fot. Deceuninck-Quick Step

Rok 2019 był dla Katusha-Alpecin ostatnim rokiem w międzynarodowym peletonie. Być może jednak losy tego zespołu mogłaby odmienić jedna decyzja z 2017 roku. Być może losy ekipy, ale i całego kolarstwa potoczyłyby się całkowicie inaczej, gdyby nie transfer Michaela Morkova.

Mało było w kolarskim peletonie zawodników, których włosy tak dobrze pasowałyby do reklam szamponów, jak Marcel Kittel. A jednak rok 2015, gdy Alpecin – marka “dopingu dla włosów”, jak głosiło jej najbardziej znane hasło reklamowe, zaczęła sponsorować zespół Giant, w którym jeździł Niemiec, przyniósł zakończenie jego dobrej passy. Sprinter, który w latach 2013-14 aż ośmiokrotnie wygrywał etapy Tour de France, w 2015 sięgnął tylko po jedno zawodowe zwycięstwo – na etapie wokół Warszawy podczas Tour de Pologne.

Później było odejście do Quick-Stepu i powrót na sprinterski tron. Gdy w pierwszym sezonie w barwach ekipy Patricka Lefevere’a Kittel wygrał dwa etapy Giro i jeden na trasie Tour de France, zaś rok później podczas Wielkiej Pętli mógł podnieść ręce w geście zwycięstwa aż pięciokrotnie, wydawało się, że kryzys został zażegnany na dobre. Tyle że wtedy historia znów pokazała, że lubi się powtarzać. Lśniącowłosy Niemiec podpisał kontrakt z drużyną sponsorowaną przez Alpecin (tym razem była to Katusha) i znów przestał wygrywać. Tym razem na dobre. A półtora sezonu, które spędził w jej barwach odebrały mu radość z jazdy na rowerze na tyle skutecznie, że już w kwietniu 2019 postanowił na zawsze pożegnać się z kolarstwem szosowym.

Jakie były przyczyny zawodowego wypalenia, które doprowadziło go do podjęcia bolesnej dla milionów fanów decyzji? Niewykluczone że za utratę motywacji odpowiadał w dużej mierze brak sukcesów porównywalnych do tych odnoszonych w poprzednich sezonach. A to z kolei było przynajmniej po części spowodowane brakiem wsparcia, na które mógł liczyć jako kolarz najpierw Argos (Giant)-Shimano, a potem Quick-Step Floors. Oglądając powtórki z etapów Tour de France 2018 bardzo łatwo dostrzec, że w pociągu Katusha-Alpecin brakowało kogoś, kto na ostatnich metrach pełniłby funkcję przewodnika Niemca. Kogoś, kim wiele lat później był dla Marka Cavendisha… Michael Morkov. A tak się składa, że Duńczyk jeszcze chwilę wcześniej był zawodnikiem Katusha-Alpecin. On i Kittel niemal dosłownie minęli się w drzwiach – gdy jeden z nich przychodził do zespołu, drugi z niego odchodził.

Porzucenie ambicji

– Słyszałem, że sam Alexander Kristoff chciał, abym przeszedł do jego ekipy. To dla mnie naprawdę fajna sprawa. Jestem szybkim zawodnikiem, ale jednak brakuje mi sporo, by na wielkich wyścigach konkurować z najlepszymi. Teraz będę pomagał typowemu sprinterowi, który wie jak się wygrywa.

– mówił Michael Morkov w sierpniu 2015, gdy ogłaszano jego transfer do całkowicie rosyjskiej jeszcze wtedy Katiuszy. 

Jego decyzja dla duńskich kibiców była prawdopodobnie bardziej bolesna, niż gdyby została ona podjęta teraz, gdy w peletonie roi się od świetnych Duńczyków. Wtedy, w 2015 roku zwycięstwo Morkova na etapie Vuelta a Espana sprzed dwóch lat było ostatnim tak dużym sukcesem jakiegokolwiek duńskiego kolarza.

Jego wybór był jednak w pełni zrozumiały. Morkov miał już 30 lat i wiedział, że o powtórzenie sukcesu z Hiszpanii może być mu bardzo trudno. Jego zespół – wtedy nazywający się już Tinkoff-Saxo, przestawał być dla duńskich kolarzy ziemią obiecaną. Od wielu lat nie jeździł już na duńskiej licencji, a po odejściu w nie najlepszej atmosferze Bjarne Riisa właściciel zespołu – Oleg Tinkov, zaczął pozbywać się ze składu Duńczyków. 

Poza tym, prawda jest taka, że jego przejście do Katiuszy… nie zmieniało wcale aż tak dużo. Wyniki Morkova jako sprintera nigdy nie oszałamiały – zwycięstwo na etapie Vuelty było dla niego jedynym odniesionym w koszulce Saxo Banku poza granicami kraju podczas jego 7-letniej przygody z ekipą. Nic więc dziwnego, że choć w zespole tym nigdy nie roiło się od szczególnie szybkich zawodników, to podczas wielkich tourów Morkov i tak musiał pracować na kolarzy pokroju braci Haedo i mającego najlepsze lata za sobą Daniele Bennatiego.

W praktyce Morkov zamienił więc możliwość rywalizacji o miejsca w czołowych “5” wyścigów poza World Tourem na walkę o najwyższe laury, z tym że jako przyboczny Alexandra Kristoffa. 

Efekt Morkova? Niezauważalny

– Doszedłem do wniosku, że mogę być średnim sprinterem i wygrywać małe wyścigi w małych zespołach. Tymczasem moje ambicje sięgały wyżej. Chciałem wygrywać klasyki i etapy na Tour de France. Chciałem być częścią dużego zespołu na największych wyścigach. Sam nie byłbym w stanie tego osiągnąć.

– mówił po latach na łamach magazynu Rouleur.

Dobrze trafił. Jego nowy lider – Kristoff przeżywał swój najlepszy okres w karierze. W latach 2014-15 wygrywał dwa etapy Tour de France, dwa monumenty (Mediolan-San Remo i Ronde van Vlaanderen) i kilka innych klasyków – także tych worldtourowych. Łącznie uzbierał aż 34 zwycięstwa i choć w peletonie wciąż byli tacy kolarze jak Marcel Kittel, Peter Sagan, Andre Greipel czy Mark Cavendish, to w ciągu tych dwóch lat nikt nie uzbierał więcej triumfów od niego. Prawdopodobnie nie było na świecie kolarza, który byłby w stanie lepiej zaspokoić ambicje Duńczyka.

Tyle tylko, że współpraca między dwoma skandynawami wcale nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Kolejne dwa lata w Katiuszy były bowiem dla Kristoffa raczej rozczarowujące. Wciąż wygrywał z imponującą regularnością, ale raczej w mniej prestiżowych wyścigach. A swój największy triumf – mistrzostwo Europy odniósł, gdy, ze zrozumiałych względów, Morkova nie było obok niego, podobnie zresztą jak podczas dwóch wygranych Eschborn-Frankfurt.

Pozycja Kristoffa na kolarskim rynku zaczęła powoli spadać, na co oprócz coraz słabszych wyników, wpływały także konflikty z szefostwem. Niekiedy rozgrywały się one nawet za pośrednictwem mediów, jak wtedy, gdy Norweg publicznie zrugał trenerów Katiuszy za pretensje dotyczące jego wagi. Na problemach wewnętrznych tracił również sam Morkov, który właśnie przez skrócenie pociągu gwiazdora ekipy nie pojechał w 2017 roku na Tour de France.

Kilka miesięcy po tamtym wyścigu przygoda Morkova z rosyjsko-szwajcarskim zespołem (od 2017 jeździł na szwajcarskiej licencji, jako Katusha-Alpecin) dobiegła końca. I choć zapewne nieco inaczej wyobrażał sobie pobyt w tej drużynie, to po latach dość dobrze wspominał tamten okres – Tak naprawdę w Saxo Banku właściwie nie pracowałem nad swoim sprintem – zespół miał inne priorytety. Zacząłem to robić na poważnie dopiero w Katiuszy – opowiadał magazynowi Rouleur.

A o tym, że w nowej roli Morkov nie odnajdywał się najgorzej, niech świadczy fakt, że bardzo zadowolony ze współpracy z nim był Alexander Kristoff. Na tyle, że jego brak w składzie na Tour de France miał być jednym z powodów odejścia Norwega z Katusha-Alpecin. Później Kristoff planował zresztą zabrać go ze sobą do kolejnego zespołu, jednak na przeszkodzie stanął brak zgody ze strony UAE Team Emirates. Z dzisiejszej perspektywy czasu, dobrze się stało. To właśnie z Katiuszy Morkov przeszedł do Quick-Stepu.

Kingmaker

– Nie mogę doczekać się współpracy z Fernando Gavirią i Elią Vivianim. Myślę, że już w poprzednim sezonie pokazałem, że na finiszu jestem jednym z najlepszych rozprowadzających…

– mówił na wstępie, w komunikacie prasowym, w którym grupa Patricka Lefevere’a, nazywająca się wówczas Quick-Step Floors ogłaszała jego pozyskanie.  

Wtedy jego słowa nie musiały brzmieć, jak coś całkowicie oczywistego. Morkov nie był jeszcze kingmakerem – stał się nim właśnie w Quick-Stepie. I to już w pierwszym sezonie! Doskonale wpasował się w kapitalny pociąg nowego nabytku zespołu – Vivianiego, w skład którego wchodzili także m.in. Florian Senechal, Michael Morkov i Fabio Sabatini. I od razu, jako ostatni rozprowadzający, doprowadził Włocha do pierwszego zwycięstwa w nowych barwach już podczas Tour Down Under.

Na tym oczywiście sukcesy się nie skończyły – mówimy przecież o najlepszym sezonie w karierze Vivianiego, który wygrywał wówczas aż 18-krotnie. Aż cztery razy triumfował na etapach Giro d’Italia, spełniając przy okazji swoje marzenie o zdobyciu Maglia Ciclamino. Trzy razy podnosił ręce przy okazji zwycięstw w Vuelta a Espana – w przypadku obu wyścigów mógł liczyć na pomoc Morkova. 

Duńczyk nie zawsze był ostatnim rozprowadzającym – częściej ta rola przypadała Fabio Sabatiniemu, ale swoją rolę kolarza pilotującego pociąg na ostatnich metrach wypełniał wzorowo. A gdy to on miał napędzić Vivianiego bezpośrednio przed finiszem, również był bezbłędny.

Obecność Michaela u mojego boku była dziś kluczowa – takie ciepłe słowa pod adresem Duńczyka regularnie wypływały z ust Włocha zarówno w sezonie 2018, jak i tylko nieco mniej udanym 2019 (gdzie wygrał m.in. etap Tour de France i kilka worldtourowych klasyków). Zresztą, kto wie, czy to właśnie nieobecność Morkova nie była jedną z głównych przyczyn tego, że późniejsza przygoda z Cofidisem zakończyła się dla Vivianiego (który przeszedł tam z Fabio Sabatinim) całkowitym niepowodzeniem.

Legenda, która irytowała

Viviani i Morkov dogadywali się ze sobą doskonale – być może także dlatego, że obaj wywodzą się z toru, gdzie od 2018 roku regularnie mieli okazję ze sobą rywalizować podczas różnych imprez*. Ale po odejściu Włocha, Quick Step znalazł Duńczykowi nowego szefa – Sama Bennetta. Sezon 2020 był dla Morkova kolejnym przełomem. Gdy w 2018 roku Viviani błyszczał podczas Giro d’Italia, jego ostatnim rozprowadzającym był Sabatini. Gdy w 2019 wygrywał etap Tour de France – rolę tę pełnił Max Richeze. Teraz, po odejściu obu do innych zespołów, to on miał się stać frontmanem słynnego quickstepowego pociągu.

– Nie mogę się doczekać naszej współpracy z Michaelem Morkovem. To bardzo doświadczony kolarz…– tak zaczyna się piętnastosekundowa laurka, którą na początku swojej przygody z Quickstepem “namalował” w powitalnym nagraniu Sam Bennett. 

Duńczyk pokazał mu, że faktycznie było na co czekać. Sukcesem zakończył się już ich pierwszy wspólny start – Irlandczyk wygrał pierwszy etap Tour Down Under. A później było już tylko lepiej. Przede wszystkim dzięki kapitalnemu Tour de France, podczas którego zdobył zieloną koszulkę, a Michael Morkov zapewnił mu kapitalne rozprowadzenie podczas obu wygranych etapów. – Byliśmy niesamowitą parą – wspominał później Morkov na łamach magazynu Rouleur i trudno nie przyznać mu racji. Zresztą, spójrzcie sami:


Niestety ta współpraca szybko się skończyła. Sam Bennett, od dzieciństwa trzymający kciuki za ekipę Patricka Lefevere’a szybko poznał mroczniejszą stronę belgijskiego menedżera. Kontuzja i konflikt na linii Bennett-Lefevere spowodował, że miejsce Irlandczyka w składzie ekipy na Tour de France 2021 zajął, ku irytacji Morkova, Mark Cavendish.

– O tym, że to on jedzie, dowiedziałem się w ostatniej chwili. Byłem bardzo zły. Zupełnie się nie dogadywaliśmy. Mamy bardzo różne charaktery. Niby wygraliśmy razem etap Wyścigu Dookoła Belgii, ale gdy wróciłem do domu, powiedziałem żonie: “Jak ja się cieszę, że już nie muszę się z nim widzieć! A gdy później powiedzieli mi, że on ma zastąpić Sama podczas Tour de France, pomyślałem tylko: “Cholera! Nie wytrzymam z nim trzech tygodni.

– wspominał niedawno na łamach Rouleur Morkov. Wtedy, latem 2021 roku nie wiedział, że czekają go najpiękniejsze 3 tygodnie sportowego życia. Chwile, podczas których zapewni sobie kolarską nieśmiertelność (oczywiście pod warunkiem, że rozprowadzający może sobie zapewnić kolarską nieśmiertelność, co jest dość wątpliwe).

*Włoch przewyższa Duńczyka również na tym polu, ale… wcale nie tak bardzo wyraźnie, jak mogłoby się wydawać. Morkov jest bowiem wielokrotnym mistrzem świata w madisonie i wyścigu na dochodzenie. Swoje pierwsze złote krążki zdobywał… w Pruszkowie!
Dni, które przejdą do historii

W 2021 roku Deceuninck-Quick Step napisał bowiem jedną z najpiękniejszych kolarskich historii. Prawdziwa bajka rozpoczęła się już czwartego dnia. Mark Cavendish – człowiek, który kilka miesięcy wcześniej z płaczem niemal ogłaszał zakończenie kariery. Człowiek, kilka miesięcy wcześniej pasował raczej do Mazowsze Serce Polski niż do Quick-Stepu. Człowiek, który przed 2021 rokiem na jakiekolwiek zwycięstwo czekał od trzech lat. Pokonał choroby, pokonał psychiczną niemoc, przyjechał na Tour de France i wygrał. 

– Kiedy masz obok siebie kolarza w koszulce mistrza świata [Alaphilippe], który na ciebie pracuje, a obok jest Michael, jak zwykle rozgrywający wszystko po mistrzowsku i wiecznie zachowujący stoicki spokój… To dodaje skrzydeł.

– mówił wtedy, choć prawda jest taka, że akurat wtedy zdecydowanie więcej niż Morkovowi zawdzięczał samemu sobie. Owszem, koledzy dołożyli swoją ważną cegiełkę do jego zwycięstwa, ale w końcówce musiał radzić sobie sam. Nie wygrał tamtego etapu dzięki świetnemu rozprowadzeniu – rola pociągu była zminimalizowana ze względu na chaos spowodowany tym, że Brenta Van Moera – ostatniego z uciekinierów, dogoniono dopiero na ostatnich metrach.

Kolejne 3 sprinterskie etapy to jednak kolejne trzy zwycięstwa Marka Cavendisha i tu walny udział Morkova jest już niezaprzeczalny. A szczególnie duży udział miał w jego ostatniej – czwartej wygranej na 13. etapie. Gdy quickstepowy pociąg delikatnie się pogubił i stracił dobrą, on zachował spokój i doprowadził Cavendisha do optymalnej pozycji. A ten wykończył jego pracę. 

Dla Morkova to był dzień chwały – wszyscy gratulowali Cavendishowi, który właśnie tamtego dnia wyrównał rekord Eddy’ego Merckxa, ale drugim z bohaterów dnia był właśnie Morkov. Dawno żaden rozprowadzający nie zdobył takiego uznania kibiców, jak wtedy on. Doszło nawet do tego, że poważni kolarscy dziennikarze toczyli dyskusje na temat tego, czy gdyby Duńczyk nie musiał rozprowadzać innych, to sam seryjnie nie wygrywałby wyścigów. Ich opinię, oprócz kapitalnego zmysłu taktycznego, uwiarygadniał w dodatku fakt, że sam Morkov zajął tamtego dnia… 2. miejsce. Tuż za swoim przechodzącym do historii liderem.

Morkov jak Renshaw

Tamto Tour de France zakończyło się dla Marka Cavendisha sukcesem olbrzymim, ale nie absolutnym – na ostatnich 8 etapach, pomimo dwóch realnych szans nie podniósł rąk w geście triumfu już ani razu. Rekord Merckxa był wyrównany – on chciał go pobić. W Quick-Stepie nie było to możliwe – w kolejnym sezonie drużyna postawiła w Tour na młodszego Fabio Jakobsena, z którym Morkov (jak lubi zaznaczać, tylko na szosie) dogaduje się zdecydowanie gorzej. 

Nie tylko dlatego szybko zaczynało wyglądać na to, że w Quick-Stepie powoli zaczyna brakować miejsca dla Morkova. – Przez lata skupialiśmy się na klasykach i sprintach, a teraz budujemy nasz skład wokół Remco Evenepoela – to absolutnie normalne. Problem w tym, że w tej sytuacji nie wiem czy moje pozostanie ma jakikolwiek sens – przyznawał w rozmowie z Ekstrabladet w 2023 roku.

Na szczęście wciąż znajdowali się na niego chętni, a najchętniejsza była… oczywiście Astana, w której od kilku miesięcy przebywał już wtedy Mark Cavendish. W pierwszym sezonie startów dla kazachskiej ekipy, jego rozprowadzenie wyglądało wprost katastrofalnie. Tak tragicznie, że na ostatnim etapie Giro d’Italia 2023 lekcję rozprowadzania chłopakom w biało-niebieskich koszukach postanowił dać… Geraint Thomas. Bezskutecznie, bo ich występy w Tour de France pokazały, że zbyt wiele się od niego nie nauczyli!

Przed sezonem 2024 Cavendish postanowił więc przeprowadzić akcję rodem z heist movie. Nowym dyrektorem sportowym zespołu został wówczas Mark Renshaw, a do kadry, jako nowi rozprowadzający, dołączyli dwaj koledzy Manxmana z Quick-Stepu – Davide Ballerini i właśnie Michael Morkov.

– To jest ten typ kolarza, którego potrzebujemy, żeby zbudować pociąg sprinterski – mówił po zakontraktowaniu go Alexander Winokurow. Rzeczywistość okazała się bardziej złożona, bo Morkov wcale nie okazał się gamechangerem. Ostatnim rozprowadzającym Cavendisha na wygranym przez niego 5. etapie Tour de France był jego rywal – Jasper Philipsen, a pozostałe odcinki Brytyjczyk kończył daleko choćby za czołową “10”. 

Mimo wszystko, cel został osiągnięty. Dziś pod hasłem “najwięcej zwycięstw etapowych w Tour de France” kryje się jedno nazwisko: “Cavendish”, a Morkov dołożył do tego swoją olbrzymią cegiełkę. Misja zakończona – można zjeżdżać do bazy. To była naprawdę udana kariera.

Poprzedni artykułFilip Gruszczyński na dłużej w Biesse Carrera
Następny artykułMarek Rutkiewicz o odwołaniu z funkcji dyrektora sportowego: „Dlaczego o wszystkim dowiaduję się z mediów?”
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze
MaciekSatan
MaciekSatan

Super zawodnik!