Choć Jonas Vingegaard nie włączył się dziś na poważnie w walkę o zwycięstwo etapowe, to odniósł swój mały sukces – udało mu się utrzymać koszulkę lidera.
Gorzko-słodkie wspomnienia
Jonas Vingegaard nie startuje w Polsce po raz pierwszy – wcześniej widzieliśmy go u nas aż dwa razy. W 2020 roku zajął w “generalce” niezłe, 8. miejsce, przegrywając m.in. z Kamilem Małeckim. Jednak zdecydowanie bardziej pamiętny był jego występ rok wcześniej. To właśnie tam po raz pierwszy pokazał się wielkiemu kolarskiemu światu. Jednak nic dziwnego, że kiedy zapytałem go o tamten wyścig, rozpoczął od innego wydarzenia.
– Mam z tamtego wyścigu dobre i złe wspomnienia. Najgorsze było to związane ze śmiercią Bjorga Lambrechta. To była koszmarna informacja – odpowiedział, wspominając piekielnie utalentowanego Belga, którego życie przedwcześnie zakończyło się na 3. etapie tamtego wyścigu. Choć w obliczu takiej tragedii, ściganie schodzi na dalszy plan, to jednak wyścig, choć pogrążony w żałobie, toczył się dalej. I już trzy dni później w Kościelisku Vingegaard zgarnął etapowe zwycięstwo – swoje pierwsze w zawodowej karierze.
Byłem niesamowicie zaskoczony tym, co wtedy zrobiłem. To przyszło… trochę znikąd – zupełnie się tego nie spodziewałem. Pamiętam, że byli tam ze mną Jai Hindley i Pavel Sivakow, stoczyliśmy walkę na finiszu, ja ją wygrałem i założyłem żółtą koszulkę.
– wspomina swój moment chwały, po którym przyszedł kolejny moment smutku – oczywiście nieporównywalnie mniejszego niż tego związanego ze śmiercią kolegi. Jonas Vingegaard wyjechał na trasę ostatniego etapu jako świeżo upieczony lider. I choć jego trasa nie była dużo trudniejsza niż dzień wcześniej, to jemu nagle odcięło prąd i spadł w “generalce” na 26. miejsce.
– Bardzo żałuję, że nie udało mi się wtedy utrzymać tamtej koszulki. To był pierwszy raz, kiedy zostałem liderem jakiegokolwiek wyścigu elity. To była ogromna presja. Po prostu sobie z nią nie poradziłem. Teraz to już całkowicie inna historia…
– tłumaczy po latach.
On wrócił. O wiele mocniejszy!
Dziś Vingegaard jest wielką gwiazdą, która do Polski przyjeżdża w zupełnie innych okolicznościach. O tym, jak wiele się zmieniło, niech świadczy najlepiej fakt, że liderem Jumbo-Visma na klasyfikację generalną był wówczas… Antwan Tolhoek, który zmagania zakończył na 13. miejscu. Dziś Visma-Lease a Bike liderów ma od groma. Od piekielnie utalentowanego Ciana Uijtdebroeksa, przez rewelacyjnego w tym roku Matteo Jorgensona do najbardziej utytułowanego w tym gronie Jonasa Vingegaarda. A przecież warto pamiętać o mającym na razie słabszy rok Seppie Kussie.
Visma-Lease a Bike to jednak również znakomici pomocnicy, o czym rywale mogli przekonać się również dziś. Choć w drugiej części etapu doszło do ataku mocnej 10-osobowej grupki z Pello Bilbao i Hugo Houle na czele, to nie było momentu, w którym sytuacja wymknęłaby się kolarzom w żółtych koszulkach z rąk.
– To był trudny i bardzo gorący dzień. Mogłem dziś liczyć na świetną formę swoich kolegów z zespołu. Przez cały czas mieli wszystko pod kontrolą. Cały czas byli pod presją, musieli uważać na bardzo groźną ucieczkę i udało im się to bardzo dobrze. Na szczęście mieli nogi, by wykonać swoje zadanie i jestem im za to bardzo wdzięczny – zresztą dobrą pracę wykonali też kolarze EF Education-EasyPost
– opowiadał Jonas Vingegaard, który po spacyfikowaniu ucieczki… sam zdecydował się na atak – Właściwie to chciałem sprawdzić nogi – swoje i rywali. Czułem się dziś dobrze, a z dnia na dzień jest coraz lepiej – mówił w mixed zonie. Miał powody zadowolenia. W końcu, jak sam stwierdził: – Najważniejsze, że utrzymałem koszulkę. To już jest lepszy wynik, niż pięć lat temu.
Z Dusznik-Zdroju Bartek Kozyra









