Zapewniając sobie w niedzielę czwarte zwycięstwo w Vuelta a Espana Primož Roglič na dłuższy czas zapewnił sobie miejsce w historii. Nawet jeśli 35-letni kolarz już nigdy nie sięgnie po kolejne triumfy, śmiało będzie można określać go mianem kolarskiej legendy.
Kropka nad “i”
Różne są definicje “kolarskiej legendy” – tak jak w przypadku wielu podobnych wyrażeń, jest ona bardzo subiektywna i w zasadzie listę tych, którzy na takie miano zasługują można układać na własną modłę tak, że jedynym pewniakiem mógłby okazać się na koniec Eddy Merckx. Rzecz jasna doświadczony Słoweniec (w przeciwieństwie do swojego znacznie młodszego rodaka) kolarzem na poziomie “Kanibala” już nigdy nie będzie, jednak, przynajmniej zdaniem autora tekstu, jeśli nie teraz, to jak już zakończy karierę, będzie można określać go mianem legendy.
Najważniejszą cechą – taką, bez której nie obejdzie się żadna legenda, jest pomnik, rzecz jasna ten trwalszy niż ze spiżu (i nie chodzi tu o taki zrobiony z diamentów). Chodzi oczywiście o zapisanie się w pamięci kibiców, którzy czyjeś wyczyny pamiętają lata po tym, gdy te zostały osiągnięte. Nie musi chodzić tylko o zwycięstwa – bynajmniej nie one sprawiły, że Eddy “Orzeł” Edwards został legendą skoków narciarskich. Legenda musi wyróżniać się z tłumu – najlepiej wynikami, ale może robić to też na inne sposoby.
A Roglič to przecież sportowiec, którego co bardziej zaangażowani kibice mogą kojarzyć jeszcze ze skoczni narciarskich, gdy jako junior zapowiadał się nie gorzej od Kamila Stocha. To kolarz, którego pech przeszedł do legendy wcześniej, niż dokonał tego on sam. Kolarz, którego gigantyczne niepowodzenie jest być może jednym z najważniejszych momentów w historii kolarstwa. I na koniec najważniejsze – gdy tylko nie towarzyszy mu pech, Roglič wygrywa niemal każdy wyścig, w którym występuje. A w niedzielę postawił tylko kropkę nad “i”, wyrównując jeden z najważniejszych kolarskich rekordów – ten dotyczący liczby zwycięstw w Vuelta a Espana, który od dwóch dni dzierży wraz z Roberto Herasem.
Koniec hiszpańskiego bezkrólewia
Vuelta a Espana tym wielkim tourem, w którym o rekord najłatwiej – w dwóch pozostałych, aby dołaczyć do grona rekordzistów potrzebne jest jest pięć zwycięstw. Lista zwycięzców Tour de France i Giro d’Italia pokrywa się też zdecydowanie mocniej, niż któregoś z tych dwóch wyścigów z Vuelta a Espana.
Wszystko dlatego, że przez lata zdecydowanie najlepsi kolarze na świecie pojawiali się w Hiszpanii stosunkowo rzadko (jak na wielki tour). Jacques Anquetil i Bernard Hinault przyjechali tu tylko dwa razy, zaś Eddy Merckx tylko raz. Ba, nawet hiszpański ulubieniec – Miguel Indurain, w czasie swojej wielkotourowej dominacji (lata 1991-95) w Vuelcie wystartował tylko raz. W zależności od okresu, częściej niż kolarze podobnej klasy, wyścig wygrywali albo obcokrajowcy, którzy o podobnych sukcesach w dwóch pozostałych wyścigach mogliby pomarzyć, albo lokalni matadorzy.
Za takiego właśnie lokalnego matadora mógł zresztą uchodzić Roberto Heras. Osiągnięcia Hiszpana za granicą nie oszałamiają. Owszem – przez trzy lata pomagał Lance’owi Armstrongowi wygrywać Tour de France, ale jego indywidualne osiągnięcia w Wielkiej Pętli czy Giro d’Italia podczas sześciu pozostałych sezonów w zawodowym peletonie wyglądają gorzej niż choćby te Bena O’Connora.
Jednak gdy Heras wracał na ojczystą ziemię, jego występy musiały imponować – nawet jeśli za rywali nie miał, z drobnymi wyjątkami, największych gwiazd swoich czasów, a Angela Luisa Casero, Aitora Gonzaleza czy Oscara Sevillę. Niezależnie od obsady – wygranie czterech edycji wielkiego touru, ale też ogromna regularność – ukończenie w czołowej “10” każdego z 9 występów w tej imprezie, zasługuje na uznanie.
Od czasu jego ostatniego zwycięstwa z 2005 roku (które zresztą później mu na jakiś czas odebrano – jak się później okazało, niesłusznie), minęło jednak już blisko 20 lat i Vueltę od tego czasu wygrywali kolejno:
- Alexandre Vinokourov
- Denis Menchov
- Alberto Contador
- Alejandro Valverde
- Vincenzo Nibali
- Christopher Froome
- Chris Horner
- Alberto Contador
- Fabio Aru
- Nairo Quintana
- Simon Yates
Vuelta a Espana stała się wyścigiem zdominowanym przez wielkie, międzynarodowe gwiazdy. Takim, który pisze historię – to tu urodziły się wielkotourowe kariery Chrisa Froome’a oraz Tadeja Pogačara i to tu stoczona została najciekawsza batalia pomiędzy Chrisem Froomem i Alberto Contadorem. Nawet gdy wygrywał nieco mniej renomowany kolarz – np. Chris Horner, to musiał po drodze pokonać będących u szczytu kariery Vincenzo Nibalego i Alejandro Valverde.
Nowy Rominger
To wszystko (z wyjątkiem przytoczonej nieco przy okazji eksplozji talentu Tadeja Pogačara) działo się w tym wyścigu między 2005, a 2018 rokiem. I dziś można powiedzieć, że była to już inna epoka. W tej obecnej, niepodważalnym królem jest Primož Roglič – “Słoweniec, który pokazał, że życie zaczyna się po trzydziestce”. Poniżej podam kilka faktów z artykułu o podobnym tytule, który napisałem jakiś czas temu na temat pewnego kolarza:
- Swoje pierwsze zawodowe zwycięstwo odniósł jako 26-latek, czyli nawet jak na swoje czasy, dosyć późno
- Już przed 30. urodzinami zaczął regularnie wygrywać tygodniówki
- Był kapitalnym czasowcem
- Choć pierwszą Vueltę wygrał mając 31 lat, to po kilku sezonach został rekordzistą pod względem zwycięstw w tym wyścigu
- Zajął drugie miejsce w Tour de France za jednym z najlepszych kolarzy w historii
- Ma na koncie wygrany monument
- Jako 34-latek wygrał Giro d’Italia
Wbrew pozorom, powyższe fakty nie dotyczą Rogliča (tu trzeba byłoby delikatnie skorygować parę szczegółów), a Toniego Romingera – pierwszego kolarza, który trzykrotnie wygrywał Vuelta a Espana. Jednak gdy wiosną 2020 roku pisałem tekst o słynnym Szwajcarze, będąc pod wrażeniem jego długowieczności, nie spodziewałem się, że życie jest już w trakcie pisania do niej remake’u.
Ten, który zawsze wstaje z kolan
Roglič miał bowiem wówczas za sobą zaledwie jedno zwycięstwo w hiszpańskim wyścigu – odniesione zresztą kilka miesięcy wcześniej. Alejandro Valverde, Tadej Pogačar, Nairo Quintana – nazwiska kolarzy, których wtedy pokonał, robią kolosalne wrażenie, nawet gdy weźmie się poprawkę na to, że żaden z nich nie znajdował się wtedy w optymalnym momencie swojej kariery.
Słoweniec, wcześniej mający opinię kolarza, który nawet jeśli załapie się jakimś cudem do czołówki klasyfikacji generalnej wielkiego touru, to słabsza jazda po górach uniemożliwi mu ich wygrywanie, udowodnił tam sceptykom, że się mylili. Czasówka czy etap górski, dłuższy czy krótszy podjazd w końcowce – niezależnie od niemal wszystkiego, Roglič albo zyskiwał, albo przynajmniej nie tracił do swoich rywali. Wyjątki od tej zasady były dwa. Pierwszy na 9. etapie, gdy (nie zgadniecie!) upadł po zderzeniu z motocyklem. Drugi miał miejsce dwa tygodnie później, gdzie wybuch talentu Pogačara i własna słabość sprawiły, że do młodszego rodaka stracił blisko dwie minuty, zaś do pozostałych faworytów “druzgocące” 9 sekund.
To tamta Vuelta rozpoczęła erę “Wielkiego Rogliča”. Nie było już wątpliwości, że wbrew wcześniejszym przypuszczeniom Słoweniec należy do ścisłej czołówki najlepszych górali na świecie. Jednak chyba mało kto spodziewał się wtedy, że zapisze on w historii hiszpańskiego wyścigu tak piękną kartę. I tak, wygrana edycja z 2019 roku była dla niego wyjątkowa, ale wcale nie dlatego, że tylko ją udało mu się wygrać. Po prostu jako jedyna nie wpisała się w schemat, który dało się zaobserwować później.
To właśnie po pandemicznej przerwie Roglič zaczął prowadzić podwójne życie. Równolegle do stałego związku z zawsze mu wierną piękną Hiszpanką, rozpoczął burzliwy romans z jeszcze bardziej atrakcyjną, lecz ostatecznie wiecznie go spławiającą Francuzką. “Pechowiec Primož” – zatytułowałem artykuł, w którym chwilę po zakończeniu Tour de France pokrótce streściłem karierę Słoweńca. Pokrótce, bo zawierał on tylko jedną z dwóch natur kolarza, który niebawem skończy 35 lat. Niemal każdym po rozczarowującym Tour de France przychodzi bowiem czas na kapitalną Vueltę. Wyjątkiem był tylko 2022 rok, gdy Słoweniec w Hiszpanii najpierw przegrywał wyraźnie z Remco Evenepoelem, by później wycofać się z wyścigu po kraksie na ostatniej prostej bardzo udanego dla niego etapu. Jego przygoda z łączeniem Tour de France z Giro d’Italia wygląda więc tak:
- 2020: Tour de France – 2. miejsce, Vuelta a Espana – zwycięstwo
- 2021: Tour de France – DNF, Vuelta a Espana – zwycięstwo
- 2022: Tour de France – DNF, Vuelta a Espana – DNF
- 2024: Tour de France – DNF, Vuelta a Espana – zwycięstwo
Kolarz spełniony
Tegoroczny sukces był dla Rogliča wyjątkowy nie tylko z powodu pobicia rekordu. Udowodnił, to, co było widać już podczas Tour de France. Że choć jego pierwszy start w barwach BORA-hansgrohe tego nie zapowiadał, to odejście z Visma | Lease a Bike nic nie zmieniło. Słoweniec w tygodniówkach błyszczy, zaś w wielkich tourach jest nie do pokonania przez kolarzy spoza “wielkiej czwórki”.
No właśnie – istnienie „wielkiej czwórki”, do której sam się zalicza jest jego olbrzymim problemem. Niestety Jonas Vingegaard, Tadej Pogačar i Remco Evenepoel są od niego młodsi i, jak pokazało ostatnie Tour de France, zdecydowanie lepsi. Może więc nie uda mu się już nigdy wygrać Wielkiej Pętli. Może nie sięgnie po dublet Giro-Vuelta, o który w zeszłym sezonie po sukcesie we Włoszech, w Hiszpanii uczciwą walkę o zwycięstwo utrudniły mu ekipa i opinia publiczna. Może nawet nie wygra piątej Vuelty – ba, ani jednego wyścigu – i tak pozostanie kolarską legendą.
Kilkanaście linijek wyżej pisałem o karierze Rogliča, która mogłaby być remakiem kariery Romingera. Tu należy jednak zaznaczyć, że nie trzyma się on wiernie oryginału – tu jego główny bohater jest jeszcze mocniejszy niż we wcześniejszej wersji. Nie trzy, a cztery wygrane edycje Vuelta a Espana. Jeszcze więcej wygranych tygodniówek i złoty medal igrzysk olimpijskich. A licznik, mimo wszystko, jeszcze bije.










Fajny artykuł ale z jedną rzeczą się nie zgadzam. A mianowicie uważam, że Tadeja Pogačara nigdy nie znajdzie się na podobnym poziomie co Eddyego Merckxa. Co do tych istotniejszych statystyk to Słoweniec może osiągnąć podobnie liczby ale im dalej w las tym okaże się, że liczby Belga są po prostu nie do powtórzenia przez kogokolwiek we współczesnym kolarstwie.
W porządku, po to są komentarze, żeby się nie zgadzać. Ale chyba spróbuję wejść w polemikę. Przede wszystkim, muszę zapytać, o jakie liczby chodzi, bo jeśli chodzi o liczbę zwycięstw, to bardzo możliwe, że faktycznie Tadej Pogačar nigdy tego nie przebije. Gdzieś wyczytałem, że wygrał 450 razy w karierze jako zawodowiec, ale niestety nigdzie nie natrafiłem na pełną listę jego triumfów, więc istnieje szansa, że wliczane są do tej liczby także kryteria. PCS, którego baza może być w przypadku dawnych wyścigów niepełna, podaje „tylko” 279 zwycięstw, jednak nawet ten wynik wydaje się nie do pobicia przez Słoweńca – przez kolejne lata musiałby więcej niż potroić swój dotychczasowy dorobek, choć i tak już teraz wykręca, wydawać by się mogło, kosmiczne liczby.
Tylko że akurat liczba zwycięstw jest moim zdaniem umiarkowanie istotnym wskaźnikiem, bo jest bardzo niemiarodajna. Inne są rangi poszczególnych wyścigów, a poza tym, dzisiejsi kolarze rzadziej startują, niż ci za czasów Merckxa. Dlatego ja wolę oceniać kolarzy po ich osiągnięciach w wyścigach, które i 50 lat temu, i obecnie mają swój bardzo wysoki prestiż: Mistrzostwa Świata, Trzy wielkie toury, pięć monumentów i siedem największych tygodniówek: Tour de Suisse, Tour de Romandie, Paryż-Nicea, Tirreno-Adriatico, Criterium du Dauphine, Volta a Catalunya i Wyścig Dookoła Kraju Basków – z najmniejszym naciskiem na tę ostatnią grupę. Dla mnie jest to o wiele lepszy, choć też nieidealny wyznacznik tego, kto osiągnął więcej.
Tu Pogačarowi również będzie trudno Merckxa przebić, choć… niczego bym nie wykluczał. W zeszłym roku napisałem długi artykuł na temat tego jak wyczyny 25-letniego Pogačara mają się do wyczynów 25-letniego Merckxa i wyszło, że Słoweniec z Belgiem dość wyraźnie przegrywa, ale różnica nie jest wcale nie do odrobienia. Nie wiem, jak będzie to wyglądało po tym sezonie, ale wydaje się, że nieco przyspieszył – zresztą być może zrobię jakąś aktualizację tamtego tekstu, który tutaj podlinkuję (https://naszosie.pl/2023/10/26/czy-pogi-polknie-kanibala-poscig-slowenca-za-legenda/)