Niewielu było w zeszłym tygodniu na świecie ludzi bardziej szczęśliwych niż Jan Hirt. Czech najpierw wygrał etap Giro d’Italia, a później zakończył cały wyścig na szóstym miejscu w klasyfikacji generalnej. W rozmowie z Naszosie.pl Czech opowiedział m.in. o sekrecie sukcesów Intermarche-Wanty Gobert Materiaux i o tym, dlaczego w „generalce” nie wyprzedził Vincenzo Nibalego.

Na początku, chciałbym ci pogratulować świetnego występu w Giro d’Italia. Zdążyłeś się już zregenerować po tym występie?

Prawdę mówiąc, teraz [rozmawiamy w środę – przyp. red.] czuję się jeszcze bardziej zmęczony niż podczas wyścigu i krótko po. Ale to normalne – wielkie toury wykańczają organizm. Jeśli bierzesz w jakimś udział, musisz być na to przygotowany.

Zdążyłeś już wznowić treningi?

Nie do końca. Pierwszy dzień po wyścigu poświęciłem całkowicie na wypoczynek, wczoraj zacząłem trochę kręcić, dziś znów nic nie robiłem, ale za moment będę musiał wracać do treningów. W końcu już w niedzielę startuję w Criterium du Dauphine. Właściwie, jadę tam bez konkretnego celu – będziemy tam w bardzo mocnym składzie, m.in. z Louisem Meintjesem i Kobe Goosensem, ale chciałbym powalczyć przynajmniej o zwycięstwo etapowe.

Oby poszło ci równie dobrze, co w Giro. To był prawdopodobnie najlepszy występ czeskiego kolarza w historii tego wyścigu. Czy czułeś, że Twoi rodacy bacznie obserwują twoje występy?

Trochę tak. Wydaje mi się, że ludzie byli dość mocno zaskoczeni moimi występami i stopniowo zaczynali je śledzić. No bo rzeczywiście, rzadko się zdarza, by jakiś czeski kolarz walczył w “generalce” takiego wyścigu albo po prostu wygrał etap. Jednak nie przesadzajmy – nie stałem się nagle gwiazdą czeskiego sportu – kolarstwo wciąż nie jest jednym z najpopularniejszych sportów w naszym kraju. Tym jest na przykład hokej, a pamiętajmy, że w czasie Giro odbywały się mistrzostwa świata w tej dyscyplinie – to sprawia, że trudniej było mi się wybić.

No cóż, najważniejsze, że w końcu udało Ci się osiągnąć duży sukces w wyścigu, w którym próbowałeś swoich sił już wiele razy. W 2017 roku byłeś przecież blisko miejsca w czołowej “10”, dwa lata później niewiele brakowało, byś wygrał etap. To były twoje dwa najlepsze wyniki w tym wyścigu – dziś udało ci się je zdecydowanie przebić.

Tak, z całą pewnością był to wyścig mojego życia. Przed wyścigiem myślałem sobie, kto wie, może w końcu uda mi się wygrać etap. Mooooże załapię się do czołowej “10”. Tylko wiedziałem, że każdy z tych celów będzie wyjątkowo trudny do osiągnięcia. A zrealizowanie obu to już kompletny kosmos. Owszem, przed wyścigiem czułem się dobrze, ale tak naprawdę wydaje mi się, że lepszy byłem w styczniu i lutym, gdy wygrywałem Tour of Oman.

To znaczy, gdy zajmujesz miejsce w czołowej “10” Giro d’Italia, musisz być bardzo mocny – nie ma innej możliwości. Dlatego moje parametry były pewnie bardzo podobne albo i wyższe do tych z początku roku. Po prostu chodzi o to, że przed startem we Włoszech totalnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Moim ostatnim wyścigiem był Wyścig Dookoła Katolonii, na którym się rozchorowałem i musiałem odpuścić Wyścig Dookoła Kraju Basków. Niestety nie było innej opcji – przez jakieś dziesięć dni leżałem w łóżku z 40-stopniową gorączką i rzecz jasna czułem się fatalnie. Potem oczywiście wróciłem do przygotowań. Te przygotowania poszły po mojej myśli… tyle że bez startów nie jesteś w stanie dokładnie określić swojej dyspozycji.

O tym, że jest świetna, wszyscy mogli się przekonać właściwie dopiero na początku trzeciego tygodnia, gdy we wspaniałym stylu dogoniłeś Lennarda Kämnę i w końcu sięgnąłeś po zwycięstwo etapowe. W pewnym momencie chyba mogłeś zwątpić w to, że w ogóle jest to możliwe…

Dokładnie tak, Lennard miał nad nami bardzo dużą przewagę i wszystko wskazywało na to, że znów wygra etap. A jednak później okazało się, że nie wszystko jest jeszcze skończone. Byłem w grupie z Arensmanem, Carthym i Valverde. Ten pierwszy zaatakował, ja na moment zostałem z tyłu – czekałem na najstromszy moment podjazdu. Wtedy chciałem dać z siebie wszystko, bo pomyślałem sobie: “skoro już jestem w ucieczce, trzeba jakoś to wykorzystać”. Udało mi się, dojechałem do Arensmana, później wyprzedziliśmy Kämnę, a ja samotnie popędziłem po zwycięstwo.

Widziałem, że na ostatnim zjeździe miałeś spore problemy. Właściwie to “tańczyłeś” na rowerze – strasznie rzucało tobą na zakrętach – bardziej niż na przykład goniącym cię Arensmanem, do którego straciłeś dość dużo czasu na zjeździe.

Cóż, problemy zaczęły się jeszcze na podjeździe – moje koło przestało być stabilne i gdy tylko naciskałem mocniej na pedały, mój łańcuch zaczynał przeskakiwać. Teoretycznie mógłbym zjechać do samochodu, ale… no nie, to nie wchodziło w grę – straciłbym szansę na zwycięstwo. Oczywiście gdy zacząłem zjazd, moje kłopoty się nie skończyły. Wciąż miałem problem z rowerem, a że droga była wilgotna… było kilka niebezpiecznych momentów. Jednak miałem wcale niemałą przewagę nad Arensmanem i pomyślałem sobie, że po prostu muszę bezpiecznie dojechać do mety.

Dzień później scenariusz był bardzo podobny. Na ostatnim podjeździe byłeś w grupie goniącej słabnącego zawodnika, ale tym razem zaatakował nie Arensman, a Buitrago. Tyle że tym razem, ty nie zdecydowałeś się na to, by za nim ruszyć. Dlaczego?

Nie byłem już tak świeży – wcześniejszy etap dał mi o sobie znać. Największym problemem było jednak to, że Buitrago wyglądał naprawdę dobrze. Nic dziwnego, skoro wcześniej przez cały czas siedział nam na kole. Szczególnie na chwilę przed atakiem, gdy jechaliśmy w trójkę, razem z Hughem Carthym. On nadawał mocne tempo, ja byłem tuż za nim, a Buitrago siedział za moimi plecami. Generalnie tak właśnie wyglądała cała nasza gonitwa za Leemreize i Van der Poelem. Pracowaliśmy we dwójkę, a on tylko wisiał na naszym kole, dzięki czemu oszczędzał siły. W końcu, gdy zaatakował, żaden z nas nie był w stanie utrzymać jego tempa. Po prostu nas przechytrzył – kurczę, naprawdę, przez cały dzień nie widziałem, by choć raz wyszedł na czoło.

Ostatnim podjazdem wyścigu było Passo Fedaia. Gdy kiedyś pytałem cię o najpiękniejsze podjazdy Giro, jednym z wymienionych była właśnie ta przełęcz. Domyślam się jednak, że na 20. etapie nie miałeś za bardzo czasu i siły przyglądać się pięknym widokom – miałeś zadanie do wykonanie…

Wybrałem ten podjazd nie tylko ze względu na widoki, ale także jego profil, który mi pasuje. Wiesz, to jest tak, że na podjazdach wiesz, że cierpisz nie tylko ty, ale także pozostali kolarze – niezależnie od tego, czy to Dolomity, Alpy lub Piemont. Poza tym, zmęczenie nie przeszkadza mi w czerpaniu radości z jazdy i z towarzyszących jej okoliczności przyrody.

Wiem, że 6. miejsce w Giro d’Italia to świetny wynik. Tyle że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Do piątego Pello Bilbao straciłeś 14 sekund, niewiele Ci więc brakowało, by go wyprzedzić. Czy po wyścigu myślałeś o jakichś niewykorzystanych szansach na odrobienie tej straty?

Oczywiście, że myślałem – myślałem też o wyprzedzeniu Nibalego, do którego brakowało mi tak niewiele… Prawdę mówiąc, teraz wydaje mi się, że to było takie proste… Naprawdę mogłem być w top 4. Przecież ja zacząłem walczyć o “generalkę” dopiero jakoś w ostatnim tygodniu. Wcześniej potraciłem trochę czasu na jakichś głupotach…

A byłbyś w stanie przypomnieć sobie konkretne sytuacje?

Jasne, był na przykład taki etap, gdy jechałem trochę za bardzo z tyłu i tuż przede mną jakiś kolarz się wywrócił – ja musiałem gonić. Pewnie byłem w stanie przyjechać z mniejszą stratą na tym etapie z metą w Turynie. Przyjechałem wtedy do mety z sześciominutową stratą do czołówki. Tyle że jechałem tam sam przez wiele kilometrów – jeden kolarz był daleko za mną – drugi, daleko przede mną. W takiej sytuacji trudno o namacalną motywację – a wtedy jeszcze nie wiedziałem, że na mecie stracę to 15 sekund do czołowej piątki i 26 sekund do czwartego Nibalego. Do tego dochodzą jeszcze te problemy z rowerem na wygranym przeze mnie etapie, o których mówiłem wcześniej.

Jednak nie zamierzam narzekać – osiągnąłem życiowy sukces. A poza tym, takie są wielkie toury – pełne niespodzianek. Poza tym, nigdy nie dowiemy się, co by było, gdybym w tych wszystkich momentach tracił mniej lub nie tracił w ogóle.

Tak naprawdę nie jesteś jedynym kolarzem Intermarche, który osiągnął w tym roku życiowy wynik. Quinten Hermans, Tom Devriendt, Biniam Girmay… Domenico Pozzovivo to nieco inny przypadek, ale jego 8. miejsca również mało kto się spodziewał. Z czego to wszystko wynika?

Zawsze, gdy ludzie mnie o to pytają, odpowiadam, że to kwestia atmosfery w naszym zespole. Tak naprawdę jesteśmy grupą przyjaciół. To może brzmieć jak banał, ale naprawdę – nigdy nie byłem w zespole, w którym panowałaby równie dobra atmosfera, jak Intermarche. To zmienia nastawienie. Lubisz ludzi, z którymi pracujesz, więc wyjazd na obóz z nimi nie jest dla ciebie zwykłym obowiązkiem. Wręcz przeciwnie – nie możesz doczekać się treningów, wyścigów, obozów – wszystkich okazji do tego, by się z nimi spotkać.

Cóż, ty zobaczysz się z nimi już niedługo, bo jak już wspominałeś za moment będziesz ścigać się w Criterium du Dauphine. Co planujesz potem?

Kolejnym punktem w moim programie są mistrzostwa Czech, po których będę miał dłuższą przerwę. Krótko po jej zakończeniu prawdopodobnie zostanę w kraju, by wystąpić w Wyścigu Dookoła Czech [Sazka Tour – przyp. red]. Kolejnym punktem w moim programie będzie Vuelta a Espana. Pojedziemy tam w mocnym składzie i wszystko będzie zależeć od naszej dyspozycji. Pewnie zadecydują ostatnie wyścigi przed tą imprezą. Jeśli dostanę szansę, będę bardzo szczęśliwy. Jeśli nie – z przyjemnością pomogę któremuś z moich kolegów z ekipy.

Rozmawiał Bartek Kozyra

guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments