Upadki w kolarstwie się zdarzają – nawet największym. Niektórym jednak wyjątkowo często, Primož Roglič jest tego najlepszym przykładem. Słoweniec – słusznie lub niesłusznie uważany jest powszechnie za jednego z największych pechowców w peletonie, a jego kariera to nie tylko pasmo sukcesów, ale również pasmo rozczarowań. Głównie w Tour de France.
Niesamowite, jak do 2020 roku układała się kariera Primoža Rogliča. Owszem, od zawsze był uważany za wielki talent, tylko że w skokach narciarskich, gdzie jako już jako 16-latek wygrał zawody Pucharu Kontynentalnego. W kolarstwo zaczął się bawić dopiero w wyniku kontuzji, której doznał w wieku 23 lat. Niebywałe było to, że w ogóle okazał się wystarczająco dobry, by już po kilku miesiącach zarabiać na życie jako kolarz Adria Mobil. Absurdalne było to, że po trzech latach stał się kolarzem worldtourowego LottoJumboNL. Wręcz niemożliwe do uwierzenia było to, że już w pierwszym sezonie w holenderskiej ekipie wygrał czasówkę na Giro d’Italia.
A jak nazwać to, że po roku stał się kolarzem, którego stać na podium “generalek” najbardziej prestiżowych wyścigów tygodniowych? Jak nazwać to, że w końcu zaczął je wygrywać, tak samo zresztą jak wielkie toury? Jak wreszcie nazwać to, że w 2020 roku niemal cały kolarski świat był właściwie pewny tego, że za moment będzie mógł się cieszyć ze zwycięstwa w Tour de France? Przecież nie było innej opcji. Do wygrania tamtego wyścigu został mu tylko jeden mały kroczek – czasówka zakończona podjazdem pod La Planche des Belles Filles. Owszem, 57 sekund przewagi nad Tadejem Pogačarem, to wcale nie tak dużo, biorąc pod uwagę długość czasówki (37 km) i poziom trudności kończącego ją podjazdu. Ale to był przecież Primož Roglič – najlepszy wspinacz tamtego wyścigu (choćby dwa dni wcześniej pokonał swojego rodaka o 15 sekund na Col de la Loze) i jeden z najlepszych czasowców na świecie – w 2017 roku wicemistrz świata w tej specjalności.
A jednak, nie udało się. Słabszy dzień Rogliča w połączeniu z kolejnym wybuchem talentu Tadeja Pogačara spowodował, że szansa przepadła. Przynajmniej na rok, bo przecież Słoweniec swoją postawą w Tour de France musiał być zbudowany. Niezawodność w górach, którą podczas tamtego wyścigu pokazał po raz pierwszy, w połączeniu z jego kapitalną, co do zasady, jazdą na czas kazała sądzić, że w kilku kolejnych edycjach Tour de France będzie miał kolejne szanse na postawieniu kropki nad „i” swojej niezwykłej kariery. No chyba, że tym razem przeszkodzą mu kraksy, które powoli zaczynały się stawać jego znakiem rozpoznawczym…
Niezniszczalny
Czy Primož Roglič jest w stanie wygrać wielki tour? Tak brzmiała jedna z największych zagadek przed Giro d’Italia 2019. Słoweniec na początku tamtego sezonu był już bowiem jednym z najlepszych wieloetapowców na świecie. Wygrał wszystkie trzy worldtourowe etapówki, w których uczestniczył (UAE Tour, Tirreno-Adriatico i Tour de Romandie). Powszechnie wiadomo jednak, że tygodniówka to nie to samo, co wielki tour, o czym przekonywali się w przeszłości m.in. Michał Kwiatkowski i Jakob Fuglsang.
Nic bardziej mylnego. Słoweniec owszem, był słabszy w górach od najlepszych, ale skutecznie minimalizował straty, doprowadzając ich tym do szału – Jeżeli chce za mną jechać też do mojego domu, pozwolę sobie zrobić ze mną zdjęcie i pokażę mu swoje trofea – ironizował Vincenzo Nibali. To, w połączeniu ze świetnymi występami na trasie czasówek, pozwoliło mu zająć na koniec wyścigu trzecie miejsce. I to mimo tego, że po drodze zaliczył dwa upadki! Pierwszy z nich miał miejsce już podczas pierwszego tygodnia. Na 6. etapie ucierpiał w kraksie, która miała miejsce w peletonie. Jak widać na niżej załączonym obrazku – dość mocno się wtedy poobijał, ale już trzy dni później zdeklasował pozostałych górali na etapie jazdy indywidualnej na czas.

Kolejna kraksa miała miejsce w zdecydowanie gorszym momencie – na jednym z kluczowych etapów, ze znanym z Il Lombardia Civiglio w końcówce. Zaczęło się od problemów Rogliča ze sprzętem. Problemów, które dało się rozwiązać tylko przez wymianę roweru, a tak się składa, że samochód z rowerami na dachu był daleko za czołówką. Dlaczego? Otóż jeden z dyrektorów Jumbo-Visma musiał zatrzymać się “za potrzebą”.
W efekcie Słoweniec musiał skorzystać ze sprzętu Antwana Tolhoeka i na nieswoim rowerze przetrzymać ostatni podjazd oraz ostatni zjazd etapu. Na tym pierwszym – nie był w stanie wytrzymać ataku Vincenzo Nibalego. Na drugim – wywrócił się wskutek szalonej pogoni. Na szczęście szybko się pozbierał. Do grupy, w której jechał w momencie upadku, stracił 15 sekund. Do Nibalego – 30. A późniejsze górskie etapy nie odebrały mu miejsca na podium. Słoweniec mógł być z siebie zadowolony i trudno powiedzieć, by to właśnie upadki odebrały mu szanse na końcowe zwycięstwo.
Zresztą, jeśli takie myśli chodziły mu po głowie, to pewnie bardzo krótko. Już kilka miesięcy później wygrał bowiem Vuelta a Espana, choć i tam nie obyło się bez problemów. Na ostatnim podjeździe 9. etapu… zderzył się z motocyklem. Zupełnie się tym jednak nie przejął. Część rywali, którzy w ten sposób mu odjechali, dogonił i skutecznie zaatakował już tego samego dnia, zaś o pokonanie Pogačara i Quintany zatroszczył się na pozostałych etapach.
Sezon 2019 kończył jako kolarz poobijany, poszlifowany – zapewne z niejedną blizną. Wydaje się jednak, że nie była to wygórowana cena za to, co udało mu się osiągnąć. Najpierw pierwsze podium wielkiego touru, następnie pierwsze zwycięstwo. Primož Roglič był niezniszczalny – po każdym upadku wstawał i był w stanie osiągać swoje cele.
Marzenie zasypane przez upadające rowery
Czasem jednak nawet on musi się poddać. Pół biedy, gdy kończy się tak, jak w 2020 roku. Wtedy prowadząc w “generalce” musiał, w wyniku upadku, wycofać się z Criterium du Dauphine godziny przed ostatnim etapem. Później znów okazywało się, że rany goją się na nim, jak na psie. Wrócił, a podczas kolejnych wyścigów był w życiowej formie. Drugie miejsce w Tour de France i zwycięstwa na trasach Liege-Bastogne-Liege i Vuelta a Espana sprawiły, że to był jego sezon życia. Rok później upadł na trasie Paryż-Nicea, stracił zwycięstwo na rzecz Maximiliana Schachmanna, ale nie zrobił sobie żadnej krzywdy i mógł dalej marzyć o wygraniu Tour de France.
Mógł dalej planować wielki rewanż na Pogačarze za niepowodzenie sprzed kilkunastu miesięcy i nie był bez szans. Pokonał go nawet podczas Wyścigu Dookoła Kraju Basków! Nawet samo Tour de France 2021 rozpoczął od trzeciego miejsca na pierwszym etapie – kilka pozycji przed rodakiem. Co było później? To co zwykle – kolejny upadek. Podobnie jak główny rywal i kilku innych faworytów “generalki” na ostatnich kilometrach 3. etapu wziął udział w kraksie, która miała miejsce z przodu peletonu. Tylko że poobijał się zdecydowanie bardziej niż młodszy rodak. Na początku mówił – Jadę dalej, nie tracę wiary – ale później, w wyniku obrażeń, najpierw musiał oddać rolę lidera Jonasowi Vingegaardowi, a później po prostu wycofać się z wyścigu. Patrząc na to, jak wyglądał chwilę po tamtej kraksie, trudno się dziwić, że miała ona takie konsekwencje.
Roglič and team show sheer extent of injuries after Tour de France crashes https://t.co/GKpGjgp4zp pic.twitter.com/DIOY8vRP4G
— The Cycle Collective (@cyclecollective) June 29, 2021
Niestety, rok później Słoweniec znów przeżył to samo, z tym że było jeszcze gorzej. Tym razem zabójczy okazał się dla niego bruk – peleton przejeżdżał bowiem trasami Paryż-Roubaix aż do Arenbergu. To w połączeniu z jego nieodłącznym przyjacielem-pechem musiało dać jeden efekt – kolejną kraksę. Ta wydarzyła się na 30 km przed metą. – Doznałem przemieszczenia obojczyka. Nie mogłem go natychmiast przywrócić na miejsce, więc potrzebowałem usiąść na krześle kibica i wtedy to zrobiłem – tłumaczył później na mecie, do której dojechał z dużą stratą do pozostałych faworytów.
Niestety – na tym problemy się nie skończyły. Jak się okazało, dolegliwości nie zamykały się na zwichniętym obojczyku. Później pojawiły się m.in. problemy z plecami, które zmusiły Rogliča do tego, by znów wycofać się z wyścigu. Tym razem nie było mowy o pocieszeniu w postaci olimpijskiego złota i zwycięstwa w Vuelta a Espana. Imprezy czterolecia w 2022 nie zorganizowano, zaś do Vuelty Roglič przystąpił tym razem nie w pełni przygotowany – wrócił do treningów dwa tygodnie przed rozpoczęciem wyścigu.
W górach, zwłaszcza na początku, nie potrafił dotrzymać kroku Remco Evenepoelowi. Na szczęście pod koniec drugiego tygodnia zaczął odrabiać czas do Belga. W ciągu dwóch dni jego strata zmalała z 2:41 do 1:34. Co się stało później? Później był dzień przerwy, a po nim etap na którym Słoweniec znów uciekł Belgowi. Tyle że zarobione w ten sposób osiem sekund okupił zderzeniem Fredem Wrightem (który, jak przekonuje Roglič, był winnym kraksy – czy tak było? Oceńcie sami). Znów przedwcześnie wracał do domu.
Powrót demonów
Dopiero poprzedni rok był dla Rogliča wolny od plagi upadków. To był pierwszy sezon, podczas którego 34-letni zawodnik ani razu nie musiał wycofać się z żadnego wyścigu po upadku. Efekty były oszałamiające. Gdy stawał na starcie, niemal zawsze wygrywał. Wygrał nawet Giro d’Italia, gdzie jego pech na moment przypomniał o swoim istnieniu. Na ostatniej czasówce, podczas której zawzięcie walczył o odrobienie strat do Gerainta Thomasa, spadł mu łańcuch. Mimo to – i tak wygrał tamtą czasówkę i cały wyścig, a na Monte Lussari, gdzie doszło do zdarzenia, dziś widnieje tablica upamiętniająca ten wyczyn. Jego passa zakończyła się dopiero we wrześniu, gdy zakończył Vuelta a Espana na trzecim miejscu, przegrywając tylko ze swoimi zespołowymi kolegami. Sezon zakończył odpowiednio 1., 4. i 3. miejscem we włoskich klasykach.
Niestety, wygląda na to, że Słoweniec wyczerpał wówczas swój wyjątkowo skromny limit szczęścia, a nawet zaciągnął spory dług, który musi spłacać w tym sezonie. Najpierw był upadek na Itzulia Basque Country, który utrudnił mu przygotowania do Tour de France. Teraz zaś, gdy po kilku pierwszych, nieco słabszych etapach, zaczął wreszcie wyglądać, jak na przedstawiciela pierwszej czwórki przystało, znów przyszedł czas na wywrotki. W środę była jedna, w czwartek druga i Słoweniec znów kończy Tour de France przed najważniejszymi etapami.
Podsumujmy – od czasu pamiętnej porażki na La Planche des Belles Filles z 2020 roku, Roglič trzykrotnie wracał na trasę Tour de France, żeby odbić sobie tamto rozczarowanie. I za każdym razem musiał wycofywać się z wyścigu, nim peleton wkroczył w trzeci tydzień rywalizacji. Owszem, wielu z tych upadków – nawet tego ostatniego, być może dałoby się uniknąć, gdyby nie techniczne braki Rogliča. Ani w Planicy, ani w Kranju, nikt nie uczył małego Primoža, jak odnaleźć się w peletonie i dziś widzimy tego skutki. Owszem, słowo “pech” było w tym tekście celowo nadużywane, bo być może to, co dzieje się Słoweńcowi to nie jest kwestia braku szczęścia. Jednak nie mam żadnych wątpliwości, że te upadki, których ofiarą tak często pada, sprawią, że po zakończeniu kariery stanie się on (a może już teraz jest?), podobnie jak Luis Ocana i Giovanni Battaglin synonimem kolarskiego pechowca.










Fenomen bo zaczal się ścigać na poważnie w wieku 25 lat, a po 9 ma 80 wygranych!
Ten pech wynika moim zdaniem z braku nawyków do jazdy w grupie od juniora albo wcześniej. Po prostu nie dorastał na rowerze jak Bernal, Pogacar, MvDP, którzy od małego jeździli na MTB i na wyścigach licho ich nie bierze.
To nie jest pech, tylko, jak to się u nas mówi, nie umie jeździć na rowerze. I nic w tym w sumie dziwnego, skoro uprawiał sporty zimowe w młodości.