fot. Michał Kapusta / Natorze.pl

Daria i Wiktoria Pikulik reprezentowały Polskę w torowym madisonie na igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Polki regularnie zdobywały punkty na finiszach, a ich dorobek wystarczył na 7. miejsce. Zawodniczki nie są zadowolone z wyniku, a jeszcze mniej ze wsparcia Polskiego Związku Kolarskiego. − Nie mamy wsparcia, na jakie zasługujemy − mówiła Daria Pikulik w rozmowie z Naszosie.pl.

Rywalizację na welodromie w Saint-Quentin-en-Yvelines otworzyły wczoraj zawodniczki średniodystansowe, które stanęły na starcie madisona. Rozgrywany w bardzo wysokim tempie wyścig był bardzo zacięty, a o końcowym zwycięstwie zadecydowało nadrobienie okrążenia. 20 punktów za zdublowanie stawki otrzymały późniejsze triumfatorki, Włoszki, a także Holenderki, które uplasowały się na 3. pozycji.

− Uważam, że początek był bardzo słaby. Ja źle wystartowałam, troszeczkę spanikowałam. Środek i koniec był dobry w naszym wykonaniu, ale zabrakło takiej wiary, żeby odjechać. Jak widać, niektóre dziewczyny odjechały, Włoszki zdobyły tak złoty medal i po prostu zabrakło takiej wiary, że możemy zrobić tego dubla. Za bardzo patrzyłyśmy na finisze, ale i tak uważam, że mimo wszystko jesteśmy w czołówce. Wynik nas jednak nie zadowala. Pierwsza część wyścigu była bardzo szybka. Finisze były super szybkie. Później niektóre nacje stanęły, ale nas też ten początek sporo kosztował. Na pewno był to najszybszy wyścig, jak co igrzyska. Poziom jest bardzo wysoki, porównując do innych wyścigów, ale tego się spodziewałyśmy. Też byłyśmy najszybsze w naszej karierze

− mówiła Wiktoria Pikulik.

− Tempo było bardzo wysokie. Średnia 55 km/h, to mówi samo za siebie. Myślę, że był to najszybszy wyścig, jaki przejechałyśmy w życiu w madisonie. Nie pojechałyśmy za żadnym odjazdem, skupiałyśmy się za bardzo na finiszach. Można by tu mówić wiele, ale ja czuję się wyjechana na maxa, dałam z siebie 100% na torze. Fajnie, że nasi rodzice są na torze i nam kibicowali, więc dziękujemy wszystkim, którzy nas wspierali i w nas wierzyli. Proszę, żeby ktoś w końcu zareagował i zrobił coś dla nas kolarzy, żeby było lepiej i żebyśmy w końcu wrócili z tym upragnionym medalem olimpijskim, na który nas stać, ale nie mamy po prostu wsparcia i perspektyw

− dodała Daria Pikulik.

Wieloletnia reprezentantka Polski, mająca na swoim koncie między innymi medal mistrzostw świata w torowym omnium, w mocnych słowach odniosła się do sytuacji kolarzy i kolarek torowych. Daria Pikulik opisała problemy, z którymi zawodniczki musiały mierzyć się w trakcie przygotowań do najważniejszej imprezy czterolecia.

− Nie możemy być zadowolone z tego wyniku, bo jesteśmy ambitnymi zawodniczkami i od kilkunastu lat walczymy dla Polski. Walczymy z naszymi niedziałaczami i z tym, że nie mamy warunków, jakie powinnyśmy mieć, bo kręcimy się w czołówce. Na mistrzostwach świata i Europy byłyśmy czwarte, cały czas byłyśmy w top5. W lutym musiałyśmy same zapłacić za zgrupowanie, do kwietnia nie miałyśmy sprzętu, żadnej informacji odnośnie szkolenia. Wyjazd do Milton na kwalifikacje olimpijskie był pod znakiem zapytania. Fakt, że przyjeżdżamy tutaj bez żadnej pomocy ze strony związku i jeszcze dzień przed startem nie miałyśmy kombinezonów

− opisywała Polka.

− Jest to przykre, ale możemy powiedzieć, że dałyśmy z siebie 100%, zrobiłyśmy właściwe przygotowania i możemy być dumne z naszych trenerów − trenerowi kadrowemu Grzesiowi Ratajczykowi i trenerowi personalnemu Sylwestrowi Szmydowi, że od lat nas wierzy i nam pomaga. Wykonaliśmy bardzo dużą pracę, ale niestety niektórych rzeczy nie możesz ominąć i mam nadzieję, że w końcu coś się zmieni, bo to nie jest nasza wina. Mamy zawodników, mamy talenty, ale nie mamy po prostu wsparcia, które powinniśmy otrzymać. Stajesz na starcie i od początku czujesz się przegrany, bo nikt w ciebie nie wierzy, nie masz warunków, na jakie zasługujesz, więc szczerze mówiąc mam już dość. Bardzo się cieszę, że zaraz będziemy po tych igrzyskach, bo nie mamy wsparcia, na jakie zasługujemy, a robimy wszystko, żeby się przygotować

− dodała Daria Pikulik.

Po swoim występie we wczorajszym madisonie reprezentantki Polski znalazły jednak plusy.  Doceniały atmosferę na podparyskim torze, a także dziękowały za wsparcie swoim najbliższym, w tym rodzicom, którzy dopingowali je z trybun.

− Atmosfera była świetna, jest lepsza niż w Tokio, bo tam było ciszej, covid, mniej ludzi. Też było daleko od wioski, więc tutaj było słychać, że jest naprawdę dużo ludzi

− przyznała Wiktoria Pikulik.

− Mamy ekipę szosową, która daje nam wszystko. Ja wygrywam na szosie i uważam, że jestem jedną z lepszych sprinterek na świecie, jednak tutaj po prostu, jak widać, nie mamy warunków, żeby prezentować się z tej najlepszej strony. Jesteśmy dumne z naszych trenerów, sztabu, dziękujemy naszej rodzinie, chłopakom i wydaje mi się, że wrócimy jeszcze na igrzyska w Los Angeles, może w końcu z medalem

− dodała Daria Pikulik. Możemy tylko mieć nadzieję, że jej zapowiedź się spełni i za cztery lata − w lepszej atmosferze dookoła polskiego kolarstwa − zobaczymy nasze reprezentantki na olimpijskim podium.

Z welodromu w Saint-Quentin-en-Yvelines dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk

Poprzedni artykułTour de France Femmes 2024: Fani kradną oznakowanie trasy. „Na pamiątkę”
Następny artykułTour de France Femmes 2024: Lista startowa wyścigu
Kacper Krawczyk
Szukam ciekawych historii w wyścigach, które większość uważa za nieciekawe.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze