fot. Milano-Sanremo

Nie Tadej Pogačar, a jego mniej znany rodak – Matej Mohorič wygrał Milano-Sanremo. Podium uzupełnili Anthony Turgis oraz Mathieu van der Poel.

Tegoroczna edycja pierwszego wyścigu monumentalnego w sezonie odbyła się na dystansie 293 kilometrów. Trasa imprezy, po dwóch latach przerwy, wróciła do swojego przedpandemicznego kształtu. W rolę długiego, niezbyt stromego na środku trasy znów wcieliło się Passo del Turchino, które zastąpiło w niej roli Colle del Giovo. Później mieliśmy tradycyjne Capi – Mele, Cervo i Berta, a także dwa kończące wyścig pagórki – Cipressę (5,6km; 4,1%) i Poggio (3,7km; 3,7%).

Na starcie tegorocznej edycji pojawiło się czterech Polaków: Michał Kwiatkowski (INEOS Greandiers), Maciej Bodnar (Total Energies), Cesare Benedetti (BORA-hansgrohe) oraz Szymon Sajnok (Cofidis). Dla wielu bardziej istotne było jednak to, kto nie pojawił się na starcie. W tym miejscu można wymienić poprzednich triumfatorów – Juliena Alaphilippe’a i Jaspera Stuyvena, a także Caleba Ewana oraz Sonny’ego Colbrellego, którzy w teorii mieli szansę, by dołączyć do nich na długiej liście zwycięzców. Niestety szanse na start odebrał im szalejący po peletonie wirus, który w ostatnich dniach co chwilę zbierał krwawe żniwo.

Trasa wyścigu

Szybki początek

Na szczęście dla kibiców i organizatorów, pomimo tego kryzysu zdrowotnego, na starcie wyścigu zdołali pojawić się jacyś zawodnicy – część z nich całkiem niezła – jak choćby Tadej Pogacar czy Wout Van Aert, i nawet było ich tylu ilu pierwotnie zakładano! Wszystko toczyło się więc wedle znanego porządku. Na początku utworzyła się ucieczka dnia, w której składzie tym razem znaleźli się: Jewgienij Gidicz, Artiom Zacharow (Astana-Qazaqstan Team), Alessandro Tonelli (Bardiani), Filippo Tagliani, Ricardo Alejandro Zurita (Drone Hopper-Androni Giocatolli), Samuele Rivi, Diego Pablo Sevilla (EOLO-Kometa) oraz Filippo Conca (Lotto Soudal). Uciekinierzy szybko wywalczyli sobie dużą przewagę, gdyż nikt nie spodziewał się, by mieli jakiekolwiek szanse na dojazd do mety.

Warto zauważyć, że harcownicy bardzo ambitnie podeszli do swojej roli nadawania wyścigowi tempa. Gdy tuż przed metą na ekranach telewizora pojawiła się informacja o dotychczasowej średniej prędkości wyścigu, okazało się, że wynik jest tylko nieznacznie gorszy od rekordu z 1990 roku. Kolarze jechali z mocnym wiatrem, więc łatwiej było im o szybką jazdę.

W tamtym momencie odjazd miał około 7 minut przewagi nad resztą. I ta różnica utrzymywała się przez kilkadziesiąt kilometrów. Peleton jechał spokojnie – Tadej Pogačar wbrew szalonym marzeniom niektórych fanów kolarstwa, rozochoconych jego ostatnimi kosmicznymi wyczynami nie zaatakował wzorem Fausto Coppiego na Passo del Turchino. Najdłuższy podjazd tegorocznej edycji jak zwykle miał żadnego widocznego gołym okiem wpływu na przebieg rywalizacji.

Na długim płaskim odcinku po zjeździe z Turchino tempo nadawało kilku kolarzy, jednak zdecydowanie najdłużej na czele przebywał niezmordowany Jos Van Emden. Przewaga uciekinierów spadała jednak dość wolno. Na 50 kilometrów przed metą wynosiła około 5 minut, 20 kilometrów później różnica zmniejszyła się o dwie minuty. Widać było, że ucieczka nie stanowi co prawda większego zagrożenia dla kolarzy walczących o zwycięstwo, aczkolwiek zostanie dogoniona na dość późnym etapie rywalizacji – już po przejechaniu Cipressy.

Odjazd wciąż ucieka, szanse na zwycięstwo też

Zanim to się wydarzyło, grono faworytów mogących liczyć na dobry wynik, i tak mniejsze niż początkowo zakładano, zostało jeszcze mocniej uszczuplone. Na 37 kilometrów przed metą od głównej grupy odpadł Tom Pidcock. Przyczyną nie był żaden defekt – raczej słabsza dyspozycja, którą Brytyjczyk pokazuje od początku sezonu. Jego kłopoty oznaczały, że szanse Michała Kwiatkowskiego na odegranie ważnej roli w wyścigu, nieco wzrosły.

Niedługo później problemy, choć nieco innego rodzaju miał zespołowy kolega innego Polaka – Peter Sagan. On został z tyłu ze względu na defekt roweru. Co prawda Słowak nie wyglądał na bardzo zmęczonego, a rower szybko udało mu się wymienić, ale niestety sytuacja miała miejsce tuż przed Cipressą. Do pomocy został mu wprawdzie Maciej Bodnar, tyle że dogonienie czołówki okazało się niemożliwe.

Ucieczka, w coraz mniejszym składzie (pod koniec zostali w nim jedynie Tonelli i Rivi) i z coraz mniejszą przewagą wciąż utrzymywała się z przodu przez cały przedostatni podjazd Primavery. Kilkadziesiąt sekund za nimi bardzo mocne tempo narzucał Davide Formolo. Rzeźnia przeprowadzona przez Włocha sprawiła, że w grupie faworytów pozostało już tylko około 30 kolarzy. W gronie tym brakowało m.in. Fabio Jakobsena, a jedynym zawodnikiem tak mocnego składu INEOS Grenadiers był… Kwiatkowski. Oprócz niego w „peletoniku” pozostawali oczywiście najwięksi faworyci, w tym jadący bez presji Mathieu van der Poel, ale także choćby kilku szybkich zawodników – przede wszystkim Kristoff, Demare, Nizzolo i Girmay. Jednak najtrudniejsze było dopiero przed nimi.

Poggio

Wszystko wskazywało na to, że odpowiedzi na najważniejsze pytania znów poznamy na Poggio di Sanremo. Dopiero na samym początku tego podjazdu Rivi i Tonelli zostali wchłonięci przez grupę faworytów. Wtedy na czoło wyszedł pracujący dla Van Aerta Christophe Laporte, ale tylko na chwilę. Szybko na czele zmienił go Ulissi, by przygotować grunt pod akcję Pogačara.

Ta wydarzyła się bardzo szybko. Szybko została jednak spacyfikowana przy wydatnym udziale Michała Kwiatkowskiego. Polak wyglądał bardzo dobrze, ale akcja kosztowała go sporo sił. Gdy sytuacja trochę się uspokoiła, spłynął do tyłu, a chwilę później prawdopodobnie (obrazek telewizyjny nie pokazał tej sytuacji zbyt wyraźnie), ucierpiał w kraksie.

Słoweniec spróbował jeszcze raz, ale znów nic z tego nie wyszło. W ciągu kolejnych kilku minut swoich sił próbowali też kolejni zawodnicy, jednak długo nic z tego nie wychodziło, a Pogacar nie ukrywał frustracji. Dopiero atak Sorena Kragh Andersena przyniósł pewne ożywienie. Za Duńczykiem pojechali oczywiście bardzo aktywny Słoweniec, jego rodak – Matej Mohorič oraz Mathieu van der Poel i Wout Van Aert.

Nietrudno domyślić się, kto z tej czwórki jest najlepszym zjazdowcem. Mohorič potwierdził swoją klasę, szybko odjeżdżając swoim towarzyszom. Jego przewaga nad grupą goniącą, do której szybko dołączali kolejni zawodnicy, była niewielka, ale długo nie spadała. Tempo za Mohoričem było rwane, a on sam nie odpuszczał. Gdy wjeżdżał na ostatnią prostą, było już jasne, że to on zostanie zwycięzcą. Kilkanaście sekund okazało się, że rzeczywiście – to nie Pogačar, a jego mniej znany rodak został zwycięzcą Milano-Sanremo – w dodatku takim, który pokonał trasę wyścigu najszybciej od 1990 roku.

guest
3 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze
Inline Feedbacks
View all comments
Tajfun
Tajfun

Przetrwał całe trudy i ataki, a na końcu wykiwał wszystkich – niespodziewane i imponujące. Osobiście mnie bardzo cieszy postawa van der Poela i podium, oby kontuzje były już za nim!

Jacek
Jacek

Łubuduuuuu! Ale Matej przywalił!

wyszomir
wyszomir

Kwiato 11 sekund nie tak źle.