Przenikanie się sportu z historią jest nieuniknione. Ba, sam sport pisze piękne historie, a sportowcy do tejże historii nierzadko przechodzą. Szczególnie ci, którzy sięgają po najwyższe laury w igrzyskach olimpijskich. Historia spotyka się ze sportem również w Wersalu, gdzie w czarującym otoczeniu rozgrywane są zawody jeździeckie.
Powodów do oglądania kolarstwa jest wiele, a jednym z nich jest możliwość podróży po świecie wraz z zawodnikami, odwiedzającymi malownicze regiony i urokliwe miasta. Wyścig pozwala nam na chwilową ucieczkę od rzeczywistości i przynajmniej duchowo zabiera nas na wakacje.
Pokazanie turystycznych walorów Paryża przyświecało organizatorom igrzysk olimpijskich, którzy zrobili wszystko, by jak najlepiej wykorzystać ikoniczne, miejskie zabytki. Już kilka dni temu mogliście przeczytać o turniejach szermierczych, rozgrywanej w dostojnej atmosferze Grand Palais, wybudowanego na wystawę światową w 1900 roku. Korytarze, po których przechadzają się dziennikarze i ludzie z obsługi nie wyglądają może zbyt oficjalnie, ale główna sala pałacu jest doskonale przygotowana w każdym detalu.
Nieopodal Grand Palais mieści się Place de la Concorde ze słynnym obeliskiem z Luksoru. Wchodząc na koronę stadionu można podziwiać panoramę całego Paryża, co zdecydowanie zasługuje na osobną korespondencję. Sercem wydarzeń są również Pola Marsowe i Wieża Eiffla, gdzie rozgrywane są mecze siatkówki plażowej, natomiast kolarze odwiedzili między innymi Pałac Inwalidów, poprowadzony nad Sekwaną Most Aleksandra III, a w weekend finałowa runda będzie przebiegała w okolicach górującej nad miastem Bazyliki Sacré-Cœur.
Igrzyska olimpijskie eksponują również piękno aglomeracji paryskiej, na czele z Wersalem i znanymi na cały świat Pałacem i ogrodami. To miejsce miało istotny wymiar dla historii świata, ale zanim pomyślałem o Traktacie Wersalskim, przypomniał mi się chiński Plac Tian’anmen.
Dziwne skojarzenie, choć sytuacja z mężczyzną z reklamówką, blokującym drogę autobusom jadących po tysiące kibiców wyglądała jak próba groteskowej rekonstrukcji tragicznych wydarzeń z 1989 roku.
Nie przeżyłbym jednak déjà vu, gdyby nie fakt, że ciężko było znaleźć jakiekolwiek oznaczenia, które w podczas paryskich igrzysk można określić jako nie narzucające się. Podpytałem więc wolontariuszy, którzy − jak to niestety często bywa − byli co prawda bardzo pomocni, ale albo nie mówili po angielsku, albo po prostu nie byli w stanie odpowiedzieć na pytanie o drogę. Tu kolejna historyczna refleksja. Gdyby konferencja w Wersalu była zorganizowana tak samo jak jeździectwo, to najprawdopodobniej żadnego traktatu by nie podpisano.
Jeździectwo nie jest konkurencją bardzo dynamiczną, ale nie jest to żadnym problemem. Każdy wie, na co się pisze, przychodząc na trybuny, by podziwiać majestatyczne konie i jeźdźców. Dynamiki zabrakło jednak również przy organizacji wejścia na arenę dla kibiców. Ochroniarzom długo zajmowało przeszukanie wchodzących do ogrodów wersalskich ludzi, co byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że kibiców i akredytowane osoby sprawdzano bardzo pobieżnie. Moja kontrola trwała ponad minutę, a mimo tego nawet nie zajrzano mi do plecaka.
Po sześciu dniach igrzysk olimpijskim nie jestem w stanie opisać, jak dokładnie wygląda system kontroli ludzi wchodzących na areny − praktycznie wszędzie wygląda to inaczej.
Wszystkie zastrzeżenia zostały jednak za mną, gdy wszedłem na trybuny areny jeździeckiej. Widok na Pałac Wersalski i ogrody zapiera dech w piersiach, a same zawody WKKW − konkretnie finał skoków przez przeszkody − również były imponujące. Ze względu na późniejszy wyścig MTB mężczyzn niestety nie mogłem zostać do końca, ale do Wersalu na tych igrzyskach na pewno jeszcze wrócę. Tym razem inną drogą.
Z Wersalu dla Naszosie.pl, Kacper Krawczyk








