Po krótkiej przerwie od startów polskich kolarzy i kolarek na igrzyskach olimpijskich, nadszedł czas na szosowe wyścigi ze startu wspólnego. Analizując dotychczasowe występy, w oczy rzuca się jedno − pech nie opuszcza Biało-Czerwonych.
Dla wielu wyścigi ze startu wspólnego na igrzyskach olimpijskich są najważniejszą konkurencją całej imprezy. W tym roku musieliśmy na nie czekać aż do półmetka zmagań, jednak było warto. Ekscytująca trasa w połączeniu z olimpijską nieprzewidywalnością zagwarantuje nam sporą dawkę wielkich emocji.
Kolarską atmosferę igrzysk mogliśmy jednak poczuć już tydzień temu, gdy szosowcy rywalizowali w indywidualnej jeździe na czas, a specjaliści od kolarstwa górskiego walczyli w Colline d’Elancourt. W każdej konkurencji mieliśmy swoich reprezentantów − w czasówce wystartowali Michał Kwiatkowski, Agnieszka Skalniak-Sójka i Marta Lach, a w wyścigach cross-country w biało-czerwonych barwach brali udział Krzysztof Łukasik i Paula Gorycka.
Wszystkich pięciu reprezentantów Polski połączyło jedno − pech. Zaczynając od zawodniczek szosowych, Agnieszka Skalniak-Sójka upadła podczas swojej próby w indywidualnej jeździe na czas i poobijana dotarła do mety, natomiast Marta Lach zaliczyła defekt, przez co straciła kilkadziesiąt pozycji. W MTB również nie obyło się bez niemiłych przygód − zarówno Paula Gorycka, jak i Krzysztof Łukasik zakończyli zmagania poharatani, a dodatkowo polska zawodniczka na trasie musiała zmierzyć się z defektem.
Przez chwilę wydawało się, że jedynym „szczęśliwcem” w gronie reprezentantów Polski jest Michał Kwiatkowski, jednak czar prysł wraz z wycofaniem się naszego zawodnika z wyścigu ze startu wspólnego z powodu bólu dolnej części pleców. Dla wszystkowiedzących komentatorów − warto pomyśleć trzy razy, zanim zacznie się rzucać oskarżenia o braku motywacji i celową rezygnacją ze startu w tak wielkiej i prestiżowej imprezie, jaką są igrzyska olimpijskie.
Oczywiście nie można powiedzieć, że defekty czy kraksy pozbawiły Polki i Polaków szans medalowych − w żadnym przypadku do podium nie było bowiem blisko − jednak brak możliwości dania z siebie 100% z powodów niezależnych od zawodnika jest frustrujący. Oby weekendowe wyścigi ze startu wspólnego odwróciły kartę, bo przed nami jeszcze przecież starty na torze!
Z Paryża dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk










Nie rozumiem co ma słowo „pech” wspólnego z upadkami w MTB – wjechał ktoś w nich? Czy raczej wywalili się na trasie sami? Bo jeśli to drugie to nie pech tylko kwestia umiejętności lub błąd zawodnika wynikający z niedostosowania prędkości/toru jazdy do fragmentu trasy… co do defektu Pidckock też miał defekt – fajnie by było nie usprawiedliwiać wiecznie słabych startów, wtedy się nie wyciąga żadnych sensownych wniosków… i o ile ostatni akapit stara się to wskazać to kraksy w MTB najczęściej są w 100% błędem zawodnika…
Szanuję mistrza i jego osiągnięcia, zawsze mu kibicuję. Niestety tutaj podejrzewam dyplomatyczną kontuzję pleców, czyli brak formy. To też uszanowałbym, jeśli byłoby to prawdą, zawsze to szansa na pokazanie się dla kogoś innego.