł już triumf w Czech Tour (2.1), w sezonie 2024 na liście sukcesów pojawiła się 3. lokata w Tour de Romandie czy 7. miejsce w Vuelta a España, gdzie pomagał Primožowi Rogličowi. Dziś Florian Lipowitz przejął palmę pierwszeństwa w Red Bull – BORA – hansgrohe i stało się to naturalnie, a przy tym wydaje się, że 24-latek ma zdecydowanie większą szansę na wielką karierę niż promowany przez lata Emanuel Buchmann.
Czy to było idealne Tour de France dla Floriana Lipowitza? Zdecydowanie nie! 24-letni Niemiec po 4. etapie był dopiero 20. w klasyfikacji generalnej i już wtedy tracił niemal 2 minuty. Wejście w wyścig nie było zatem najbardziej udane, ale kolarz Red Bull – BORA – hansgrohe rozkręcał się z dnia na dzień i dążył do jasnego celu – nie szukał walki z najlepszą dwójką, ale zmierzał po podium i białą koszulkę. Jestem ciekaw gdzie jest sufit możliwości 24-latka, który chyba jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.
Niepokonany
O dziwo subtytuł ten nie opisuje Tadeja Pogačara, a innego uczestnika 112. edycji Tour de France. Jest nim Jonathan Milan, który w swoim 3. wielkim tourze w karierze wygrał po raz 3 klasyfikację punktową. Tak, kolarz Lidl-Trek jest w tej materii niepokonany, choć gdy zaczynał przygodę z trzytygodniówkami to miał w swoim dorobku zaledwie 3 zawodowe zwycięstwa, w dodatku odnoszone na etapach imprez pierwszej kategorii – CRO Race i Saudi Tour.
Jonathan Milan to obecnie bestia – podczas tego Tour de France w pojedynkach na szybkość walczyć z nim mógł chyba tylko Tim Merlier, ale Włoch ma tą przewagę nad Włochem, że radzi sobie nie tylko gdy wszystko idzie jak po sznurku. Trudniejszy finisz w Laval? Zwycięstwo. Leje z nieba? Wygrana. Trzeba gdzieś uciec po punkty na lotną premię? Już daję z siebie 100%. Mierzący 196 centymetrów kolarz jest zabójczo skuteczny i Lidl-Trek może się niezwykle cieszyć, że ma w swoich szeregach takiego zawodnika.

Bo ja tańczyć walczyć chcę
Wspomniałem już nazwisko niejednego przegranego tegorocznego Tour de France, ale gdy jednym nie idzie to naturalnym jest, że otwiera się szansa dla innych. 3. miejsca dla Floriana Lipowitza mógł się spodziewać każdy kto śledzi na bieżąco kolarstwo, ale kolejne lokaty? 4. Oscar Onley (Team Picnic PostNL) uchodził dotychczas za punchera, a wysokie góry wydawały się być dla niego nieco za trudne. 5. Felix Gall (Decathlon AG2R La Mondiale Team) dotychczas próbował z różnym skutkiem walczyć o generalki, ale to też jego życiowy sukces. 6. lokata dla Tobiasa Hallanda Johannessena? Historyczny wynik zarówno dla Uno-X Mobility, jak i całego norweskiego kolarstwa. 7. Kévin Vauquelin (Arkéa – B&B Hotels) przed wyścigiem zarzekał się, że nie będzie walczył o generalkę, a potem niemal do końca 1. tygodnia znajdował się na jej podium. 9. Ben Healy (EF Education – EasyPost) czy 10. Jordan Jegat (Team TotalEnergies) to też niespodzianki z kategorii tych większych niż mniejszych. Tegoroczne Tour de France napisało wiele pięknych historii, a dla niejednego kolarza może się okazać być momentem chwały, który będą wspominali do końca życia.
Pamiętajmy jednak, że wyścig nie kończy się na kolarzach z klasyfikacji generalnej, a wśród walczaków warci wspomnienia są też inni kolarze. Swoje 5 minut miał Jonas Abrahamsen (Uno-X Mobility), który wraca do domu z wygranym etapem i drugim z rzędu triumfem w głosowaniu publiczności na najaktywniejszego kolarza wyścigu, a przecież istniało ogromne ryzyko, że go na tegorocznym Tour de France zabraknie – 2 tygodnie przed Wielką Pętlą Norweg złamał bowiem obojczyk i do ostatniej chwili nie mógł być pewny czy zdąży wrócić na rower. Szalał też na tym wyścigu Mathieu van der Poel (Alpecin-Deceuninck), który dni wprost genialne przeplatał z tymi, kiedy brakowało mu nieco paliwa w baku. Wygrany etap i 4 dni w koszulce lidera to jednak naprawdę niezły wynik. Swoje piękne historie napisali też przecież Thymen Arensman (INEOS Grenadiers), Tim Wellens (UAE Team Emirates – XRG), Valentin Paret-Peintre (Soudal Quick-Step) czy Kaden Groves (Alpecin – Deceuninck) – ten ostatni dołączył do bardzo wąskiego grona kolarzy, którzy mogą się pochwalić wygraną etapową w trzech kolejno następujących po sobie wielkich tourach, albowiem wcześniej Australijczyk wygrywał też podczas La Vuelty 24′ i tegorocznego Giro d’Italia.
Powrót na tarczy
Akapity o tych, którym się nie udało zacznę od tych, których chociaż widzieliśmy próbujących. Lenny Martinez (Bahrain – Victorious) szarpał, uciekał, próbował, ale ostatecznie do zdobycia przez Francuza koszulki najlepszego górala zabrakło dość sporo. Na tarczy mimo walki wraca też Julian Alaphilippe i cała ekipa Tudor Pro Cycling Team – nie można powiedzieć, że czarnych koszulek nie było widać, ale jednak próby te zdały się na nic. Ambicje z pewnością były inne, ale cóż – nie zawsze się wygrywa, a warto podkreślić, że wyżej wymienieni zaprezentowali chociaż wolę walki.
Na tarczy wracają też ci, którym nie było dane dotrzeć do mety, choć ambicje były spore – poturbowany w kraksie João Almeida (UAE Team Emirates – XRG) zamiast walki o podium czy pomocy wycofał się już 9. dnia, mety nie osiągnęli też Remco Evenepoel (Soudal Quick-Step), Carlos Rodríguez (INEOS Grenadiers) czy Enric Mas (Movistar Team). O porażce nie można mówić w przypadku Jaspera Philipsena (Alpecin-Deceuninck), ale wspomnę go tu ze względu na dramat jaki spotkał 1. lidera wyścigu – upadek i wycofanie już na 3. etapie z pewnością nie był finałem marzeń dla kolarza, który mógł tu wygrać zdecydowanie więcej, a być może pokusić się także o zieloną koszulkę. Właśnie – tytułu w klasyfikacji punktowej bronił Biniam Girmay (Intermarché – Wanty), choć właściwie ciężko to nazwać obroną, albowiem Erytrejczyk był cieniem siebie sprzed roku. Zawiedziony może być też Arnaud De Lie (Lotto), który wciąż musi zaczekać na swój pierwszy etap wielkiego touru w karierze.
I co ja robię tu?
UCI przyznało w tym roku dodatkową dziką kartę na wielkie toury i decyzja ta podczas tegorocznego Tour de France okazała się być strzałem w „10”. Uno-X Mobility kończy z etapem i 6. miejscem w klasyfikacji generalnej, w czołowej „10” tejże mamy też przedstawiciela Team TotalEnergies, które pokazało się z bardzo walecznej strony, podobnie jak zawodnicy Tudor Pro Cycling Team. Szkoda tylko, że podczas gdy ci, którzy na zaproszenie musieli się starać walczyli jak lwy to ci, którym udział w Tour de France przysługiwał postanowili zapaść się pod ziemię.
Przegląd ekipa po ekipie przygotuję dla Państwa w osobnym tekście, ale już dziś muszę zapytać – co do jasnej ciasnej na tym wyścigu robił taki Cofidis? Ani ucieczek, ani walki na finiszach, a ostateczny bilans to zaledwie 2 etapy z miejscem w czołowej „10” – raz 7. był Bryan Coquard, a Dylan Teuns zajął 10. miejsce na zneutralizowanych Polach Elizejskich. Intermarché – Wanty? 3 finisze w czołowej „10” Biniama Girmaya i to tyle. Israel-Premier Tech? W sumie 4 lokaty w dziesiątkach etapów. To były występy całkowicie do zapomnienia.
Więcej nie znaczy lepiej
Przed startem 112. edycji Tour de France jednym z tematem dyskusji było to, że wyścig bardzo późno wjechał w jakiekolwiek wysokie góry. Czas pokazał tymczasem, że taka decyzja była istnym strzałem w „10”. Pierwszy, bardzo przedłużony tydzień pełen bowiem był zaciętej walki, a różnice między faworytami cały czas pozostawały niewielkie. Okej, Tadej Pogačar (UAE Team Emirates – XRG) był w takim terenie praktycznie nie do ugryzienia dla kandydatów do walki w generalce, ale Tour de France oglądało się, przynajmniej w mojej opinii, naprawdę ciekawie.
Pierwsze góry? Tu również było interesująco, choć jednocześnie widać było, że wyścig nam się nieodwracalnie układa. Nadzieja pozostawała, że Alpy i królewski etap z ponad 5500 metrów przewyższenia coś zmieni. I co? I nic. Obejrzeliśmy sobie ponad 100 kilometrów pracy posiadającego piękny, tak biały uśmiech, że mógłby reklamować pasty do zębów Nilsa Politta, a ataków było jak na lekarstwo. Tym, którzy piszą, że Tour de France powinno się składać z 21 górskich etapów polecam zastanowić się czy naprawdę ciekawym widowiskiem byłoby codzienne oglądanie pasywności, jazdy na limicie i wyczekiwania na ruch rywali. Moim zdaniem bowiem tegoroczna Wielka Pętla i tak rozstrzygnęła się nieco za wcześnie, a przez to niestety nieco dłużyła w swojej końcowej fazie.
Robota wykonana?
Wiele osób pytało nieraz ironicznie w komentarzach czy w tym wyścigu jedzie jakiś Polak, więc już bez grama ironii odpowiem krótko – tak. Tak, i w dodatku moim zdaniem wykonał świetną robotę. Kamil Gradek był jedynym pomocnikiem na płaskie powołanym przez Bahrain-Victorious i moim zdaniem ze swoich obowiązków wywiązywał się idealnie. Mierzącego 194 centymetry 34-latka regularnie widywaliśmy wysoko w peletonie gdy pojawiały się co bardziej nerwowe momenty, brał on udział także i w wyprowadzaniu Phila Bauhausa na dobrą pozycję. Problem z ocenianiem pomocników jest jednak taki, że właściwie tylko ich własna drużyna wie czy jest zadowolona z jakości wykonanej przez nich pracy. W mojej opinii jednak na tyle co widzieliśmy w TV to Kamil Gradek robił swoje, a to, że jego liderzy nie dowieźli formy nie jest winą Polaka. Fakt, że Bahrain – Victorious czwarty sezon z rzędu powołuje 34-latka na wielki tour pokazuje zaś, że chyba są w tej ekipie zadowoleni z usług Kamila.
Kolarstwo to sport zespołowy i nie każdy jest liderem. Możemy jako naród narzekać, że brakuje obecnie biało-czerwonego walczącego w męskim peletonie o najwyższe cele, ale jednocześnie proszę o jedno – nie obrażajmy czy nie wyśmiewajmy personalnie tego kolarza, który swoją robotę wykonuje świetnie za to, że w naszym kolarstwie jest jak jest. To akurat nie wina ani słabość Kamila Gradka – jedynego Polaka, któremu dane było być częścią największego wieloetapowego wyścigu kolarskiego świata.

Co przyniesie przyszłość?
Ostatnia, 10. część tego tekstu będzie poświęcona temu, co przewiduje na kanwie wydarzeń z tegorocznego Tour de France. Wnioski tymczasem mam niezbyt optymistyczne. Wydaje mi się bowiem, że 112. edycja Wielkiej Pętli była kolejnym dowodem na to, że nie ma obecnie w kolarskim świecie drugiego Tadeja Pogačara i próżno go szukać, a i Jonas Vingegaard jest cały czas niekwestionowanym numerem 2. Zespoły zbudowane wokół tej dwójki, czyli UAE Team Emirates – XRG i Team Visma | Lease a Bike, to obecnie prawdziwe gwiazdozbiory zdolne do kontrolowania niemal każdego wydarzenia na trasie, a to mocno zabija pewną dozę spontaniczności, dla której ogląda się sport. Aktualna hierarchia w kolarstwie została podczas tegorocznego Tour de France tylko przypieczętowana i pozostaje marzyć by pojawił się ktoś, kto to zmieni. A jakie są Państwa przemyślenia na ten temat? Zapraszam do sekcji komentarzy!









O to chodzi, żeby takich Kamilow było kilkunastu, a takich Majek czy Kwiato kilku. Tylko żeby po prostu ogółem Polaków w wt było więcej, więc dla Kamila szacun.
Mam wrażenie, że co by nie zrobił Jonas to byłby krytykowany, a jednak atakował sporo. Może za dużo mówił o ryzykowaniu 2 miejsca, bo na tych 2 ostatnich etapach górskich dało się zrobić coś w stylu Schlecka z Galibier.
Trasa OK, natomiast na pierwszych etapach zabrakło lepszego rozmieszczenia premii, żeby zachęcić trochę ucieczki do działania i walki o koszulki. I te 50 pkt za mur de Bretagne…
Pogacar zrobił co miał zrobić, chociaż gdyby pojechał na Vuelte to wydaje mi się, że Jonas byłby lekkim faworytem, bo było widać tendencje zniżkową.
Jonas miał tak naprawdę 2 bardzo słabe dni, pozostałe nie odbiegały jakoś od lat 22 I 23, gdzie też zbierał te sekundy na przyspieszeniu Tadej, ale miał porządne kryzysy. A on takiego kryzysu nie miał już 2 lata, jedynie słabość lekka rok temu, gdy chyba miał problem z przerzutka oraz w tym roku na Amstel gdy doszedł go gigantojajeczny Remco ze Skjelmose.
Ale jaki tour by nie był to zawsze jest niesamowite przeżycie. No i czekamy na tdp, Vuelte i do kolejnego roku.
A co do ekip, to rozwinięty komentarz dodam w artykule dot. Ekip, ale faktycznie Cofidis, Intermarche, Israel, FDJ, Trochę Też lotto to poniżej krytyki.
Ineos trochę pecha, ale i jaki był cel w tourze Thomasa? Total ratuje się tym top10, Tudor był widoczny, natomiast Arkea jak na swoją sytuację naprawdę dużo walczyła.
Almeida byłby na podium w generalce, o wiele lepszy od Szwaba
Wychowałem się na tourach z Armstrongiem, gdzie do szału doprowadzało mnie to, jak kontrolował wyścig i oponentów, ale od czasu, może nieco nudnej, dominacji Sky, zacząłem doceniać ten sposób jazdy zespołu. Bo to sport zespołowy, mimo że na taki nie zawsze wygląda.
Abstrahując od rozwoju Pogacara, widać różnicę między tym, jak został ograny przez Jonasa i Primoza parę lat temu, a teraz, gdzie zbudowany został zespół, który dał radę pomimo braku najlepszego pomocnika.
Osobiście, brakowało mi odważnego górala, który wygrałby koszulkę. Dla Martineza były to za wysokie progi i w zasadzie nikt inny nie trzymał równego poziomu (raz uciekł O’Connor, raz Arensman).
Pierwsza część wyścigu była bardzo ciekawa , później przyszły góry i emocje się skończyły. Zgadzam się z opinią że pod koniec wyścig się dłużył. Nie było w tym wyścigu żadnej dramaturgi, zwrotów akcji ani nic z tych rzeczy. Każdy znał swoje miejsce w peletonie i tyle . Giro wygrało w tym roku.
Co do zespołów to nie zbudujesz mocnego zespołu nie mając wybitnej gwiazdy czy to na etapy sprinterskie, na klasyfikację generalną GT czy na wyścigi jednodniowe. Movistar, Astana, Ineos zostały bez takich kolarzy i widać jak z roku na rok potencjał tych drużyn spada.
Giro było ciekawsze i Vuelta też będzie ciekawsza, TdF to tylko reklama
Być może Jonas rzeczywiście nie był w takiej formie jak dwa i trzy lata temu choć jest to dyskusyjne , on zawsze był zachowawczy ale ja bym zwrócił uwagę na siłę drużyny jaką wtedy posiadał w odróżnieniu od względnie słabej UAE i na różnicę w podejściu Pogacara , wtedy młaodzieńcza fantazja (wydawało mu się , że skasuje każdy atak i nic mu nie zrobią) , a dziś rozwaga i ekonomia w ruchach – wszystko podporządkowane nadrzędnemu celowi ,zwycięstwu w GC.
Teraz czekam już na Strade i Flandrię.
ASTMA
W punkt, brawo. Nic dodać nic ująć. Najbardziej na plus Ben Healy