fot. Szymon Gruchalski / Tour de Pologne

Stanisław Aniołkowski zakończył tegoroczny Tour de Pologne nieco rozczarowany. Znów udowodnił jednak, że należy do sprinterskiej czołówki, a wiele wskazuje na to, że za rok będzie miał okazję to udowodnić podczas Tour de France.

Krakowskie rozczarowanie

Nietęgą minę miał najlepszy polski sprinter po zakończeniu ostatniego etapu tegorocznego Tour de Pologne. Cele były ambitne – Podium etapowe to już będzie dla mnie duży sukces, ale liczę na zwycięstwo etapowe – zapowiadał przed wyścigem, jednak oba zadania go przerosły. W Prudniku można było jeszcze mówić o dużym pechu – 6. miejsce pomimo drobnego starcia z Timem Merlierem w końcówce było naprawdę niezłym wynikiem. W Katowicach “Aniołek” był 8., zaś w Krakowie, choć długo wszystko wyglądało wzorowo, skończyło się na dopiero 13. pozycji.

– Może wyszliśmy z drużyną troszkę za wcześnie do przodu. Usiadłem wtedy za zawodnikami Tudora, byłem za Alberto Dainese. On ruszył, chciałem go jeszcze trochę wyczekać i dopiero wtedy wystartować, ale niestety nakryto nas z tyłu. Nic już wtedy nie mogłem zrobić. W zasadzie nawet nie zafiniszowałem i bardzo żałuję, bo pozycja do tego była w pewnym momencie bardzo dogodna. Chyba po prostu znów za długo czekałem. Kończę wyścig bez podium, a to było moim celem.

– mówił wyraźnie rozczarowany tym, co się wydarzyło w ciągu minionego tygodnia. A następnie dodał:

– Chyba muszę sobie wziąć marker i napisać na kierownicy: “Spróbuj wcześniej”, bo to była kolejna taka sytuacja, że ruszyłem za późno i w efekcie rywale mnie naszli. Na poprzednich etapach działo się to samo. Musimy znaleźć źródło problemu, bo to zaczyna być irytujące.

“Aniołek” po swoich świetnych występach na trasach Tirreno-Adriatico, UAE Tour i Giro d’Italia rzeczywiście miał prawo liczyć na to, że Tour de Pologne czeka go kolejny występ, który wzniesie go w hierarchii sprinterskiej na jeszcze wyższy poziom. To się nie udało, jednak obiektywnie patrząc na jego wyniki – nie było źle.

Sprinter, na którego można liczyć

Na trzy etapy, dwa zakończył w czołowej “10” – raz był szósty, a raz ósmy. To niezłe rezultaty tym bardziej, że jak sam Aniołkowski przyznawał tutaj w Polsce, wcale nie było łatwiej o dobre wyniki, niż kilka miesięcy temu we Włoszech.

– Skala trudności jest podobna. Na Giro jest trochę więcej okazji, więc ryzykuje się trochę mniej, niż tutaj. W Polsce, skoro szanse są tylko trzy, to każdy próbuje włożyć koło tam, gdzie nie zawsze jest miejsce. To dlatego na finiszach dochodziło do kraks. W Giro było spokojniej. Tam można było podejść na zasadzie „Nie udało się dziś, to może uda się jutro” – w końcu mieliśmy aż 8 szans. To jest ta główna różnica, bo stawka jest podobna.

– powiedział.

Trudno odmówić mu słuszności. Być może do Polski nie przyjechali wszyscy ci, którzy we Włoszech walczyli o najwyższe lokaty – zabrakło przede wszystkim Jonathana Milana, Kadena Grovesa i Biniama Girmaya, ale zamiast nich przyjechało kilku innych kapitalnych zawodników z Jordim Meeusem, Samem Bennettem i Madsem Pedersenem na czele.

Owszem, można uznać, że to nie wystarczy, że wyścig był obsadzony gorzej, niż Giro d’Italia. Wciąż oznaczało to jednak bardzo dobrą obsadę ze świetnie dysponowanymi Timem Merlierem i Olavem Kooijem na liście startowej, którzy wybrali start w Polsce zamiast Vuelta a Espana.

Te występy Aniołkowskiego są zatem kolejnym dowodem na to, że dołączył do ścisłej sprinterskiej czołówki. Owszem, nie jest jeszcze głównym faworytem w starciach z najlepszymi, ale jest gotów na to, by rywalizować z nimi na równych zasadach i niekiedy  nawet ich pokonywać.

Rosnąca pozycja

Zdecydowanie inna była jego pozycja, gdy dołączał do Cofidisu. Gdy kilka miesięcy wcześniej osiągnął w Polsce wyniki bardzo podobne do tegorocznych mówiliśmy raczej o pozytywnym zaskoczeniu niż rozczarowaniu. Skoro teraz rola, którą odgrywa w światowym peletonie jest większa, a jemu samemu kończy się kontrakt, to nic dziwnego, że znaleźli się kolejni chętni na jego usługi. On jednak uznał, że najlepiej dla niego będzie pozostać w Cofidisie jeszcze na 3 lata.

– Były oferty, ale wybrałem tę najlepszą dla siebie. Mogłem zostać jednym z najlepszych rozprowadzających, albo sprinterem, który walczy dla siebie. Po takim sezonie jak ten, gdy widzisz, że się rozwijasz i dorównujesz najlepszym naturalnym jest, że chcesz próbować dalej. Cofidis daje mi taką możliwość, wierzy we mnie, stawiają na mnie i dlatego chcę tu zostać.

– mówił nieco ogólnie, ale niedługo później przeszedł do szczegółów, które muszą nas nastrajać bardzo optymistycznie.

Jeszcze w maju, podczas Giro d’Italia narzekaliśmy nieco na to, że “Aniołek”, choć tak mocny, nie dostaje od swojej ekipy odpowiedniego wsparcia. Nawet jeśli jego koledzy pracowali we wcześniejszych fazach wyścigu, to gdy przychodziły te decydujące – ich już nie było. To ma się zmienić – już teraz się zmienia, co można było zaobserwować w także Polsce, a zwłaszcza w Krakowie.

– Na Tour de Pologne przyjechaliśmy z Alexisem Renardem, który jest głównym rozprowadzającym Bryana Coquarda. To bardzo dobry zawodnik. Docieraliśmy się i już były momenty, gdzie fajnie to wyglądało. Teraz tylko liczę na to, że na kolejnych wyścigach również się spotkamy i będzie jeszcze lepiej. 

– Ekipa już teraz dokonała kilku wzmocnień. Generalnie będziemy dążyć do tego, aby zrobić fajny lead-out. Może nie 6-7 kolarzy, ale 3-4 Takich, którzy są gotowi, żeby na takich finiszach, jak ten, w Krakowie, zaryzykować.

– mówił, jednak nie była to wcale najmocniejsza deklaracja z jego strony.

– Na przyszły rok są duże plany i, jeśli dalej będę tak dobrze wyglądał, to w przyszłym sezonie dostanę szansę rywalizacji w jednym z największych wyścigów na świecie.

– usłyszałem wraz z innymi dziennikarzami zgromadzonymi w krakowskiej mixed zonie, a gdy dopytałem, czy chodzi o wielki tour, odpowiedź Aniołkowskiego była krótka. Brzmiała: 

– Tak.

I choć wielkie toury są trzy, to biorąc pod uwagę kontekst, chodzić może tylko o jeden wyścig. Nie, sprinter nie mówi takim tonem o “wielkich planach”, gdy po raz drugi z rzędu ma pojechać na Giro d’Italia. Nie mówi tak też, gdy planuje debiut w Vuelcie, od której niektórzy, sprinterzy woleli start w Tour de Pologne, o czym pisaliśmy już nieco wyżej. Musi chodzić o Tour de France.

Spełnienie marzeń, o których mówił Aniołkowski już podczas podpisywania kontraktu, jest zatem na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko (albo aż) utrzymać dobrą formę z poprzednich miesięcy tego sezonu i sprawić, by plany dyrektorów ekipy na kolejne 12 miesięcy nie uległy zmianie. Jeśli tak się rzeczywiście stanie, kolejna edycja Wielkiej Pętli będzie dla polskich fanów wyjątkowo emocjonująca.

Plany Stanisława Aniołkowskiego na końcówkę sezonu

  • Cyclassics Hamburg
  • Mistrzostwa Europy
  • Belgijskie i francuskie klasyki
Poprzedni artykułVuelta a España 2024: Primož Roglič wskakuje w czerwień! Wczesna radość Lennerta Van Eetvelta
Następny artykułVuelta a España 2024: Wypowiedzi po czwartym etapie
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Rafi
Rafi

Staszek nie przejmuj się jesteś dobrym sprinterem. Śledzę Ciebie od dłuższego czasu i ciągle trzymam kciuki. Masz jaja i wierzę że nadejdzie ten dzień gdzie podniesiesz ręce w geście trimfu 🔥

Alek
Alek

Trochę jak u Kasi, potrzeba trochę szczęścia i poukładania kilku rzeczy, głównie dojazdu do sprintu i będzie dobrze, bo widać, że szybkość jest. Jeszcze będziemy się cieszyć z wielkich rzeczy 😉

reko
reko

oby nie było tylko jak Sajnokiem gdzie jakoś gaz uleciał