fot. UCI

Na igrzyskach olimpijskich wszystko robi się w biegu. Chcąc poczuć się jak koledzy z ogólnosportowych redakcji, przeskakujący z areny na arenę, zafundowałem sobie w niedzielę wyścig z czasem, mimo że szosowa czasówka odbyła się w ubiegłą sobotę. Wszystko po to, by zobaczyć tę mityczną „ścianę hałasu” na wzgórzu Montmartre. Było warto.

Wybierając się na wycieczkę z finałów tenisa stołowego na wzgórze Montmartre, by tak naprawdę poczuć atmosferę olimpijskiego wyścigu, wiedziałem, że wiąże się to z ryzykiem przegapienia końcówki, a w najgorszym przypadku wywiadów z zawodniczkami. Biorąc jednak przykład z późniejszej mistrzyni olimpijskiej Kristen Faulkner − przeanalizowałem ryzyko, ewentualną nagrodę i uznałem, że warto zobaczyć to, o czym tak żywiołowo opowiadali wczoraj kolarze.

Zamarzyło mi się zostać częścią „ściany hałasu”. Podczas przejażdżki metrem nie trzeba było się specjalnie wysilać, by dostrzec, że na ekranach wielu telefonów odpalona jest transmisja z wyścigu elity kobiet. W tłumie udało mi się nawet usłyszeć zdanie w rodzimym języku: „Patrz, [tu imię] jest na tych kolarkach. To ta Kasia Niewiadoma”. Wspominane małżeństwo na wyścig raczej się nie wybierało, bowiem po chwili opuściło wagon metra na jednej z wcześniejszych stacji.

Destynacją kolarskich kibiców było natomiast Abesses. Tam czekała na nas niespodziewana wspinaczka po schodach, ale cóż, w końcu miało być ciężko. Wychodząc z metra dało się dostrzec setki ludzi zmierzających w stronę osławionej już Rue Lepic. Część wciąż korzystała z uroków tamtejszych kawiarenek, ale tysiące osób było już ustawionych przy trasie.

My przycupnęliśmy na zakręcie przy lokalu Le Pain Quotidien, którego szyby ozdobione były − jak by inaczej − wizerunkiem kolarza. Francja żyje tą dyscypliną, chociaż patrząc na flagi i słuchając okrzyki kibiców, Trójkolorowi wcale nie dominowali przy trasie. Dało odczuć się nawet przewagę Holendrów, którzy liczyli na złoto jednej ze swoich reprezentantek.

Rodacy głównych faworytek do zwycięstwa mieli jednak swoje typy. W rozmowie z sympatyczną holenderską rodziną padły dwa nazwiska − Demi Vollering, którą typował młody chłopak, i Marianne Vos. Jak powiedział jego ojciec: „za wszystkie lata wspaniałej kariery”.

Kilkadziesiąt minut później, z ekscytacją w głosie, poinformował, że Marta Lach jedzie w ucieczce właśnie z Marianne Vos. Niedługo później do okrzyków kibiców dołączyły także policyjne syreny i melodia samochodowych klaksonów, co oznaczało, że kolarki zbliżają się na Montmartre. Gdy wychyliły się zza zakrętu w okolicach Placu Pigalle, tłum oszalał i, jak najgłośniej mógł, wspierał swoje zawodniczki. Kolarkom cierpiącym na brukowanym podjeździe zapewne niełatwo było wyłapać swoje imię i słowa wykrzykiwane w ojczystym języku, ale nie sądzę, by było to większym problemem. Wrzawa niosła każdą zawodniczkę.

Będąc w centrum wydarzeń, ciężko byłoby mi nie podzielić tego zachwytu. Szczególnie, że cała scena rywalizacji na Montmartre miała też swoje smaczki, jak ludzie spokojnie sączący zimne piwo w przybocznej kawiarni, podczas gdy dwa metry od nich tłum szaleje na widok pędzących kolarek, czy szczęśliwi mieszkańcy kamienic, wychylający się ze swoich okien z trójkolorowymi flagami.

Widokami i atmosferą na Rue Lepic można było zachwycać się w nieskończoność, jednak nie było na to czasu. Zafascynowany klimatem paryskiego wzgórza zostałem na nim jeszcze na drugi przejazd, jak gdyby zapominając o konieczności kierowania się na Plac Trocadero.

Gdy zobaczyłem kolarki po raz drugi, do mety pozostało 30 kilometrów. Ja miałem natomiast 23 minuty spaceru połączonego z krótką przejażdżką metrem. Dotarcie do niego było jednak nie lada wyzwaniem − najpierw szybki trucht w dół Rue Lepic po zatłoczonym chodniku, potem o dziwo skuteczne negocjacje z ochroniarzem, by przepuścił mnie przez szosę przy kultowym Moulin Rouge, gdzie do kibicowania już ustawiały się tancerki.

Jedyne otwarte wejście do metra udało się odnaleźć dosyć szybko, i gdy zszedłem pod ziemię, zobaczyłem, że metro numer 9 ma odjechać za 5 minut. Nie było to optymalne rozwiązanie, ale czas wciąż był po mojej stronie. W takich sytuacjach każda minuta dłuży się jak godzina, ale w tym konkretnym przypadku minuta rzeczywiście nie trwała 60 sekund. 5 minut wyświetlało się na ekranie o 17.49, a równo o 18.00 cyfra zmniejszyła się do 3.

Pociąg w końcu nadjechał, na co grupka Trójkolorowych fanów, którzy starali się wykonać podobny manewr do mojego, zareagowała gromkimi brawami. Dalsza część podróży przebiegła już zgodnie z planem, ale na metę dotarłem chwilę po Katarzynie Niewiadomej. Nie dane było mi zobaczyć emocjonującego finiszu o srebrny medal, ale wyprawa na Montmartre była tego warta. Doświadczenie „ściany hałasu” było czymś niezwykłym i aż ciężko sobie wyobrazić emocje, które w ciągu przejazdów przez Rue Lepic doświadczali kolarze i kolarki. Szczególnie ci nie walczący o najwyższe miejsca − paradoksalnie to ich przejazdom towarzyszył największy hałas.

Z Paryża dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk

Poprzedni artykułVuelta a Burgos 2024: Caleb Ewan wygrywa wymagający finisz
Następny artykułArctic Race of Norway 2024: Emocjonalna wygrana Kamiela Bonneu
Kacper Krawczyk
Szukam ciekawych historii w wyścigach, które większość uważa za nieciekawe.
guest
0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze