fot. Szymon Gruchalski Tour de Pologne

Choć Jonas Vingegaard nie włączył się dziś na poważnie w walkę o zwycięstwo etapowe, to odniósł swój mały sukces – udało mu się utrzymać koszulkę lidera.

Gorzko-słodkie wspomnienia

Jonas Vingegaard nie startuje w Polsce po raz pierwszy – wcześniej widzieliśmy go u nas aż dwa razy. W 2020 roku zajął w “generalce” niezłe, 8. miejsce, przegrywając m.in. z Kamilem Małeckim. Jednak zdecydowanie bardziej pamiętny był jego występ rok wcześniej. To właśnie tam po raz pierwszy pokazał się wielkiemu kolarskiemu światu. Jednak nic dziwnego, że kiedy zapytałem go o tamten wyścig, rozpoczął od innego wydarzenia.

– Mam z tamtego wyścigu dobre i złe wspomnienia. Najgorsze było to związane ze śmiercią Bjorga Lambrechta. To była koszmarna informacja – odpowiedział, wspominając piekielnie utalentowanego Belga, którego życie przedwcześnie zakończyło się na 3. etapie tamtego wyścigu. Choć w obliczu takiej tragedii, ściganie schodzi na dalszy plan, to jednak wyścig, choć pogrążony w żałobie, toczył się dalej. I już trzy dni później w Kościelisku Vingegaard zgarnął etapowe zwycięstwo – swoje pierwsze w zawodowej karierze.

Byłem niesamowicie zaskoczony tym, co wtedy zrobiłem. To przyszło… trochę znikąd – zupełnie się tego nie spodziewałem. Pamiętam, że byli tam ze mną Jai Hindley i Pavel Sivakow, stoczyliśmy walkę na finiszu, ja ją wygrałem i założyłem żółtą koszulkę.

– wspomina swój moment chwały, po którym przyszedł kolejny moment smutku – oczywiście nieporównywalnie mniejszego niż tego związanego ze śmiercią kolegi. Jonas Vingegaard wyjechał na trasę ostatniego etapu jako świeżo upieczony lider. I choć jego trasa nie była dużo trudniejsza niż dzień wcześniej, to jemu nagle odcięło prąd i spadł w “generalce” na 26. miejsce. 

–  Bardzo żałuję, że nie udało mi się wtedy utrzymać tamtej koszulki. To był pierwszy raz, kiedy zostałem liderem jakiegokolwiek wyścigu elity. To była ogromna presja. Po prostu sobie z nią nie poradziłem. Teraz to już całkowicie inna historia…

– tłumaczy po latach.

On wrócił. O wiele mocniejszy!

Dziś Vingegaard jest wielką gwiazdą, która do Polski przyjeżdża w zupełnie innych okolicznościach. O tym, jak wiele się zmieniło, niech świadczy najlepiej fakt, że liderem Jumbo-Visma na klasyfikację generalną był wówczas… Antwan Tolhoek, który zmagania zakończył na 13. miejscu. Dziś Visma-Lease a Bike liderów ma od groma. Od piekielnie utalentowanego Ciana Uijtdebroeksa, przez rewelacyjnego w tym roku Matteo Jorgensona do najbardziej utytułowanego w tym gronie Jonasa Vingegaarda. A przecież warto pamiętać o mającym na razie słabszy rok Seppie Kussie.

Visma-Lease a Bike to jednak również znakomici pomocnicy, o czym rywale mogli przekonać się również dziś. Choć w drugiej części etapu doszło do ataku mocnej 10-osobowej grupki z Pello Bilbao i Hugo Houle na czele, to nie było momentu, w którym sytuacja wymknęłaby się kolarzom w żółtych koszulkach z rąk.

To był trudny i bardzo gorący dzień. Mogłem dziś liczyć na świetną formę swoich kolegów z zespołu. Przez cały czas mieli wszystko pod kontrolą. Cały czas byli pod presją, musieli uważać na bardzo groźną ucieczkę i udało im się to bardzo dobrze. Na szczęście mieli nogi, by wykonać swoje zadanie i jestem im za to bardzo wdzięczny – zresztą dobrą pracę wykonali też kolarze EF Education-EasyPost

– opowiadał Jonas Vingegaard, który po spacyfikowaniu ucieczki… sam zdecydował się na atak – Właściwie to chciałem sprawdzić nogi – swoje i rywali. Czułem się dziś dobrze, a z dnia na dzień jest coraz lepiej – mówił w mixed zonie. Miał powody zadowolenia. W końcu, jak sam stwierdził: – Najważniejsze, że utrzymałem koszulkę. To już jest lepszy wynik, niż pięć lat temu.

Z Dusznik-Zdroju Bartek Kozyra

 

Poprzedni artykułKatarzyna Niewiadoma: „Przed finiszem wiedziałam, że nie jestem najszybsza”
Następny artykułJuż tylko tydzień do międzynarodowego wyścig Tour Bitwa Warszawska 2024
Bartek Kozyra
Magister politologii, ale bardziej niż polityka pasjonuje go sport. Trenował kolarstwo w Krakusie Swoszowice i biegi średnie w Wawelu Kraków, ale ulubionego sportowego wspomnienia dorobił się startując na 60 metrów w Brzeszczach. W 2017 roku na oczach biegnącej chwilę wcześniej Ewy Swobody wystartował sekundę po wystrzale startera, gdy rywale byli daleko z przodu. W pisaniu refleks również nie jest jego mocną stroną, ale stara się nadrabiać jakością. W liceum wygrał finał międzyklasowego turnieju z drużyną Kacpra Krawczyka.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze